W naszych tekstach dotyczących sezonu transferowego w PLK, na pewno w co drugim – a ostatnio może nawet i częściej – pada stwierdzenie, że polskim klubom ciężko jest namówić do podpisania kontraktu naprawdę dobrych koszykarzy. Największe kłopoty mają te, które polują na klasowych rozgrywających czy środkowych. To właśnie graczy z tych pozycji zdobyć najtrudniej.
Dopiero co sygnalizowaliśmy, że Legia i Śląsk w zasadzie chciały tego samego zawodnika. Jesteśmy przekonani, że podobnych sytuacji, w których kilka klubów z PLK zabiegało o tego samego zawodnika, było znacznie więcej.
Andy Van Vilet w roli przykładu ilustrującego
Mówiąc językiem specjalistów od rynku pracy – na rynku koszykarskim mamy obecnie do czynienia z rynkiem pracownika, a nie pracodawcy. Koszykarze mogą kaprysić i wybierać, gdzie będą chcieli grać i za ile. Czasy, w których można było przebierać w ofertach zawodników minęły.
Tego typu sytuacja rodzi dwa główne problemy.
Po pierwsze, pomimo coraz popularniejszego budowania struktur pionu sportowego w klubach z PLK, osoby decydujące o transferach nie są w stanie swojej wizji składu przełożyć na rzeczywistość. W kuluarowych rozmowach można usłyszeć, że zespoły z czołówki naszej ligi często zmuszone były tego lata – i nadal są – sięgać po zawodników z miejsc siódmego-ósmego, na nawet dalszych, jeśli chodzi o swoją listę życzeń.
Nie jest żadną wielką tajemnicą, że Trefl Sopot chciał się wzmocnić na pozycji 4/5 względem poprzedniego sezonu i tym samym poszukać gracza lepszego niż Andy Van Vliet. Ostatecznie niejako musiał ponownie dogadać się z Belgiem, bo nikogo lepszego nie znalazł.
To tylko jeden z przykładów. Inne kluby też się zderzyły z podobnym kłopotem. Zespoły z górnej połówki PLK miały na niektórych graczy odłożone naprawdę duże pieniądze, a mimo to nie udało im się ściągnąć do siebie zawodników z listy życzeń.
Śląsk i King walczyły mocno o Aleksandra Dziewę nie tylko dlatego, że to Polak. Przecież z rotacją rodzimych graczy oba te zespoły by sobie i bez niego poradziły. Walczyły, gdyż Dziewa to duża wartość sportowa. Drogi, ale jednak gwarant jakości. Wydanie podobnych pieniędzy na gracza z zagranicy w obecnych warunkach nie dawałoby z miejsca tego uspokajającego poczucia pewności dobrze zainwestowanych środków.
Drugim problemem z którym mierzą się najlepsze polskie kluby jest konieczność przepłacania zawodników. Gracze mają na tyle duży wybór, że chociażby gra w europejskich pucharach nie jest dla nich aż tak skutecznym wabikiem. Efekt? Kluby PLK chcąc ściągnąć do siebie zawodników z wyższej półki, uznanych na rynku europejskich, często muszą przelicytować i oferować im większe pieniądze od ich sportowej wartości.
Malik Williams w roli przykładu ilustrującego
Skąd tak naprawdę wzięły się te problemy? Czynników jest kilka.
Po pierwsze w Stanach Zjednoczonych można wreszcie nieźle zarabiać na grze w koszykówkę, nawet nie będąc graczem NBA. W G League, które jest jakby nie patrzeć dużym oknem wystawowym i furtką do NBA, wynagrodzenia są już naprawdę niezłe i Amerykanie z czystego pragmatyzmu wolą zostać bliżej domu za podobne pieniądze, niż tułać się samotnie po dalekiej Europie.
Marzeniem każdego koszykarza urodzonego w USA jest gra w NBA. Choćby przez chwilę. Prędzej do tej ligi mają szansę trafić, będąc pod nosem klubów NBA, niż w odległej Polsce. Doskonale znany kibicom PLK, szczególnie tym z Włocławka, Malik Williams na początku kwietnia podpisał 10-dniowy kontrakt z mającymi wówczas problemy kadrowe Toronto Raptors. W tak krótkim czasie za grę dla jedynej kanadyjskiej drużyny NBA otrzymał 64 tys. dol. Dla porównania – za grę dla Anwilu w drugiej połowie sezonu 2022/23 według naszych informacji zarobił tylko nieco ponad połowę tej sumy.
Amerykanie zaczynają też (w końcu!!!) płacić młodym koszykarzom także za grę w NCAA i to jest chyba największa zmiana, która może spowodować także odpływ za ocean młodych europejskich koszykarzy z Europy.
Coraz mniej amerykańskich graczy jest też gotowych grać w Europie za 3-4 tysiące dolarów miesięcznie. Chłopakom, którzy niekoniecznie wiedzą czy chcą się bawić w basket przez kolejne 15 lat, lepiej jest zostać na kolejne semestry na studiach czy bawić się w różnych słabszych ligach lokalnych i „dorabiać” z grania w dobrze sobie znanym środowisku, niż szukać szczęścia za marne pieniądze w Europie. 40 tysięcy dolarów za sezon to kasa w realiach amerykańskich po prostu bardzo mała.
Dobrze za grę w koszykówkę płaci się także w Azji. Jednym z przykładów może być chociażby James Bell, który po sezonie spędzonym w Anwilu wyjechał do Japonii i z której do Europy może prędko nie wrócić. Klubów ze Starego Kontynentu na niego nie stać, a te które stać – celują w lepszych graczy.
Myśląc o problemach z kompletowaniem składów przez kluby PLK pamietajmy, że konkurują o zawodników nie tylko z innymi europejskimi, ale także z tymi z G League, NCAA i Azji. Nie jest trudno się domyślić, że często w tej rywalizacji po prostu brakuje im argumentów.
Fakt, że kilka dni przed startem przygotowań wciąż wiele zespołów PLK szuka zawodników, a część drużyn decyduje się na ryzykowne posunięcia – jak chociażby Legia zatrudniając walczącego ostatnio głównie z kontuzjami Juwana Evansa – nie powinien nikogo dziwić.
Podobnie jak ten, że Justin Patton – który na zdjęciu ilustrującym ten tekst walczy o zajęcie pozycji pod koszem ze wspomnianym Malikiem Williamsem – był także tego lata poza zasięgiem Anwilu, który przynajmniej przez chwilę marzył o sprowadzeniu do Włocławka środkowego, który w drafcie 2017 roku został wybrany m.in. przed Jarretem Allenem, OG Anunobym, Kyle’em Kuzmą, Joshem Hartem i obecnym mistrzem NBA oraz olimpijskim z Paryża Derrickiem White’em też.