Strona główna » Tomasik: Dzięki za dobry basket. I za uśmiech! Czy Polska w końcu oszaleje na punkcie kosza?

Tomasik: Dzięki za dobry basket. I za uśmiech! Czy Polska w końcu oszaleje na punkcie kosza?

0 komentarzy
Czy zwycięstwo ze Słowenią jest początkiem wielkiej przygody naszej kadry podczas EuroBasketu 2025? Nie wiem. Po sobotnim meczu z Izraelem będziemy nieco mądrzejsi. W czwartek jasne stało się jednak, że nasza kadra koszykarzy w końcu naprawdę da się lubić! Pytanie tylko czy Polska zdoła ją pokochać. Przynajmniej tu i teraz wydaje się całkiem zasadne.

Symbolem sportowym czwartkowego wieczoru w katowickim Spodku na zawsze zostanie genialny, niemal bezbłędny debiut zimnokrwistego Jordana Loyda.

– Zmłócimy ich. Tak pięcioma punktami – taki głos ze sztabu polskiej reprezentacji dotarł do mnie kilka dni przed meczem.

– Ten pesymizm był nieuzasadniony – zauważyłem, odpowiadając na niego dopiero wczoraj wieczorem.

– Fakt, nie doszacowaliśmy Jordana. Liczyliśmy na 6/8 za 3. 7/8 przerosło oczekiwania.

Żarty żartami, ale ten mecz zapamiętam na długo.

Nawet nie ze względu na samo zwycięstwo. Jego się właściwie spodziewałem. O tym, że Doncić będzie w swojej drużynie osamotniony informowaliśmy już miesiąc przed tym, gdy po wczorajszym meczu przyznał to Mateusz Ponitka.

Właściwą wagę sportową tego zwycięstwa – meczu momentami porywającego (tak ofensywnej kadrze łatwiej porwać swoją grą kibiców koszykarsko mniej wyrobionych!) – poznamy dopiero za kilka dni.

Ale sport to przecież nie tylko sam sport. To także, a z perspektywy kibiców nawet przede wszystkim, emocje.

28 sierpnia 2025 roku zapamiętam nie z popisów sportowych Loyda i Ponitki. Nawet nie z tego momentu „Europo, a czy pamiętasz moje nazwisko?” Andrzeja Pluty juniora, czy nawet widoku niezmordowanego Michała Sokołowskiego, łapiącego się chwytów spoza koszykówki w trakcie misji dostarczenia Luce Donciciowi przesłania „ah sh*t, here we go again”.

Jeszcże bardziej w pamięci utkwi mi kilka innych magicznych momentów z tego wieczoru.

I nocy.

Uśmiech kibiców

– Panie Radku, można zdjęcie?

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że to było chyba najczęściej powtarzane zdanie, które można było usłyszeć w czwartek w strefie kibica pod Spodkiem. Kolejni kibice koszykówki kierowali je do Radosława Hyżego.

Nie wiem na ilu wspólnych fotografiach z kibicami naszej kadry wylądował były reprezentant Polski. On sam miałby pewnie problemy, by oszacować liczbę rozmów, które przeprowadził z sympatykami basketu. Wiem natomiast, że spędzając pewnie grubo ponad godzinę w „fan zone”, rozmawiając z mniej lub bardziej przypadkowo spotkanymi znajomymi i przybijając piątki z kibicami poczułem się jak w koszykarskim raju.

Ten widok biało-czerwonej rzeki fanów basketu ponad dwie godziny przed meczem – to było naprawdę COŚ!

Podobnie rajsko-koszykarsko czułem się po raz ostatni – zachowując proporcje, jesteśmy w Europie, nie tylko nam daleko od amerykańskiego rozmachu – wiosną 2024 roku w miasteczku towarzyszącym Final Four NCAA w Phoenix. Ale tym razem, choć kameralniej, było tez lepiej! Te emocjonalne dyskusje o tym czy Ponitka znów może okazać się lepszy od Luki Doncicia, zapamiętam na dłużej.

A także uśmiechy. Jakże wiele ich w czwartek pod Spodkiem można było zobaczyć jeszcze PRZED meczem.

Polska koszykówka zbyt często jest po prostu markotna. Ona potrzebuje uśmiechów!

Uśmiech Ignerskiego

Muszę się do tego przyznać: nie lubię oglądać meczów koszykówki z miejsc prasowych. Zdecydowanie lepiej czuję się na trybunach. Wśród kibiców.

W czwartek między przedstawicielami mediów też nie usiedziałem całego meczu. Hymn odśpiewany przez 10 tysięcy osób a capella obserwowałem w perspektywy środka wypełnionych po brzegi trybun. Robił oszałamiające wrażenie.

Ciarrry.

– Pamiętam już trochę z historii reprezentacji koszykarzy, ale takiej atmosfery jak na tym meczu nie pamiętam od czasu gry w fazie grupowej poprzedniego EuroBasketu we wrocławskiej Hali Stulecia – mówił Łukasz Cegliński ze sport.pl, który choć jest z rocznika Michała Ignerskiego (1980) bywa już przez młodszych kolegów dziennikarzy tytułowany (razem z autorem tego tekstu) nestorem polskiej koszykówki.

Skoro przy Ignerskim jesteśmy. Końcówkę meczu obserwowałem już tuż zza ławki rezerwowych naszej kadry. Przypomniała mi pytanie, które usłyszałem od jednej ze świetnie rozpoznawalnych osób polskiej koszykówki jakieś 2 lata temu.

– A gdybyś miał wybrać jednego z byłych zawodników, który miałby dać swoją twarz polskiej koszykówce i jej tym faktycznie pomóc – na kogo być postawił?

– Na Ignerskiego.

Fajnie, że przy okazji tego EuroBasketu Michał wrócił z koszykarskiego niebytu w roli nowego dyrektora kadry. Mam nadzieję, że tak jak szybko wrócił, tak nagle po tym turnieju z koszykarskich radarów nie zniknie.

Polska koszykówka zbyt często jest po prostu markotna. Ona potrzebuje także jego uśmiechu!

Uśmiech Ponitki!

Skoro już było o wypominaniu jedenastu cyfr z numeru PESEL mowa. Czas rozliczyć się z jednym, którego sam dopuściłem się równo dwa tygodnie temu, zastanawiając się nad tym w jakim miejscu sportowym jest polska kadra po tym, jak opuścił ją Jeremi Sochan:

„Nie wiadomo czy to efekt ciężkich treningów na początku przygotowań, czy po prostu upływającego czasu, ale można odnieść wrażenie, że fizycznie nasz kapitan nie jest jeszcze tam, gdzie chciałby być. Brakuje mu tego błysku, przyspieszenia w pierwszym kroku, by swobodniej uwolnić się od rywala i mając nad nim odrobinę przewagi móc podejmować lepsze decyzje, grając z piłką w ręku. Może jednak powoli idzie ku lepszemu

Oby! Oby 29 sierpnia – dzień po inaugurującym EuroBasket meczu ze Słowenią – Mateusz Ponitka, świętując swoje 32. urodziny mógł z uśmiechem na ustach nucić sobie pod nosem hasło „PESEL to tylko 11 kolejnych cyfr, PESEL to tylko 11 kolejnych cyfr…

Nasz kapitan też bywał w przeszłości markotny. Nawet po zwycięstwach. Mocno zamknięty w sobie. Momentami wręcz nieco burkliwy. Ale ostatnio i on ewidentnie nabrał do otoczenia więcej dystansu. Choć swoim wzrokiem w trakcie meczu wciąż potrafi mrozić rywali i dyscyplinować kolegów z zespołu, zdecydowanie częściej się uśmiecha!

Uśmiech Balcerniczaka

To wcale nie był wybitny mecz w wykonaniu naszego duetu środkowych. I Olek Balcerowski, i Dominik Olejniczak mogą jeszcze odegrać w tym EuroBaskecie zdecydowanie większe role. Już w sobotę przeciwko Romanowi Sorkinowi (31 punktów w meczu z Islandią) wręcz powinni, jeśli mamy walczyć o drugie zwycięstwo.

Ale zostawmy już na boku ich linijki statystyczne w meczu ze Słowenią, a także fakt, że tak naprawdę do gry obaj wnieśli więcej. Stojąc obok naszej ławki rezerwowych chwilę po zakończeniu meczu ujrzałem ten obrazek: ściskających się z najbliższymi środkowych KoszKadry oraz biorącego swoją córeczkę na ręce Olejniczaka, który od razu szybko wrócił z nią na środek parkietu, by jeszcze na chwilę wspólnie napawać się TĄ chwilą.

Pamiętam świetnię długą, wiosenną rozmowę z tym ostatnim. Tę, w której najlepszy zbierający poprzedniego sezonu francuskiej ekstraklasy zapowiadał powrót do kadry i mówił wprost, że to właśnie dzięki temu, że został ojcem, stał się też lepszym koszykarzem.

Gdy kilka tygodni później Olejniczak wraz ze swoją żoną i córeczką przyjechał na organizowany przez nas event „KierunekNBA.pl na żywo„. Był lekko oszołomiony, widząc że w Polsce można zebrać grupę kilkuset kibiców kosza, którzy wspólnie spędzają nie tylko wieczór, ale także całą noc, oglądając wspólnie mecz finału NBA.

Tak, Polska to nie jest wcale taka koszykarska pustynia!

Spacer z córeczką na rękach po parkiecie katowickiego Spodka jest malowniczą klamrą, momentem spinającym czas powrotu Dominika Olejniczaka do reprezentacji.

Polska koszykówka bywa wciąż markotna, ale nasz dwugłowy, podkoszowy smok Balcerniczak na starcie z Sorkinem może szykować się z uśmiechem na twarzy!

Uśmiech nieśmiały, dziennikarzy

Moja rzucona jakiś czas temu teoria, że „polska koszykówka to taki sport, dzięki któremu swoje rodziny jest w stanie wyżywić w 40-milionowym kraju około siedmiu dziennikarzy” zyskała niemało wyznawców.

Po meczu ze Słowenię skończyliśmy pracę o godzinie 0.29. Dwie godziny później wraz z Aleksandrą Samborską i kolegami ze sport.pl po zakończeniu nocnego kolegium redakcyjnego wracaliśmy do domów. Zaczepił nas jeden z kibiców.

– Stójcie, stójcie. Chcę wam coś powiedzieć, bo ja nigdy niczego nie komentuję w Internecie, słowa jeszcze nigdy nie napisałem, a zawsze zawsze was czytam. Znam was wszystkich, potrafię wymienić z nazwiska, przyporządkować teksty. Dzięki za dobry basket! – usłyszeliśmy w telegraficznym skrócie, bo tak naprawdę dyskusja trwała nieco dłużej.

Najbardziej nieśmiały z nas Piotr Wesołowiczautor genialnego cyklu podcastów zapowiadających EuroBasketu (jeśli ktoś nie słuchał – to moment na nadrabianie jest idealny!) – z wrażenia aż się schował za filarem.

Miłe!

Lepszego użycia nowego hasła reklamowego polskiej koszykówki #dziekizadobrybasket nie bylibyśmy w stanie sobie wymyślić, nawet gdybyśmy nasze koszykarskie dyskusje podczas nieformalnego kolegium przedłużyli do białego rana.

Nadzieja, że niebawem nieco powiększymy grono kolegium, że powiększy się też grono osób, które dzięki koszykarskiej pasji związanej z polskim basketem i zainteresowaniu mediami będzie mogło po prostu planować swoją karierę zawodową się tli. Polska koszykówka w czwartek w ogóle nie była markotna! Mam przeświadczenie graniczące z pewnością, że jeśli w tym EuroBaskecie kadra powtórzyłaby sukces sprzed trzech lat, choćby ze względu na to, że faza grupowa turnieju ma miejsce w Polsce, mogłoby się w niej coś zmienić. Na lepsze.

– Kadra kobiet pokazała nam, że dynamikę pracy wokół dyscypliny zmienić może jeden turniej. Czasami wystarczy nawet jeden dobrze poprowadzony prospekt – mówił wczoraj w rozmowie z nami skaut reprezentacji Belgii.

Parafrazując: polską koszykówkę w pewnym stopniu może odmieniać uśmiech!

Mateusza Ponitki odbierającego w dzień po meczu ze Słowenią dniu swoich urodzin prezent od grupy dziennikarzy także.

Wszystkiego najlepszego, kapitanie.

I dzięki za dobry basket!