Strona główna » Karolak: W finale PLK zasada „nie kop leżącego” nie obowiązuje!

Karolak: W finale PLK zasada „nie kop leżącego” nie obowiązuje!

0 komentarzy
W finałach playoff, szczególnie takich naprawdę zaciętych jak tegoroczny PLK, o końcowym wyniku decydują nie tylko detale. Najważniejsze okazują się najprostsze w koszykówce rzeczy. Czasami jeszcze prostsze niżby się wszystkim wydawało. Czy Zastal może je w ostatnich meczach sezonu wykonywać lepiej niż Legia? Fajnie, że szuka swoich przewag!

Żeby była jasność na samym początku – zdania nie zmieniam. Podobnie jak przed meczem nr 3 w Zielonej Górze wciąż uważam mistrzów Polski za faworytów tego finału. Nie zmieniam też jednak proporcji: nie mówimy tu o żadnym murowanym faworycie, jakby to chciało widzieć wielu, lecz takim 60/40.

Ale Legia w poniedziałek zagrała najsłabszy mecz w tej serii – to dla mnie bezsporne. 

Miłoszewski zaufał statystyce

Trenera Zastalu uważam za świetnego psychologa. Potrafił w tym sezonie okiełznać Chavaughna Lewisa, oddając w trakcie sezonu pełną władzę nad drużyną Andrzejowi Mazurczakowi. Tym ruchem mocno wygrał i wciąż wygrywa. Także dzięki chcącemu przecież coś udowodnić Lewisowi – nawet w tym finale.

Wyciagnięcie z kapelusza Dwighta Wilsona w meczu nr 4 po tym jak ten dwa poprzednie spędził na ławce też wygląda na świetny ruch Miłoszewskiego. Zwalisty amerykański środkowy dał w poniedziałek nie tylko 10 punktów i 5 zbiórek w 13 minut. Zaraził wszystkich dookoła swoim entuzjazmem. Także kibiców, którzy ponieśli swój zespół dopingiem. 

W playoff wielkie zwycięstwa są sumą małych rzeczy!

Najodważniejsza była jednak decyzja taktyczna szkoleniowca Zielonogórzan, który w poniedziałek ewidentnie pozwolił graczom Legii rzucać za 3. Ryzyko? Pewnie, że było. Przecież w dwóch poprzednich meczach Warszawianie trafili 26 trójek. Ale kto nie ryzykuje, rzadko pije szampana – statystyka jest zwykle nieubłagana, a średnia wychodzi średnia. 

„Miły” jej zaufał i na tym wygrał.

Duet, który odmienia Zastal

Oczywiście, że to gdybologia stosowana na najwyższym światowym poziomie, ale gdyby Andrzej Mazurczak i Conley Garrison w ataku dawali swojej drużynie regularnie 37 punktów w każdym meczu na niezłej skuteczności zamiast średnio 8 z trzech pierwszych starć, mówilibyśmy o kompletnie innym układzie sił. Swoją tezę o 60/40 przewadze Legii musiałbym zrewidować.

Biorąc pod uwagę defensywną jakość obwodowych graczy mistrza Polski póki co się z tym wstrzymam, gdyż pamiętam też o tym, że Andrzej Pluta w poniedziałek nie był sobą. On będzie grał jeszcze w tej serii grał lepiej. Pytanie tylko czy przy poprawionej taktyce Zastalu, która powoduje, że ma mniej swobody na boisku, może grać równie dobrze jak w meczu nr 2. 

Ewentualnie – czy pozostali gracze Legii będą w stanie wykorzystać więcej wolnego miejsca na boisku.

Dlaczego obaj trenerzy „cisną”

W playoff nie liczy się kompletnie jak wysoko wygrywasz mecze, prawda? Umiarkowana!

Nieprzypadkowo w poniedziałek po meczu trener Zastalu narzekał na to, że w końcówce jego zespół roztrwonił znaczną część z prawie 20-punktowej przewagi. Nieprzypadkowo w dwóch poprzednich Legia mimo wysokiego prowadzenie cisnęła leżącego na łopatkach rywala do końca. Zasada „nie kop leżącego” tu nie obowiązuje!

Legendarne „momentum” w playoff to nie jest żaden wymysł – ono istnieje. Poczucie wyższości odgrywa wielką rolę.

W tym finale to po stronie Legii jest przewaga sumy zebranego w składzie talentu i idące za tym poczucie wyższości. Nie sądzę, by już teraz w meczu nr 5 mistrzowie Polski mogli się psychicznie spalić. Ale gdyby tak pojechali do tego zielonogórskiego kotła przegrywając 2:3…

Koszykarze Zastalu są w tej serii underdogiem, ale jestem przekonany, że w poniedziałkowy wieczór uwierzyli, że skoro mogli ograć Legię dwukrotnie w czterech meczach, to mogą tego dokonać także dwukrotnie w trzech kolejnych. Albo i dwóch.

Jak Zastal zyskuje przewagę

Podróż lotnicza z Zielonej Góry do Warszawy i z powrotem na mecz nr 6 – którą w poniedziałek zapowiedział Arkadiusz Miłoszewski – to świetna informacja dla Zastalu. 

Tych kilka godzin więcej – 4, może 5? – na regenerację, masaże, sen, zamiast siedzenia w autokarze? W serii, w której kolejne mecze są rozgrywane co 48 godzin, to może okazać się bezcenne. Już w środę. A tym bardziej w piątek, gdy sytuacja się powtórzy. 

Jeśli masz trochę mniej talentu w zespole, musisz starać się niwelować przewagi rywala każdym możliwym i dostępnym sposobem. Fajnie, że Zastal próbuje. 

„Tajemnica” Krzysztofa Sulimy

Środowe starcie w Warszawie zapowiada się re-we-la-cy-jnie! Ten finał, choć przyniósł nam już co najmniej dwa zwroty akcji, tak naprawdę dopiero się rozpoczyna.

Co zadecyduje? Tajemnicę, czy też bardziej jej brak, odkrył w pomeczowym wywiadzie Krzysztof Sulima. W odpowiedzi na pytanie co się zmieniło w grze jego zespołu w porównaniu z poprzednim meczem odpowiedział coś w stylu „tym razem częściej trafialiśmy piłką do kosza”. 

Oczywiście, szachy trenerów – tak te mentalne, jak i taktyczne – też mają na tym etapie sezonu ogromne znaczenie. Ale później, w najważniejszych momentach najważniejszych meczów ostatecznie rzuty oddają koszykarze. Ci najlepsi w końcówkach trafiają najczęściej. Pamiętacie ubiegłoroczny finał i Kamerona McGusty’ego na finiszu meczu nr 7 w Lublinie? 

Andrzej Mazurczak już jeden mecz nr 7 przegrał. Andrzej Pluta już jeden mecz nr 7 – choć w mniejszej roli, pozostając w cieniu McGusty’ego – wygrał. Obyśmy w niedzielę w Warszawie obejrzeli trzecie kolejne w PLK starcie o wszystko.