Jeśli kibice Legii po poniedziałkowym meczu w Zielonej Górze chcą szukać jakichś pozytywów, mamy dla nich jeden – ten historyczny. Rok temu, walcząc o złoto ze Startem Lublin, podopieczni Heiko Rannuli także przegrali mecze nr 1 i 4, a ostatecznie zdobyli tytuł. Tym razem są w o tyle lepszej sytuacji, że posiadają w serii przewagę własnego parkietu, więc dwa z (potencjalnie) kolejnych trzech meczów rozegrają przed własnymi kibicami.
Andrzej Mazurczak i Conley Garrison w trzech poprzednich meczach finałowych przeciwko Legii zdobyli łącznie zaledwie 24 punkty. W poniedziałek ujrzeliśmy nagle dwóch innych koszykarzy – razem uzbierali ich aż… 37. Gdy ten duet gra na tak wysokim poziomie, dbając nie tylko o egzekucję akcji zespołu, ale także należycie zabezpieczając piłkę (łącznie tylko 1 strata) – Zastal jest zespołem diametralnie innym od tego, który ujrzeliśmy w meczach nr 2 i 3. Nieporównywalnie groźniejszym.
W poniedziałkowym meczu gospodarze dominowali od początku do końca. W pewnym momencie czwartej kwarty ich przewaga zbliżała się nawet do 20 punktów (81:62). Świetnie radzili sobie nie tylko obwodowi liderzy Zastalu, ale także gracze podkoszowi. Nagle niebywale energetyczny okazał się Dwight Wilson w ciągu 13 minut zdobył 10 punktów, dokładając też 5 zbiórek. Nawet trudne rzuty z półdystansu trafiał Phil Fayne. Boiskową dojrzałością i skutecznością w grze pod koszami imponował także Patrick Cartier.
Legii podobnie jak w poprzednim meczu w Zielonej Górze trafiła jedynie 40 procent rzutów z gry. Najskuteczniejszymi jej zawodnikami byli Carl Ponsar (17 pkt) i Andrzej Pluta jr (14).
„Chociaż trochę zwolniliśmy, z marzeń nie zrezygnowaliśmy” – treść jednego z transparentów wywieszonych przez kibiców w poniedziałek w hali CRS podopieczni Arkadiusza Miłoszewskiego wyraźnie wzięli sobie do serca. Zastal ekspres znów mknie i środowe starcie nr 5 w Warszawie zapowiada się elektryzująco.
Teraz do Legia musi odpowiedzieć na cios rywala.
Jedno nie ulega wątpliwości – nikt w jej obozie Legii nie chciałby, podobnie jak rok temu w finale ze Startem, po pięciu meczach przegrywać 2:3. Poniedziałkowy mecz w Zielonej Górze pokazał, że w hali CRS – gdy ta od dopingu kibiców trzęsie się w posadach – Zastal jest zdolny do występów absolutnie wyjątkowych.
