Krzysztof Radziwanowski: Prowadzicie w półfinale już 2:0, to dla was idealny wynik tej serii, ale w piątek musieliście walczyć o zwycięstwo do ostatniej sekundy. Dosłownie.
Andrzej Pluta jr: Było ciężko. Cieszy nas druga wygrana, choć zdajemy sobie sprawę, że ta seria jeszcze nie jest zamknięta. Dziki mają naprawdę sporo talentu. Grają dobry basket i w poniedziałek w hali na Kole nie spodziewam się niczego łatwego. Ale my oczywiście postaramy się tę serię zakończyć najszybciej, jak to tylko możliwe.
Rywal zaskoczył was w drugim meczu czymś nowym? Goście mieli kilka naprawdę świetnych momentów. One po prostu wynikały z tego jak ułożył się ten mecz czy bardziej konkretnych rozwiązań systemowych?
Wydaje mi się, że prawda jest taka, iż po prostu pierwszy mecz ułożył się niemal idealnie po naszej myśli. Mieliśmy też wówczas sporo szczęścia, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że Dziki mają do zaoferowania znacznie więcej. W piątek faktycznie tak było. Najważniejsze jednak, że nie daliśmy się złamać i przepchnęliśmy wygraną.
Jak bardzo w tej serii skupiacie się na graniu swojej koszykówki korzystaniu ze stałych rozwiązań taktycznych, a jak mocno przygotowujecie się konkretnie pod mecze z Dzikami i powstrzymywaniu ich zawodników?
Tego nie da się rozgraniczyć, robimy jedno i drugie. Myślę, że mniej więcej właśnie pół na pół. Oczywiście, staramy się nie zapominać o rzeczach, które dobrze wychodziły nam przez cały sezon, ale mamy z tyłu głowy, że trzeba wyeliminować też najmocniejsze strony przeciwników. Mamy wszystko dokładnie rozpisane i po takim czasie chyba znamy już wszystko prawie na pamięć.
W piątek zagrałeś kolejny świetny mecz, zdobywając w najważniejszym meczu najwięcej punktów w sezonie, w którym zgarnąłeś statuetkę – 26. Przed serią Landrius Horton głośno wypowiadał się na temat waszego pojedynku i ostatecznego rozstrzygnięcia w sprawie MVP. Podchodzisz do rywalizacji z nim osobiście czy liczy się wyłącznie wynik drużynowy?
Oczywiście, że słyszałem o tym temacie. Staram się jednak na nim nie skupiać. Obaj robiliśmy swoje przez cały sezon, a playoff to nie jest dobry moment, by komukolwiek cokolwiek udowadniać. Seria to zawsze przynajmniej kilka meczów, więc poza indywidualnymi popisami każdy musi dołożyć także elementy bardziej drużynowe.
Zresztą – ciężko jest być MVP, jeśli twoja drużyna przegrywa.
Twoje nazwisko coraz częściej skandowane jest na Bemowie przez kibiców, okrzyki „MVP, MVP!” w twoim kierunku są już na porządku dziennym. Jak je odbierasz?
To bardzo miłe, gdy słyszy się coś takiego. Nie mogę powiedzieć nic innego niż „dziękuję”. Przede wszystkim liczy się jednak wsparcie kibiców dla całej drużyny, a to w swojej hali mamy zagwarantowane. Nawet w piątek w chwilach gdy mieliśmy gorsze momenty i parę razy brakowało nam sił, kibice cały czas nam pomagali. Czuliśmy ich wsparcie, ono nas niosło. W imieniu całej drużyny za to też chciałbym im raz jeszcze podziękować.
W ubiegłym sezonie liderem i opcją numer 1 Legii w kluczowych momentach był zdecydowanie Cameron McGusty. W tym roku to ty najczęściej masz wówczas piłkę w rękach. Czujesz się pełnoprawnym liderem drużyny?
Cameron to był Pan Koszykarz, kawał świetnego zawodnika! A czy ja jestem liderem? Nie wiem…
Myślę, że naszą wielką siłą jest właśnie to, że wielu z nas może się liderem, brać piłkę i ciężar na siebie. Przecież nawet w piątkowym meczu w końcówce bardzo ważne akcje wykończali też Jayvon Graves i DJ Brewton. Tak naprawdę – cały czas staramy się wymieniać odpowiedzialnością za prowadzenie naszej gry.