– Jak tam, Zastal wygra ze Śląskiem? Jakaś niespodzianka przecież na Pucharze Polski przecież musi być – zagadał dyrektor sportowy Legii Warszawa Aaron Cel, gdy w sobotę ok. opuszczaliśmy konferencję „Europejskie spojrzenie”, organizowaną przez Rafała Jucia przy współpracy z Polską Ligą Koszykówki.
Tylko znacząco pokręciłem głową – na znak tego, że sobie tego nie wyobrażam.
Kilka godzin później kręciłem głową ponownie, z niedowierzaniem oglądając świetną grę zielonogórskiego zespołu, który ostatecznie wygrał ze Śląskiem 86:79.
Nos trenera
Żeby Zastal mógł pokonać Śląsk, członkowie zielonogórskiego ekspressu muszą najpierw podjąć wiele trafnych decyzji. Pierwszą z nich trener Arkadiusz Miłoszewski wykonał jeszcze w końcówce piątkowego meczu z Kingiem Szczecin, gdy na decydujące minuty wystawił totalnie bezproduktywnego wtedy – jak i przez większość sezonu – Phila Fayne’a.
Tłumaczył to tak.
Efekt?
W meczu przeciwko Śląskowi Amerykanin trafił 7 z 10 rzutów z gry i łącznie zdobył 17 punktów. Do tego dołożył 5 zbiórek i dobrą obronę – przy pomocy zagęszczających strefę podkoszową kolegów.
Wszystko to działo się kilkadziesiąt minut po tym, gdy w efektownym stylu zwyciężył w tradycyjnym Konkursie Wsadów.
Zastal wygrał 44:38, jeżeli chodzi o rywalizację w punktach z pomalowanego. Stefan Djordjević trafił 5 z 9 rzutów z gry i zakończył występ z 13 punktami, ale trójka Jakub Urbaniak, Jerome Coleman-Jones i Ajdin Penava przez łącznie 34 minuty gry zagrała za 0.
Sporo punktów z pomalowanego dla Śląska zdobyli za to ich rozgrywający – najskuteczniejszy w ich szeregach Noah Kirkwood (27 pkt), a także Issuf Sanon (15).
Nie brakowało przykładów, gdy skuteczna defensywa Zastalu i samego Fayne’a w polu 3 sekund momentalnie zamieniała się w jeszcze lepszy atak.
Manewr z Fayne’em to niejedyny „trenerski myk”, za który wypada trenera Miłoszewskiego pochwalić.
W drugiej kwarcie przez cztery i pół minuty zagrał Miłosz Majewski, jeden z cichych bohaterów piątkowego ćwierćfinału z Kingiem. Dlaczego to takie ważne?
Jestem zdecydowanym zwolennikiem wynagradzania młodych graczy za dobrze wykonaną pracę. Majewski przeciwko Śląskowi nic ważnego nie zrobił i być może nawet w finale na parkiecie się nie pojawi. Ale bardzo doceniam, że szkoleniowiec Zastalu w ten sposób wynagrodził postawę i wkład tego 19-letniego koszykarza z poprzedniego spotkania.
Tego bardzo mi brakowało choćby w styczniowych decyzjach trenera Arki Gdynia Mantasa Cesnauskisa względem Filipa Kowalczyka, który po znakomitym występie przeciwko Twardym Piernikom Toruń, w kolejnym spotkaniu przeciwko Czarnym Słupsk nie pojawił się na parkiecie. Nawet na sekundę.
Nie wiem – może Kowalczyk miał za sobą wtedy najgorszy tydzień treningów w karierze? Może męczyły go trzy różne wirusy? Jeżeli jednak niczego takiego nie było, to takiego podejścia względem młodych zawodników nigdy nie rozumiałem. I mam nadzieję, że nigdy nie zrozumiem.
MVP level
Stali czytelnicy „Kulisów” wiedzą, że tak często chwalę innych graczy Zastalu, że zwykle brakuje mi czasu i miejsca na peany na cześć Chavaughna Lewisa.
Tym razem tak nie będzie, chociaż sześć „trójek” Marcina Woronieckiego też nie powinno przejść bez echa.
– Sam się dziwiłem, że w niektórych sytuacjach miałem tyle miejsca – mówił po meczu sam zainteresowany, bezlitośnie obnażając dziury w obronie Śląska Wrocław.
Podczas wspomnianej wcześniej konferencji „Europejskie Spojrzenie” – tradycyjnie niezmiernie ciekawej – jednym z prelegentów był Max Horowitz, generalny menedżer włoskiego Varese, a w przeszłości pracownik pionu sportowego Atlanta Hawks.
W swoim wykładzie używał często przykładów z NBA. Przewinęło się w nim choćby to, że najbardziej wartościowymi kontraktami są tam maksymalne umowy graczy-kandydatów do miana nagrody MVP – czyli Nikola Jokić i kilku innych największych rywali serbskiego środkowego.
Dla Zastalu kimś takim jest niewątpliwie Chavaughn Lewis, w sobotnim półfinale tradycyjnie nie tylko skuteczny, ale też bardzo wszechstronny. Dorobek Amerykanina to 22 punkty, 6 zbiórek, 6 wymuszonych fauli i 3 asysty.
W kilku akcjach lider Zastalu poczuł się też tak, jakby zamiast 33 lat, miał ich 23.
Jeżeli w niedzielnym finale (początek o godz. 17:30) Zastal pokona Trefla, to trudno sobie wyobrazić innego zdobywacę nagrody MVP turnieju niż właśnie Lewisa.
Sen jest przereklamowany
– Dzień dobry, panie trenerze. Ile godzin snu udało się w nocy złapać? – zapytałem przed meczem Jacka Winnickiego, jednego z asystentów Ainarsa Bagatskisa w Śląsku Wrocław.
– Nie było źle. Trzy – odpowiedział wrocławski szkoleniowiec.
Nie jest tajemnicą, że dla asystentów, a także klubowych fizjoterapeutów, tak intensywny terminarz meczowy to okres bardzo wytężonej pracy. Sen staje się towarem mocno deficytowym. Wspomniał o tym choćby trener Trefla Sopot Mikko Larkas, gdy zastanawiał się w trakcie konferencji prasowej nad tym, z kogo będzie mógł skorzystać w niedzielnym finale.
Trójmiejski zespół dostał się do niego dzięki wygranej 92:67 z Górnikiem Wałbrzych, w której z powodu problemów z plecami zabrakło Kennetha Goinsa, a z podkręconą kostką zakończył je Szymon Zapała.
Za barometr rotacji sopocian używam Szymona Nowickiego. Gdy wszyscy są zdrowi, to jest on dziesiątym graczem pod względem minut w Treflu.
Jak jest teraz? Niewykluczone, że w finale 20-letni skrzydłowy będzie nawet pierwszym wchodzącym z ławki rezerwowych.
Pech goni pech
Niezależnie od magicznych dłoni sopockich fizjoterapeutów/fizjoterapeutek, to zarówno w finale, jak i być może już do końca sezonu nie zobaczymy w grze Jakuba Schenka.
Zderzenie kapitana Trefla Sopot z Kacprem Marchewką z drugiej kwarty meczu z Górnikiem okazało się dla Schenka bardzo pechowe.
Trójmiejski klub nie wydał jeszcze co prawda oficjalnego komunikatu w kwestii stanu zdrowia swojego zawodnika, ale po Arenie Sosnowiec krążyły informacje, że wizyta w szpitalu potwierdziła, niestety, negatywne przypuszczenia i doszło do złamania kości śródręcza ręki.
Taka diagnoza może wyłączyć kapitana Trefla z gry nawet do końca sezonu, co sopocki klub postawiłoby w bardzo trudnej sytuacji, jeżeli chodzi o ewentualną przebudowę składuO tym będzie jednak jeszcze okazja na pewno niejednokrotnie pisać.
Na pewno życzenia zdrowia dla finalistów turnieju w Sosnowcu nigdy nie były tak potrzebne jak dzisiaj. Tegoroczna walka o Puchar Polski coraz mocniej przypomina wojenne Battle of Attrition – starcie na wyniszczenie.