Drogę z koszykarskiego piekła do nieba przeżyli w piątek kibice Arki Gdynia, których z ostatnich tygodniach niewątpliwie przybyło, o czym najlepiej świadczy utrzymująca się na solidnym poziomie frekwencja na jej domowych spotkaniach.
Ale zapowiadały się „ciężary”… Einaras Tubutis, Kamil Łączyński i Kresimir Ljubicić – tak przedstawiała się lista nieobecnych graczy trójmiejskiej drużyny na mecz z Twardymi Piernikami, o których braku klub poinformował chwilę przed rozpoczęciem walki w oficjalnym komunikacie. Była godzina 16.
Mniej więcej 60 minut później pojawiła się lepsza informacja – Arka ogłosiła podpisanie kontraktu z Amerykaninem Marcusem Weathersem, trójmiejskim kibicom doskonale znanym z występów w Treflu Sopot w minionym sezonie.
Trener Mantas Cesnauskis z nowego nabytku w piątek nie mógł jednak jeszcze skorzystać, więc aktualne pozostawało pytanie – jak poradzić sobie z zespołem z Torunia, w którym formacja podkoszowa w osobach Damiana Kuliga, Aleksandara Langovicia i Aljaża Kunca jest akurat bardzo mocna.
– Nie ma takich kłopotów, których nie dałoby się zamienić na naszą korzyść – twierdzi ulubiona bohaterka mojej ulubionej chińskiej noweli, gdy odbijała kolejne regiony kraju z wrogich rąk.
Z tego też założenia wyszedł sztab szkoleniowy i zawodnicy Arki. Znaleźli sposób na odniesienie już 11. zwycięstwa w sezonie.
Piękny sen koszykarskich analityków
Nie wiem, czy koledzy z Pulsu Basketu potwierdzą moją opinię, ale 42 zdobyte punkty zza linii 6.75 metra – i to przy zaledwie 29 oddanych rzutach z dystansu, 38 punktów z pomalowanego i 10 oczek z rzutów wolnych oznaczają występ, po którym koszykarskim analitykom arkusze statystyczne aż płoną od zielonego.
To przecież 90 z 94 zdobytych punktów przez gdynian!
Jak koszykarze Arki tego dokonali? Głównie wykorzystując swoje przewagi w grze 1 na 1 przodem do kosza, co przy tradycyjnie znakomitym rozstawieniu zawodników na parkiecie i dobrym dniu w rzutach trzypunktowych rozkręciło ich ofensywę na bardzo wysokie obroty.
To tylko dwie przykładowe akcje gospodarzy, w których akurat Luke Barrett z łatwością ogrywał próbujących go powstrzymać podkoszowych rywali. Amerykanin zdobył 15 punktów, co w połączeniu z 11 zbiórkami dało mu w końcu pierwsze na polskich parkietach double-double. Kilkukrotnie wcześniej był już bliski tego osiągnięcia.
Koszykówka łączy pokolenia
Filip Kowalczyk ma lat 19. Jarosław Zyskowski trochę więcej – ale w piątkowy wieczór obaj stworzyli świetny duet, solidarnie dokładając po dużej cegle do sukcesu swojej drużyny.
Chociaż młodego gracza Arki chwaliłem już po wygranym meczu z Legią Warszawa – a czynił to także trener Mantas Cesnaukis – to przeciwko Twardym Piernikom dał się on rywalom we znaki nieporównywalnie mocniej.
Kowalczyk w ciągu 23 minut trafił wszystkie 6 rzutów z gry, w tym 4 za 3 punkty, a do 17 zdobytych dodał 3 asysty przy tylko jednej popełnionej stracie.
Akcja, w której zakręcił Aleksandarem Langoviciem niczym kołowrotkiem może znaleźć się w ligowym TOP 10 całej kolejki.
Ile punktów do piątku zdobył młody gracz Arki w swojej krótkiej karierze na parkietach Orlen Basket Ligi?
15 (słownie: piętnaście).
To się nazywa wejście smoka!
15 punktów i 6 zbiórek dodał Jarosław Zyskowski, który na pomeczowej konferencji prasowej przyznał, że być może po raz pierwszy w karierze występował na pozycji środkowego.
Zaiste, to było naprawdę dziwne spotkanie.
Jak dziwne? Zespół, który miał w składzie tylko jednego zawodnika o wzroście przekraczającym 200 centymetrów nie tylko zdobył więcej punktów z pola 3 sekund (38:34), ale też był o 5 zbiórek lepszy na atakowanej tablicy (11:6).
Szczęśliwemu Mantasowi Cesnauskisowi z tej okazji udało się w kilku słowach zgrabnie podsumować, czemu jego zespół jest w bieżącym sezonie taki mocny.
Przy takich słowach nic dziwnego, że „Zyzio” potakiwał. A że czynił to równie dyskretnie, jak zdobywa punkty w kolejnych meczach? Taki jego urok!
Nowy wylądował
Poczynania swoich nowych kolegów z ławki rezerwowych obserwował Marcus Weathers, który wylądował w Trójmieście w piątkowe popołudnie i zapewne zadebiutuje w gdyńskim zespole w kolejnym meczu – 17 stycznia Arka zagra w Słupsku z Czarnymi.
Podpisanie umowy z 28-letnim Amerykaninem to niewątpliwy sukces gdyńskiego klubu. Weathers do końca grudnia był w grze nie tylko w lidze niemieckiej, ale także w koszykarskiej Lidze Mistrzów. W niej, wspólnie z niemieckim Heidelbergiem, rywalizował z Legią Warszawa i na Torwarze pozbawił mistrzów Polski marzeń o awansie do kolejnej fazy tych rozgrywek.
Ten mierzący poniżej 200 centymetrów atletyczny podkoszowy, który w minionym sezonie przeszedł twardą szkołę Żana Tabaka w Treflu, zgodził się podpisać z gdyńskim klubem umowę, która może zostać rozwiązana po lutowym turnieju finałowym o Puchar Polski. Mniej więcej wtedy oczekiwany jest powrót do zdrowia Litwina Einarasa Tubutisa, wyłączonego z gry przez uraz obojczyka.
Trener Cesnauskis wydaje się być gotowy na wykorzystanie silnych stron swojego nowego podkoszowego.
W lidze niemieckiej Weathers przed sezonem podpisał umowę o wartości około 80 tys. dolarów. W Gdyni jego kontrakt powinien mu zapewniać ok. 10 tysięcy dolarów miesięcznie. Pytanie przez ile miesięcy – pozostaje otwarte.
Łyżka dziegciu
– Który z ligowych trenerów, nie nazywających się Andrzej Urban, zasługuje na szansę pracy w mocniejszym budżetowo klubie? – zadawałem sobie to pytanie dosłownie dzień wcześniej i odpowiedź wydała mi się naprawdę prosta.
Srdjan Subotić.
Chorwata cenię nie tylko ja. Szanują go również jego ligowi rywale z ławek trenerskich, którzy w prywatnych rozmowach podkreślają, że potrafi on zaskakiwać sprytnymi rozwiązaniami czy ciekawymi zagrywkami. Wysoko należy też ocenić wyniki jego pracy z toruńskim zespołem w poprzednich dwóch sezonach, gdy uwzględnimy realia budżetowe.
W piątek trener Twardych Pierników moim zdaniem swojemu zespołowi jednak nie pomógł.
Subotić nie tylko zgodził się dostosować do tego, co chciał grać jego rywal. Nie tylko nie był w stanie zmusić swoich zawodników do bardziej konsekwentnej gry pod kosz. Dodatkowo, gdy zdecydował się na obniżanie składu, to na pozycji środkowego momentami wystawiał także Aljaża Kunca – najsłabszego defensywnie i najmniej fizycznego gracza z trójki swoich podkoszowych.
Nic dziwnego, że to Arka długimi fragmentami zdominowała ofensywną zbiórkę, a wygranymi akcjami 1 na 1 tworzyła sobie „wysokoprocentowe” rzuty z okolic obręczy, a także za linią 6.75 metra.
Wykorzystując drogę elektroniczną, toruńskiego szkoleniowca zapytałem się na konferencji prasowej, czemu nie spróbował obrony strefowej. Tak choćby na chwilę – może na przykład w sytuacji, gdy za rozgrywanie w Arce odpowiadał Mike Okauru z Kowalczykiem? Jego zawodnicy przegrywali pojedynki 1 na 1 na obwodzie, tracili dużo punktów z pomalowanego, a mecz przebiegał w tempie odpowiadającym niższym i bardziej atletycznym rywalom.
Być może wstawkami innej defensywy udałoby się przynajmniej jeden z tych elementów poprawić. Choćby samą obecnością Damiana Kuliga w okolicy obręczy.
Szczególnie dziwiło to w meczu, w którym z tej samej obrony tak obficie korzystała Arka Gdynia – nawet, jeżeli w dużej części była do tego zmuszona sytuacją personalną.
Lekko mnie toruński szkoleniowiec wrzucił do garnka z naklejką „Analiza wsteczna zawsze skuteczna”, ale skoro trenerzy nie mają lekko z dziennikarzami, to jak najbardziej powinno to działać również w drugą stronę.
Twarde Pierniki zakończyły pierwszą rundę sezonu zasadniczego z bilansem 6 zwycięstw i 9 porażek. To całkiem dobry dorobek toruńskiej drużyny względem jej możliwości finansowo-organizacyjnych.