Aleksandra Samborska: Kiedy umawialiśmy się na rozmowę i zaprosiłam cię na kawę do gdańskiego żużlowego warsztatu przy ul. Zawodników 1, gdzie ostatnimi czasy urzęduję, zareagowałeś bardzo entuzjastycznie, gdyż…
Paweł „Pablo” Pawłowski:… to na obiektach GKS miały miejsce moje koszykarskie początki!
Dziś Wybrzeże w Gdańsku to piłka ręczna i żużel, ale historycznie to był klub znacznie bardziej wielofunkcyjny. Zaczynałem w hali, której nie widać już z okna. Została zrównana z ziemią i chyba zapomniano, żeby w jej miejscu postawić nowy obiekt… Spędziłem w niej pierwsze dwa lata mojej koszykarskiej przygody.
To była przygoda, na którą zabrała mnie mama – niegdyś koszykarka gdańskiej Spójni.
Jakie były początki?
Trenowałem z grupą o dwa lata starszą, bo mój rocznik się nie zebrał. Byłem strasznym patyczakiem. 188 centymetrów, do tego przychodzący z mamą, więc szyderom starszych kolegów nie było końca. Z pierwszej karty zdrowia pamiętam dokładnie, że ważyłem 58 kilo.
Wyglądałem i biegałem komicznie, ale z tymi uszczypliwościami całkiem nieźle sobie radziłem. Potem ci sami koledzy z niedowierzania przecierali oczy, kiedy po latach wyszło, że coś tam w tej koszykówce osiągnąłem. Śmiali się, że to nijak się ma do chuderlaka trenującego na GKS-ie, którego oni pamiętają.
Jestem najlepszym dowodem, że trening czyni mistrza! Że praca naprawdę popłaca! Koszykówka była zawsze formą ucieczki i szlifowania charakteru, bo na gdańskich blokowiskach takich jak Chełm czyhało na młodych chłopaczków wiele pokus.
Długo szukałeś swojego miejsca w koszykówce 5×5 i chyba nie wyciągnąłeś z niej maksa, prawda?
Niedosyt pozostał. Z perspektywy czasu widzę, że nie miałem odpowiedniego szkolenia, że nie trafiałem do miejsc i osób, które mogłyby mnie poprowadzić przyszłościowo i zrobić ze mnie ciut wszechstronniejszego chłopaka, który mógłby wdrapać się gdzieś wyżej.
Nowy Dwór Gdański, Gniewino, Sierakowice… Jeździłem tu po okolicach, żeby zarobić trochę na swoje wydatki, bo u nas w domu się naprawdę nie przelewało. Także ta moja motywacja była głównie finansowa – nie czysto sportowa. Potem syknąłem się z chłopakami, którzy od młodzika, przez kadeta, juniora, aż po seniora byli trenowani przez specjalistów w systemie. A ja chodziłem na boisko i rzucałem – oddawałem dziesiątki, setki, tysiące rzutów. I chyba tym uporem udało mi się dojść wyżej niż się na to zanosiło, chociaż nigdy nie zadebiutowałem w PLK.
To jest właśnie ten niedosyt. Tylko, że z drugiej strony mając do wyboru dwa sportowe marzenia – grę w ekstraklasie koszykarzy albo wyjazd igrzyska olimpijskie – wybrałbym zawsze to drugie. A je spełniłem.
Jak wyglądały przygotowania polskiego koszykarza do igrzysk olimpijskich w Tokio?
To nie był sprzyjający profesjonalnym treningom czas. Impreza została przesunięta, hale pozamykane, brak pewności co do terminu, wyjazdu… No to jeździłem do takiego padołu z oświetleniem na gdańskiej Morenie i z tymi blokersami cisnąłem. Nie powiem, że nie – po znajomości czasem udało się złapać jakąś halkę i gdzieś za kotarami potrenować, ale większość tego okresu to było incognito kompletne.
Wydzwaniałem „klientów” na Morenie i tak z nimi jechałem. 10 chłopaków i ja. Grałem z jednym po drugim. Żeby się na maksa zmęczyć i wyciągnąć z dnia tyle, ile się dało. A jak już było bardzo ciemno i wilgotno na deskach to był to dla mnie znak, że trzeba schodzić. Z perspektywy czasu czuję i widzę, że ten bilet do Tokio wygrałem głównie samozaparciem.
Igrzyska w Tokio to była końcówka kariery Pawła Pawłowskiego jako czynnego zawodnika w koszykówce 3×3. A jak wyglądały jej początki?
Basket w wydaniu 3×3 pojawił się u mnie bardzo szybko i zazębiał się z grą 5×5. W klubie trenowałem wtedy 2 razy w tygodniu, a jednocześnie – z ekipą z którą się trzymałem – cały czas czyhaliśmy i wypatrywaliśmy, gdzie będą jakieś streetballe, bo wtedy tak się te turnieje nazywały.
W tej ekipie był Jakub Danjuma, chłopak o ciemnej karnacji, mniej więcej mojego wzrostu, niesamowicie silny i fizyczny. Fruwał nad koszami. Jak dostał lotkę to zawsze pakował z góry. Mieliśmy też rozgrywającego – Marka Iglińskiego z kosmiczną jak na tamte czasy umiejętnością kozłowania, który mu te lotki rzucał. Był Wojtek Siedlar – ten też miał dobrą dynamikę. No i byłem ja.
We czterech pakowaliśmy się w dwudziestoletniego Peugeota i cisnęliśmy na turnieje Idea Pop. One wtedy były rozgrywane w całej Polsce. A my na nich! W Suwałkach, we Wrocławiu, w Krakowie… W Krakowie na takim streetballu raz złamali mi nos i dlatego nie poszedłem na egzamin na AWF przez co moja sportowa edukacja wyższa się skończyła zanim się w ogóle zaczęła. Ostatecznie skończyłem marketing na GWSH, a w sporcie sukcesy osiągałem inaczej. Wygrywałem w 3×3! Wygraną na tamtych turniejach bywały komórki z kartą Idea pop! Wkładaliśmy tę kartę, dzwoniliśmy po domach i mówiliśmy: Mamo, dzwonię z komóry!
Te turnieje to było coś niesamowitego. Byliśmy wtedy naprawdę jedną z czołowych ekip w kraju. Raz byliśmy nawet o mecz od wygranej wycieczki na wylot z Zepterem Śląsk Wrocław na mecz euroligowy do Tel Awiwu!
Co to były za zawody?
Streetball we Wrocławiu. Doszliśmy do finału, ale ten nasz Kuba, który miał zawsze genialne pomysły stwierdził, że on jest zmęczony i już nie ma siły, więc musi się napić energetyka. Wiedząc, że do finałowego starcia mamy jeszcze chwilę ulotniliśmy się, żeby znaleźć sklep, w którym on kupi tego energola. Ale nigdzie nie mogliśmy go znaleźć! I tak biegaliśmy w te i wewte za tym energetykiem, wreszcie wróciliśmy na turniej, zdyszani, zdekoncentrowani. Wszyscy na nas czekali no i nie udało się nam wygrać tego finału.
Złość była olbrzymia, koło nosa przeszedł nam koszykarski wyjazd z Maćkiem Zielińskim, z Adamem Wójcikiem… No z tymi gośćmi, na których ja się wzorowałem oglądając w 1997 roku EuroBasket! Jeju, jak oni wtedy walczyli z Grekami o to wejście do czwórki!
Kiedy gra 3×3 nabrała bardziej profesjonalnego wymiaru?
To był chyba rok 2011. Wtedy w całej Polsce rozgrywane były takie streetballowe eliminacje Mistrzostw Polski – finał zaplanowano przed Manufakturą w Łodzi. My w składzie z Maćkiem Austenem, Kubą Danjumą i rozgrywającym Pawłem Strychalskim pseudonim „Słoń”. Wygraliśmy turniej w Gdańsku, ja do tej Łodzi w ogóle nie chciałem jechać i mówiłem: dajcie spokój, tam będą mocne ekipy, ale finalnie dałem się namówić i żeśmy to wygrali. To była impreza pod egidą PZKosz z sędziami. Z dogrywającym sobie jeszcze to i owo Michaelem Ansleyem. Dla nas – spora nobilitacja i duży wynik.
Rok później – w 2012 – za wygranie mistrzostwa Polski jechało się na World Tour. Jako Gdańsk byliśmy w nieco innym zestawieniu i pechowo nie udało nam się wejść do finału. Wojtyński z Dzikich Węży rzucił buzzer beatera z ośmiu metrów, czym pozbawił nas finału. I tak Olsztyn wygrał z Dzikimi Wężami i to oni polecieli na historyczny, pierwszy FIBA WORLD TOUR do Stambułu. Ale rok później Gdańsk wrócił na tron! I pierwszy raz poleciałem samolotem – na FIBA WORLD TOUR do Pragi! W drużynie z Pawłem Strychalskim, Krzysztofem Białkowskim i Marcinem Wilkiem.
To wtedy „się zaczęło”, prawda?
Oj tak. Osiem krążków mistrzostw Polski, jeszcze po drodze Rduchy nas pokonały w półfinale na Skwerze w Gdyni, ale mniej więcej od 2015 to była już pełna dominacja ekipy z Gdańska. I też nam się ten skład uformował – zaczęli grać ze mną Łukasz Muszyński, Piotr Renkiel, Jacek Chojnacki… Plus zawsze jeszcze jakaś rotacja i ktoś dochodził, na przykład Marcin Chudy, albo Michael Hicks, bo na tamtym etapie to i on już zaczął się w ten temat wkręcać.
Ale do Mike’a jeszcze wrócimy później.
Mieliśmy partnera – Urban City. Od sklepu wzięła się też nasza nazwa. Dostawaliśmy od nich ciuchy w barterze. Później je odsprzedawaliśmy.
Jak to?
Pewnie Urban City nie będzie zadowolone z tego, co teraz powiem, no ale tak było – sprzedawaliśmy ich ubrania, żeby uzbierać kasę na wyjazd na Challengera do Chin. Do Chengdu. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi z tymi Challengerami, co to może być za poziom i to jeszcze w Chinach, ale strasznie zależało nam na tym, żeby tam pojechać.
Udało się! Pomógł nam Filip Kenig, który załatwił nam jeszcze jednego partnera – to były sklepy monopolowe. Te challengery to były kwalifikacje do prestiżowych World Tourów. W Chengdu udało nam się wygrać. Turniej był pod olbrzymią galerią handlową z jakimś Aqua Parkiem, dla nas w ogóle klimat z innego świata. Mnóstwo ludzi, każdy chciał nas oglądać.
W finale pokonaliśmy Rosjan, po zwycięstwie bankiet, zdjęcia, impreza. Poszliśmy do klubu, w którym się okazało, że za nic nie płacimy, bo jesteśmy Europejczykami. Więc robiliśmy tej dyskotece reklamę. No w każdym razie po tym Chengdu naszła nas ochota na więcej! A że zwycięstwo w Chengdu dało nam awans na World Tour w Pekinie, to więcej było w naszym zasięgu.
Jak Wam poszło w Pekinie?
Zajęliśmy drugie miejsce przegrywając tylko z Al-Wahdą (serbska drużyna Nowy Sad Al-Wahda to jedna z najbardziej legendarnych i utytułowanych drużyn w historii koszykówki 3×3 – przyp. red.) z Dusanem Domoviciem – Bulutem, Dejanem Majstoroviciem, Marko Zdero i Marko Saviciem w składzie. Zniszczyli nas w finale. Zresztą pamiętam, że na domiar złego strasznie wtedy padało i na finał przeszliśmy do hali. Ta przygoda chińska dała nam olbrzymią motywację, pokazała sens i nakreśliła w tych naszych streetballach jakiś większy, sportowy cel.
Już wtedy było wiadomym, że koszykówka 3×3 zostanie sportem olimpijskim?
Nie, to okazało się chyba w 2017 roku. Wtedy wiedzieliśmy już, że to będzie nasza dyscyplina, że profesjonalnie będziemy grali w koszykówkę 3×3. Ja jeszcze godziłem to wszystko z drugo- i pierwszoligowym graniem 5×5 w AZS Politechnika Gdańska, w Decce Pelplin i w Kotwicy Kołobrzeg, w której spędziłem 3 fantastyczne lata i gdzie zrobiłem awans z Grześkiem Arabasem, Marko Djuriciem i Łukaszem Wichniarzem. Cóż to była za świetna ekipa…
No i tak grałem w tych klubach. Jak był awans – to super, jak nie było playoff – w sumie też się cieszyłem, bo to było dla mnie na rękę. (śmiech) Kwiecień, pakowanko i zaraz jakiś turniej w Malezji!
PZKosz dojrzewał do tej dyscypliny razem z wami?
Mirek Noculak w ogóle był zły, że my zamiast na zgrupowanie kadry to gdzieś na jakieś egzotyczne wyjazdy latamy, ale myśmy to cały czas tłumaczyli, że to nie są jakieś tam nasze komercyjne wymysły tylko realna szansa na punkty dla Polski do rankingu. I faktycznie, byliśmy w takiej Malezji na pudle, dzięki czemu mogliśmy grać w World Tourze w Japonii. A World Toury – jako najbardziej prestiżowe turnieje spod egidy FIBA w koszykówce 3×3 – kwalifikowały nas do imprez rangi mistrzostw Europy czy świata bez żadnych eliminacji! Wtedy stało się już jasne, że jest ta druga koszykówka, że to się rozwija, że to trzeba rozwijać także u nas w kraju, że najwyższy czas to zrozumieć i doceniać!
Dochodzimy do przełomu w koszykarskiej karierze Pawła „PabloDziadzi” Pawłowskiego. Zaczynasz żegnać się z basketem 5 na 5, pojawia się szansa wyjazdu na igrzyska. Jak budowała się ówczesna reprezentacja Polski?
Tu na Pomorzu dużo się ze sobą ścieraliśmy – my z Gdańska z Michaelem Hicksem i braćmi Drewa ze Starogardu Gdańskiego. Spotkaliśmy się. Przedstawiliśmy, jak to wygląda, jakie mamy cele. Mike chciał się tym na początku jedynie trochę pobawić, ale szybko zorientował się, że temu idzie poświęcić się w całości, bo to jest w dużej mierze celebracja życia! I punkty, które on przecież przez całą karierę potrafił zdobywać seriami. Te ciągłe wyjazdy, cały lifestyle wokół tego!
Nie lubiłem jedynie tego ciągłego pakowania. Bo to momentami wyglądało tak – wracamy z Azji – szybkie pranie – zaraz kolejne pakowanie – znowu lecimy do Azji!
Kiedy wyszło, że przez połowę roku nie było nas w domu, a drugą połowę i tak trenowaliśmy 3×3 w Polsce, stało się jasne, że to już nie może być zajawka, tylko pełne zawodowstwo. To okolice roku 2016. Do tej Azji lataliśmy chyba co dwa tygodnie, bo tam inwestowane były największe pieniądze i ciut inny poziom niż w Europie, gdzie tych Serbów było tyle, że wreszcie musieli wprowadzić limity na liczbę drużyn z danego kraju.
Michaela to zmotywowało bardzo. Miał kratę na brzuchu, dieta, siłka! Wcześniej stracił klub, więc powera miał podwójnego. Wszystko ładował z góry. Pojechaliśmy do szwajcarskiej Lozanny. Tam zajęliśmy trzecie miejsce, pamiętam, że w półfinale grał przeciwko nam znany z PLK Ovidijus Varanauskas. Mike wygrał tam też konkurs trójek. Fantastyczne miejsce, boiska pod mostem, młodzi ludzie na trybunach, muzyczka… Lozannę i Pragę w Europie lubiłem najbardziej.
Potem dołączył do nas Szymon Rduch. Trochę się wahał, chciał pograć ze swoimi braciakami, długo nie mogliśmy znaleźć nici porozumienia, ale w końcu dał się namówić. Potem przekonałem Przemka Zamojskiego. Mówię mu: dawaj, pojedziesz z nami na jednego questa do Torunia, na eliminacje do mistrzostw Polski i zobaczysz, czy ci się to podoba.
To było pierwsze zetknięcie Zamoja z 3×3. Po koszach chciał wybijać piłkę zza linii końcowej, mimo że wychował się na ulicznych boiskach, to przez lata kariery sporo miał tych nawyków z 5×5. Ale bawił się wybornie!
W tym Toruniu pakę zmontowałem konkretną, bo poza Zamojem i mną był też Thomas Davies i Marcin Sroka. Czterech defensorów! Nikt nam w tym Toruniu nie był w stanie rzucić więcej niż 10 punktów, a jak ktoś w jakiś sposób przekroczył tę magiczną granicę, to musiał być naprawdę mocny. Zmiażdżyliśmy rywali, a to się zazębiło w czasie z tym, jak Mike Taylor zrezygnował z Zamoja w kadrze 5×5.
Przemek zaczął sobie to wszystko układać w głowie i to był ten moment, kiedy wiedzieliśmy, że trzeba w to iść! W tym zestawieniu mieliśmy swoje pierwsze sukcesy. Chocby półfinał na Filipinach, gdzie oglądało nas 15 tysięcy ludzi…
Robiliśmy wyniki, sponsorzy nam ufali, potrafiliśmy kończyć w pierwszej ósemce na świecie. A ósemka oznaczała, że przysługuje ci jeden World Tour, opłaca to FIBA, także lecieliśmy sobie w niesamowite miejsca.
Nie musieliśmy już żadnych ciuchów odsprzedawać, żeby zarobić na bilety. (śmiech)
Które kierunki wspominasz najlepiej?
Chińskie Nanjing, Penang w Malezji, Mongolię, no i oczywiście Tokio…
W Ułan Bator ta koszykówka 3×3 to jest naprawdę wielki sport! Oni tam mają trzy dyscypliny: tenisa stołowego, zapasy i właśnie 3×3. Widać, że dają z siebie wszystko, wychodzą na boisko tak jak się wychodzi do ciężkiej fizycznej pracy. Walczą ile sił, dzięki czemu znakomicie się w ten sport wkomponowali, bo koszykówka 3×3 to przede wszystkim walka z własnymi słabościami i ograniczeniami. W końcówkach meczów bardzo często już nie masz siły, odcina ci nogi i to głowa musi dać impuls do gry do końca.
Z Tokio najbardziej pamiętam tą absolutnie olbrzymią wioskę olimpijską i nas skoszarowanych na jednym, specjalnie na tę imprezę postawionym osiedlu. Mieszkańcy Tokio tylko czekali, aż impreza się skończy, bo już mieli pokupowane te apartamenty. Podobno byli bardzo wściekli, bo już mieli poinwestowane, a odbiór się opóźnił o rok przez to covidowe przesunięcie.
Trzymaliśmy się tam z Grzegorzem Hedwigiem, kajakarzem górskim, partnerem życiowym Klaudii Zwolińskiej. Na siłce przecinaliśmy się z Bartkiem Kurkiem, który się śmiał, bo mówił, że jak wpada i słyszy polski hip hop to wie, że my robimy trening. W stołówce były dwa poziomy i naprawdę wszystkie kuchnie świata, tylko siedzieliśmy w takich boksach, ogrodzeni plastikiem. No i nie mogliśmy chodzić na inne dyscypliny, więc cieszyliśmy się tylko tymi spotkaniami w wiosce.
Tu Gasol, tam Scola – było to dla mnie jako sportowca, ale i fana koszykówki wielkie doznanie. Z tymi idolami na wyciągnięcie ręki. Gdzie indziej miałbym szansę ich spotkać? A jak o Luisie Scoli mowa to mieliśmy taki żarcik wewnątrz kadrowy, że tylko on jest na tej imprezie ode mnie starszy (śmiech). Przemek potem w Paryżu przeżył igrzyska już kompletnie, z kibicami, ale moje Tokio było i tak wyśnione, upragnione i odhaczone!
Na igrzyskach w Tokio ostatecznie zajęliście 7. miejsce. Czego zabrakło?
Mieliśmy czytelną ofensywę, która spoczywała na Mike’u. Drużyny, z którym zaczynaliśmy na tym samym pułapie były trudniejsze do zeskautowania, bo tam siły i w obronie, i w ataku rozkładały się mniej lub bardziej po równo – Liman, Zemun… I to wszystko też przekładało się na poszczególne występy reprezentacyjne chłopaków tworzących dane zespoły.
U nas też na Tokio wdała się kontuzja ręki Mike’a, której nabawił się na sparingach w Nowym Sadzie, przez co te jego rzuty nie były tak pewne jak w Amsterdamie na MŚ w 2019, gdzie zdobywając brąz gwarantowaliśmy sobie właśnie bilety do Tokio.
Po igrzyskach jeszcze nie powiesiłeś butów na korku. Gdański Dziadzia jeszcze chciał coś ugrać, prawda?
Po Tokio zakopano nas trochę, jako ten stary skład. Pożegnaliśmy się z Mikiem, dołączył do nas Łukasz Diduszko, który dał nam świeży impuls i pozwolił na zmiany taktyczne, a to zaowocowało brązem ME pod samiutką wieżą Eiffela w Paryżu. Tuż po igrzyskach, bo to było we wrześniu – polska koszykówka 3×3 od razu się podniosła i potwierdziła, że nasze miejsce jest w ścisłej, światowej czołówce.
Potem z Totalizatorem Sportowym i Piotrkiem Renkielem mieliśmy dwie drużyny zawodowe. Koordynowaliśmy je, grając równolegle w tych turniejach spod egidy FIBA, żeby jak najwięcej punktów zapisać na koncie PZKosz.
Moja ostatnia impreza z orzełkiem na piersi to były MŚ w Antwerpii w czerwcu 2022. Długo biłem się z myślami. Ciężko było mi się rozstać z czynną grą, ale kiedy na horyzoncie pojawiła się świeża krew – ambitna, z talentem i charakterem do tej naszej koszykówki – wiedziałem, że idzie dobra pokoleniowa zmiana. Zmiana musiała nadejść! Adrian Bogucki, Mateusz Szlachetka – chłopaki się wkręcili, robili kolejne wyniki. Pojawiły się kolejne jednostki z predyspozycjami do tej gry – Michał Sokołowski, Filip Matczak, ale na kolejnych igrzyskach zabrakło Polsce zgrania.
Za mało wspólnych treningów?
To nawet nie chodzi o to. Treningi i pojedyncze umiejętności zawodników były, ale drużyna scala się na wspólnych wyjazdach, a nie pojedynczych treningach. Stara gwardia spędzała ze sobą mnóstwo czasu. Z żonami nie spaliśmy w łóżkach tyle, co ze sobą. (śmiech) Znaliśmy się na wylot, swoje przyzwyczajenia, ulubione piosenki. Żeby osiągać wielkie sukcesy nie możemy korzystać z chłopaków z łapanki. Musimy stworzyć kadrę 3×3 złożoną z wyczynowych sportowców tej dyscypliny. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Na zasadzie, że to się raz, czy drugi udało, udaje to już zawsze będziemy korzystać z chętnych i zaangażowanych chłopaków z 5×5.
Chwała im za chęci, dzięki nim mamy co mamy, ale jestem zdania, że na igrzyska w Los Angeles i w dalszej perspektywie potrzebny jest jednak system!
Ty ten system w Gdańsku budujesz od podstaw. Opowiedz coś o swojej Akademii…

W swoim kadrowym gronie dużo rozmawialiśmy o tym, że jak ta piękna przygoda się skończy to trzeba będzie grzać temat. Campy, obozy, dzieciaki, zajawka… Sam doskonale wiedziałem, czego jako dziecko uprawiające sport nie miałem, a co na pewno pozwoliłoby mi rozwinąć się jeszcze bardziej. Wiedziałem też, że będę chciał moim adeptom przekazywać coś więcej niż nauka oddawania rzutów do kosza – trening sportowy zawsze musi nieść za sobą coś więcej.
Przez to, czego ja się nauczyłem, samozaparcie, dyscyplina, dawałem sobie radę w korporacji – umiałem się zorganizować tak, żeby pracę w korporacji łączyć z pracą w 3×3. Ludzie w firmie łapali się za głowę: jak ty po tych tabelkach, excelach i wyrobionych targetach możesz jeszcze robić drugi etat na boisku? Mogłem. Bo to kochałem.
I bo miałem ambicje i cel. Do domu wrócić mogłem dopiero po 50 celnych rzutach. Uczymy koszykówki i wytrwałości, bo sport naprawdę prowadzi do spełnienia marzeń!
Akademia Pablo 3×3 Basket działa pod twoimi skrzydłami, ale szkółka ma więcej niż jednego trenera i jedną drużynę, prawda?
Dziś trenuje u nas 250 dzieci z Gdańska i z okolic. Mamy 9 lokalizacji – głównie na południu Gdańska i wokół Pruszcza Gdańskiego. Ostatnio obchodziliśmy trzecie urodziny. W strukturach organizacyjno-trenerskich mamy już 13 osób. Robimy dużo eventów na terenie Pomorza. Mamy też swoje pierwsze wyniki w młodzieżowych rozgrywkach. Na początku to nie były jeszcze medale – raczej piąte-szóste miejsca, ale intensywnie pracowaliśmy na to, żeby być w tym czubie. Efekt wytężonej i konsekwentnej pracy? Złoty medal Młodzieżowych Mistrzostw Polski w koszykówce 3×3 U23M zdobyty w Olsztynie 29 maja 2026!
Uczenie dzieci koszykówki 3×3 niesie za sobą bardzo wiele dodatkowych walorów. Motoryka, siła – u najmłodszych skupiamy się także na tym. Nasze treningi pomagają dzieciom, które równolegle są w drużynach 5×5, dobrym przykładem jest Tomek Żabierek trenujący raz w tygodniu z Bryzą Kolbudy.
Pojechał z drużyną z Kolbud na ćwierćfinały i pomimo niższego wzrostu wyróżniał się grą na kontakcie, nie bał się wbijać pod kosz ze swoją siłą, nad którą mocno pracuje w baskecie 3×3. Mówi, że obie koszykówki lubi tak samo, ale wywodzi się z 3×3 i ja widzę, jakie atuty szkoleniowe dla gry 5 na 5 ta zajawka za sobą niesie. To cieszy, bo dzięki takim chłopakom jak nasz Tomek wkrótce już nikt nie powie, że w koszykówkę 3×3 grają ci słabsi, którzy się nie łapią do 5×5.
W 3×3 masz więcej kontaktu z piłką, musisz szybciej i częściej decydować, uczysz się samodzielności. Trener ci nie przerwie, nie podpowie. I ten Tomek Żabierek z całym tym początkowym bagażem doświadczeń jako rozgrywający pojechał na turniej U13 i do 15 punktów dołożył 12 zbiórek. Rozgrywający! Obrona na nim siedziała, a on dołożył jeszcze 4 asysty na mecz. Trafił do kadry Pomorza 5 na 5, a my w Akademii pękamy z dumy!
To dopiero nasze początki, ale bardzo nakręcają i cieszą nas takie rzeczy.
Jakie macie teraz cele?
Cel jest jeden i niezmienny – satysfakcja dzieci. Jesteśmy grupą ludzi, którzy w mniejszym czy większym stopniu doświadczyli zawodowej koszykówki i naprawdę kochają ten sport. Teraz, gdy emocje już opadły, mogę wrócić do korzeni. Jako liderowi stojącemu na czele tego projektu zależy mi na zaufaniu. Ufam, że idziemy w jednym kierunku i rozwijamy dzieci. Jestem ojcem, chcę, żeby moje pociechy się ruszały. I tak samo w Akademii – chcę, żeby dzieci, nawet rekreacyjnie rzucały do kosza. Tym, które się wyróżnią – na pewno pomożemy.
Wiem, że silną gdańską ekipą będziecie wspierać reprezentację Polski podczas rozpoczynających się w poniedziałek FIBA MŚ w koszykówce 3×3. Jak Dziadzia zapatruje się na szanse reprezentacji Polski? Kogo widzisz w ostatecznym składzie?
Będziemy liczną i zaangażowaną grupą ambasadorską, dołożymy wszelkich starań, żeby idący Śródmieściem Kowalski dowiedział się, jak fantastyczna i emocjonująca jest koszykówka 3×3 i jak mocna jest w nią reprezentacja Polski! Ile tam dynamiki, zwrotów akcji i dobrych koszykarzy, których właśnie teraz można oglądać na żywo. Będziemy na meczach, po meczach, chętnie zbiję pionę, poopowiadam, powspominam. Ponad połowę swojego życia poświęciłem koszykówce 3×3, ona żyje w moim sercu!
Co do kadry to spodziewam się elementu zaskoczenia i pokerowej zagrywki – czyli zespołu bez doświadczonego Boguckiego. Nasza drużyna jest mocna. Myślę, że wystawimy zespół z Zamojem, Sokołem, Marcelem Ponitką i Wacą. Przemek Zamojski, który rozegrał dziesiątki meczów o stawkę w takiej formule to nasz polski fundament. Wie, jak oszukać obrońcę, gdzie zdobyć łatwe punkty. Ma ten swój strzał za dwa, bez dwóch zdań to wciąż jeden z najlepszych rzucających graczy w koszykówce 3×3.
Michał Sokołowski to taki klasyczny hustler – jest obrońcą nie z tej ziemi, defensorem który rzuci się po każdą piłkę i będzie walczył do resztek sił, co nie jednego potencjalnego reprezentanta pokonało. Coraz pewniej czuje się z tym naszym Wilsonem. Penetruje. All-around player. Ma parametry, wzrost, rzut i siłę.

Marcel Ponitka potrafi zagrać pick’n’rolla, co w koszykówce 3×3 jest wielką wartością dodaną. Potrafi spenetrować, dorzucić swoje punkty. No i też walczy w obronie!
Adam Waczyński? Olbrzymie koszykarskie IQ. Przecież on grał w Eurolidze! Każda ekipa 3×3 potrzebuje swojego mózgu – u nas będzie nim Waca. Przekwalifikował się na 3×3 już jakiś czas temu. Wiem, jak trenował w Hiszpanii. Wiem ile z siebie dawał i jak poważnie podchodzi do tej imprezy.
Znam chłopaków i wierzę w nich. A także – liczę na nich!
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie