Przemysław Zamojski to brązowy medalista MŚ 3×3 z 2019 roku i ME 2021. Dwukrotny olimpijczyk. Na zawsze pozostanie symbolem naszej reprezentacji w tej odmianie basketu. W czwartkowy wieczór w ujmujący sposób żegnał się z boiskiem położonym przy Pałacu Kultury i Nauki. Każdemu kibicowi kochającemu koszykówkę i czującemu istotę sportu ręce składały się do oklasków.
Tym bardziej wrażliwym – do oczu cisnęły się łzy.
Polscy koszykarze dali z siebie w tym turnieju wszystko. Kibice w jeszcze większym stopniu stanęli na wysokości zadania. Żegnając swoją pokonaną drużynę owacją na stojąco docenili ten absolutnie wyjątkowy moment w sposób imponujący. Epoka „Z-Bo”, który za kilka miesięcy skończy 40 lat, właśnie dobiegła końca.
Czy po jej zakończeniu, oprócz przytoczonych powyżej sukcesów, coś nam zostało? Turniej w Warszawie przyniósł brutalnie negatywną i bardzo zasłużoną odpowiedź.
Zbigniew Bróda a „sprawa Sokołowskiego”
Cztery kolejne porażki naszej kadry – szczególnie ta z Mongolią – mogły zdziwić „niedzielnych” kibiców, ale bąźdmy szczerzy: dla osób nieco baczniej obserwujących polską sceną koszykarską nie były żadną niespodzianką.
Argument o tym, że aby w baskecie 3×3 osiągać sukcesy, trzeba naszą kadrę rozdzielić od graczy zajmujących się na co dzień koszykówką 5×5 nie jest nowy. Faktem jest natomiast, że właśnie teraz, właśnie w tym momencie – gdy drużyna poniosła klęskę, a jej lider zbliża się do nieuchronnego końca kariery – warto go szczególnie głośno podnosić.
Stworzenie osobnej, w pełni profesjonalnej kadry 3×3 w dłuższej perspektywie to jedyne rozsądne rozwiązanie. Tu już nawet nie chodzi o nasze słabsze wyniki od czasu, gdy zrezygnowaliśmy z – to tylko przykład, nie o konkretnego zawodnika chodzi – Szymonów Rduchów tego świata na rzecz Michałów Sokołowskich. Bardziej o logikę. Różnice między basketem 5×5 a 3×3 można porównywać do tych z rugby 15- i 7-osobowego. Dobrze oddają istotę rzeczy, bo w obu przypadkach mówimy de facto o dwóch różnych dyscyplinach sportu.
Można dołożyć jeszcze jedno porównanie rodem z dyscyplin indywidualnych: łyżwiarstwo szybkie i short track. Pod względem przygotowania motorycznego i technicznego to też niebo i ziemia. Jasne, nasza reprezentacja 5×5 potrafi dobrze łatać swoje dziury kolejnymi Jordanami Loydami i Jerrickami Hardingami i chwała zarządzającym naszą drużyną za to. Namówili do gry w Biało-Czerwonych barwach dwóch najlepszych snajperów obecnych europejskich eliminacji do MŚ. Dzięki temu trener Igor Milicić może nimi żonglować, mamy bilans 4-0 i jesteśmy w połowie drogi na MŚ 2027.
Kłopot w tym, że przykładowy „Sokół” nie miał najmniejszych szans odegrać w kadrze 3×3 roli Loyda/Hardinga. Ani podczas igrzysk w Paryżu, ani teraz w Warszawie. Pamiętacie mistrza olimpijskiego Zbigniewa Bródkę? Po największe sukces sięgał na dystansie 1500 m. Gdyby wystawić go do wyścigów short-track, nigdy nie zbliżyłby się do podobnych sukcesów. Nawet na mniejszej scenie sportowej niż igrzyska olimpijskie.
Mongołowie byli też mądrzejsi
Michałowi Sokołowskiemu nie można się dziwić, że mając szansę walki o medale olimpijskie i mistrzostw świata podjął rękawicę. Będącemu u kresu swojej sportowej przygody Adamowi Waczyńskiego tym bardziej. Nie można też negować, że w trakcie przygotowań wszyscy Polacy dali z siebie wszystko. Tyle, na ile ich było stać.
Ale nikt mi nie wmówi, że walczącego do końca o utrzymanie w tureckiej ekstraklasie „Sokoła” czy bijącego się do końca – czyli jeszcze niespełna tydzień przed rozpoczęciem turnieju w Warszawie – o awans do PLK Marcela Ponitkę stać było pod katem przygotowań do MŚ 3×3 na wiele.
Nie chodzi tu już tylko o aspekty mikrocyklu treningowego, szykowania szczytu formy, czy ogólnego przygotowania fizycznego do zupełnie innego rodzaju wysiłku, bo przecież basket 3×3 to sport interwałowy z pogranicza sztuk walki.
Specjalisty od koszykówki 3×3 nie będę udawał, ale na podstawie rozmów z osobami bardziej zorientowanymi w tym temacie i własnej perspektywie obserwatora warszawskiego turnieju mogę mieć wątpliwości, czy ten turniej przegraliśmy tylko i wyłącznie pod względem fizycznym. Jasne, tacy Mongołowie byli też więksi i silniejsi. Większość rywali była też znacząco młodsza. Ale przede wszystkim – oni byli lepiej przygotowani.
Mongołowie wystawili do gry drużynę o mniejszej sumie czysto koszykarskiego talentu, ale taką, która funkcjonowała instynktownie. W tak niewybaczającej nawet ułamków sekund zawahania dyscyplinie sportu to bezcenne.
Jeśli faktycznie w tej kwestii taktyczno-skautingowej w ostatnich latach zostaliśmy daleko za rywalami, też trudno się temu dziwić i tym trudniej mieć do kogokolwiek ze składu naszej drużyny pretensje. Można też wątpić, by gracze, którzy ostatecznie odpadli ze składu kadry na ostatniej prostej – Dominik Grudziński czy Adrian Bogucki – mogli cokolwiek zmienić. Oni też na chleb zarabiają, grając w basket 5×5.
PZKosz NIE STAĆ na kontynuację
Po nieudanym turnieju w Warszawie mamy już jasność, że polska kadra 3×3 potrzebuje nowych, młodszych Zamojskich. Najlepiej takich, którzy w pełni oddadzą się tej odmianie koszykówki wcześniej niż on – tak, aby swój sportowy prime przeżywali, będąc już w pełni ukształtowanymi zawodnikami, zachowującymi się instynktownie na boisku z jednym koszem.
Czy pod względem personalnym nas na to stać? Na pewno! Skoro po największe sukcesy w baskecie 3×3 sięgają Łotysze czy Holendrzy, a Mongołowie od lat mogą mieć bardzo silną kadrę, to znaczy, że i wśród polskich, młodych koszykarzy można znaleźć utalentowanych, którzy byliby w stanie stworzyć silny zespół ze światowej czołówki. Jesienią 2025 roku spędziłem w Rydze kilka dni podczas EuroBasketu. Nie zauważyłem na tamtejszych ulicach większej liczby boisk niż w Warszawie, a to przecież Łotysze zdobyli w ostatnich latach mistrzostwo olimpijskie i Europy.
Czy pod względem decyzyjnym polską koszykówkę stać na budowę nowej kadry 3×3? W moim odczuciu – polskiej koszykówki wręcz NIE STAĆ, by nie próbować tego dokonać. Budowa nowej, mocnej kadry w tej dyscyplinie sportu, być może prowadzonej przez nowy (sprowadzony spoza Polski!) sztab? To obecnie powinien być jeden z priorytetów szefów PZKosz!
Już nawet nie chodzi o to, że ten szybszy basket wydaje się być świetnie skrojony na obecne czasy, w których ludzie patrzą na świat częściej przez pryzmat 15-sekundowych rolek niż sążnistych analiz. Także o to, że w momencie, gdy PLK i (w mniejszym stopniu) KoszKadra mają problem, by zainteresować sobą szerszą publikę, a kibiców NBA niełatwo przekonać, że polska koszykówka też może być kolorowa i fajna, basket 3×3 powinien być jednym z najważniejszych narzędzi podczas prób dotarcia do „zwykłych Kowalskich”.
Przecież nawet trwające MŚ, mimo klęski sportowej, pokazują dobitnie, że to działa. Sam się o tym przekonałem podczas tego turnieju. Mieszkam w Warszawie i jestem pod wrażeniem jak wielu znajomych spotkałem w trakcie kilku ostatnich dni. Wcześniej nigdy nie widziałem ich w halach Legii, Dzików czy Polonii. W genialnym koszykarskim miasteczku pod Pałacem Kultury i Nauki, o które zadbali (oklaski i to rzęsiste!) organizatorzy turnieju – nagle się pojawili!
Dzięki za walkę i dobry basket!
Koszykówka 3×3 robi w ostatnich latach postępy na wielu polach. To naturalne, bo stała się dyscypliną olimpijską. Profesjonalizacja była naturalną koleją rzeczy. Polskie partyzanckie przygotowania – o których przed MŚ w Warszawie w rozmowie z Aleksandrą Samborską wspominał drugi obok Zamojskiego symbol sukcesów naszej kadry Paweł „Pablo” Pawłowski – które przed laty dawały nawet medale największych imprez, przestały wystarczać. My, zamiast profesjonalizacji, chcąc nadrobić straty, poszliśmy na skróty, de facto wracając do epoki kamienia łupanego. Bo jak inaczej w istocie rzeczy nazwać wystawienie do gry w Warszawie kompletu zawodników rodem z basketu 5×5?
Kiedy popełniono błąd? Pamiętam dobrze pomysł ówczesnego prezesa PZKosz z 2022 roku, gdy zainwestowano ogromne środki w projekt Lotto Ligi 3×3, do której drużyny musiały zgłaszać (obowiązkowo!) wszystkie kluby PLK. Opór był ogromny. Zjawiłem się wówczas na pierwszych zawodach tego typu. W lublinie pod halą stało 17 napompowanych balonów sponsorskich (liczyłem). Na trybunach w środku trwania rywalizacji naliczyłem 27 niezaangażowanych w rywalizację 16 drużyn kibiców (liczyłem).
Ani promocyjnie, ani sportowo ten projekt się nie obronił, bo nie miał na to najmniejszych szans. Paweł „Pablo” Pawłowski ma rację – 3×3 jest jak celebracja życia, ale celebracja ma to do siebie, że nie można do niej nikogo zmuszać!
Gdyby cztery lata temu połowę wydanych wówczas środków zainwestować w prawdziwą pracę nad budową kadry 3×3, w najbliższy weekend wciąż moglibyśmy oglądać swój zespół w Warszawie.
Dystans dzielący nas obecnie od światowej czołówki 3×3 – tak pod względem selekcji kadry, jak i ten taktyczno-skautingowy – można stosunkowo niewielkiem nakładem (i finansowym, i sił, biorąc pod uwagę wciąż nieporównywalnie większe wyzwania i poziom konkurencji w 5×5) nadrobić. Trzeba jednak mieć plan budowy, środki na jej realizację i odrobinę cierpliwości.
Tej ostatniej po warszawskiej klęsce nie powinno nam brakować, nawet jeśli igrzyska w Los Angeles już za dwa lata. Turniej w Warszawie jest jasną wskazówką, że tu nie ma czego bronić, a chcąc się liczyć w baskecie 3×3 w przyszłości trzeba zacząć zbudować własną potęgę od podstaw.
Przemek, Michał, Adam, Marcel – dzięki za walkę! Ja też w czwartkowy wieczór stałem wśród kibiców bijących Wam brawo, gdy opuszczaliście boisko po ostatniej porażce.

Dziękuję też – zgodnie ze sloganem reklamowym PZKosz – za dobry basket. To nie wasza wina, że w rywalizacji 3×3 rywale grają lepszy.