Pokonanie Hiszpanii na jej terenie od początku wydawało się bardzo trudnym zadaniem, a i reprezentacja Bahamów – przynajmniej dla osób śledzących nieco ambitniej koszykówkę – zapowiadała się na twardy orzech do zgryzienia. Na parkiecie w Walencji Biało-czerwoni zaprezentowali się jednak dalece poniżej oczekiwanego poziomu. Olimpijskie marzenia prysły.
Dlaczego tak brutalnie???
Co poszło nie tak?
Przedolimpijski turniej pokazał – czy też raczej potwierdził – że reprezentacja Polski, chcąc walczyć z europejską czy światową czołówką, ma naprawdę niewielki margines błędu. Jeśli w ogóle jakikolwiek. Jasne, graliśmy w półfinale poprzedniego EuroBasketu – tego (wielkiego!) osiągnięcia nikt nigdy kadrze Igora Milicicia oraz Mateusza Ponitki nie odbierze. Ale na argument, że w związku z tym możemy być jednym tchem wymieniani z innymi potęgami koszykarskimi świata, nie stać chyba nawet bardziej niepoprawnych optymistów.
Słabe sezony klubowe Ponitki i Aleksandra Balcerowskiego nie pozostały bez wpływu na ich formę. Dodatkowo, naszej drużynie nie pomogło późne wprowadzenie do zespołu nie tylko Jeremiego Sochana, ale także Andrzeja Mazurczaka, który przyjechał na zgrupowanie wyczerpany fizycznie i mentalnie po siedmiomeczowym boju w finale PLK. Jeśli do tego dołożyć braki centymetrów w walce podkoszowej, czy nieszczególnie dobre decyzje meczowe Igora Milicicia – mamy co mamy. Nagle z drużyny grającej o czołowe miejsca na EuroBaskecie staliśmy się europejskim średniakiem.
Bo umówmy się – przegrana z Finlandią, pozbawioną swojej największej gwiazdy, czyli Lauriego Markkanena, drużynie z europejskiej czołówki w sytuacji, gdy jest to mecz o wszystko, przytrafić się nie powinna. Przecież my w czwartek, walcząc o życie, nie potrafiliśmy zagrać 40 minut na równym poziomie.
Milicić pod ostrzałem
Igor Milicić ma podpisany kontrakt z polską federacją do 2026 roku. Przyszłoroczny EuroBasket – którego będziemy współorganizatorami – miał być jego docelową imprezą. I zapewne ostatecznie taką będzie. Szkoleniowiec, który dwa lata temu wprowadził naszą kadrę do czołowej czwórki mistrzostw Europy powinien otrzymać szansę na rehabilitację za niepowodzenie w Walencji.
Ale czy ją faktycznie otrzyma? Ojjj… Tego wcale nie można być takim pewnym. Porażki z Bahamami i Finlandią spowodowały, że krytyków Milicicia nie brakuje. Także w samym PZKosz. Milicić to trener dość specyficzny. Szczególnie jeśli chodzi o relacje z otoczeniem. W zespołach klubowych, mimo osiąganych sukcesów, nieszczególnie dobrze udawała mu się sztuka budowania wokół siebie kręgu zaufanych ludzi. Takich, którzy darzyliby go sympatią i z sympatią wspominali po odejściu.
Brutalne, ale prawdziwe.
W kuluarach hali w Walencji – a także w położonym tuż obok niej parku – po zakończeniu meczu z Finami można było usłyszeć wiele cierpkich słów na temat pracy wykonywanej ostatnio w kadrze przez Igora Milicicia.
– Ostatecznie nawet jego decyzja o tym, by już teraz ważną rolę powierzyć swojemu synowi się nie obroniła. Igor zrobił błąd. Podwójny! Przecież zaszkodził nie tylko kadrze, ale i Igorowi juniorowi. Jeśli ten marzy o tym, by za rok zaistnieć w drafcie NBA, to występem w Walencji na pewno się do tego nie przybliżył – to tylko jedna z krążących opinii.
Można je było usłyszeć, przynajmniej w nieformalnych rozmowach, także od osób, które w mniejszym lub większym stopniu mogą decydować o tym czy w najbliższym czasie kadra zmieni trenera. Cztery kolejne porażki w meczach o punkty są faktem. Żeby była jasność, już dwie pierwsze – zimowe z rezerwami Litwy i Macedonią Północną – choć zostały poniesione w eliminacjach, które dla nas pod względem sportowym nie ważą nic, były sygnałem alarmowym.
– Fajnie, że Igor zdobył z Napoli Puchar Włoch, ale chwilę później na zgrupowanie kadry przyjechał kompletnie nieprzygotowany – takie głosy dochodziły do nas w lutym, po kompromitującej przegranej z Macedonią Północną aż 71:96.
Oczywiście, można się zastanawiać nad tym, czy w tej chwili więcej kadrze od Igora Milicicia juniora nie mógł dać choćby bardziej doświadczony Jarosław Zyskowski, ale negowanie samego sensu obecności IMJ w kadrze to już krytyka posunięta daleko za daleko. Milicicia seniora w kadrze na stanowisku trenera prędzej – nagłą zmianą bylibyśmy jednak mocno zdziwieni – czy później nie będzie. Jego syn powinien decydować o jej obliczu drużyny przez co najmniej kolejną dekadę.
Warto walczyć o Sochana
Najpierw 16 punktów i 10 zbiórek z Bahamami, a dzień później 20 pkt i 8 zbiórek z Finlandią. Jeremy Sochan podczas meczów w Walencji pokazał, że warto było o niego dla reprezentacji walczyć. Nawet jeżeli czasami wiąże się to z dziwnie wyglądającymi na zewnątrz kompromisami z San Antonio Spurs.
Czego w przypadku Sochana można żałować najbardziej – oprócz braku zwycięstw rzecz jasna? Oczywiście braku czasu. Był to dla niego pierwszy występ w naszej kadrze od ponad 3 lat i momentami gołym okiem widać było to na parkiecie. Fragmentami było daleko od ideału, jeżeli chodzi o wpasowanie 21-latka w nasze struktury ofensywne, jednak skala talentu Sochana – zarówno pod względem umiejętności, jak i atletyzmu – jest tak ogromna, że i tak był on bardzo pozytywną postacią w naszej grze.
Nawet w sytuacji, gdy były to dla niego pierwsze poważne minuty koszykarskie od marca tego roku, czyli od czasu przedwczesnego zakończenia występów w sezonie zasadniczym NBA.
Pozostaje wierzyć, że nie była to jednorazowa wizyta Jeremiego w naszej reprezentacji. Z tego, co można było zaobserwować, czuje się w niej znakomicie. Jego waleczność i brak gwiazdorskich zapędów powodują, że powinien na lata być jej bardzo ważnym punktem.
Z każdym kolejnym występem powinien też naturalnie przesuwać w drabince jej liderów, by w końcu któregoś dnia – najlepiej wybitnym meczem w kluczowym momencie ważnego turnieju – dać wszystkim do zrozumienia, że „to jest już zespół Jeremy’ego Sochana”.
Idealnie byłoby, gdyby doszło do tego już podczas przyszłorocznych mistrzostw Europy.
Skład? Zmienić trzeba, ale – jak mocno? „Olejniczaku wróć„
Jednym z największych paradoksów po turnieju w Walencji jest ten, że nawet tak nieudany występ nie tylko może nie spowodować znaczących zmian personalnych w kadrze, co być może nawet powodować ich nie powinien?
To kwestia zarówno bardzo krótkiej biało-czerwonej kołdry z zawodnikami na europejskim poziomie, jak i braku czasu na dokonanie gruntownych zmian. W naszym przypadku pozostaje mieć nadzieję, że za rok pewne elementy będziemy wykonywać nieco lepiej i przełoży się to na zwycięstwa w meczach, które będą w naszym zasięgu – takim w Walencji na pewno było starcie z Finlandią. Trudno za to stwierdzić, czy były nim Bahamy z trzema zawodnikami NBA i czwartym – Valdezem Edgecombe’em – który wkrótce powinien stać się liczącym zawodnikiem na zawodowych parkietach.
Trzy szybkie wnioski personalne, które można spróbować wyciągnąć po hiszpańskim turnieju?
Pierwszy: potrzebujemy więcej centymetrów i atletyzmu pod koszem. Wybór mamy tak niewielki, że – w krótkiej perspektywie – priorytetem powinna być próba przywrócenia dla kadry Dominika Olejniczaka.
Drugi: przysposobienie Andrzeja Mazurczaka do wymogów reprezentacji z korzyścią dla obu stron wygląda na proces dłuższy, niż wszyscy byśmy chcieli. O ile w ogóle możliwy. BYĆ MOŻE lider Kinga Szczecin po prostu nie jest zawodnikiem, który odnajduje się w koszykówce Igora Milicicia?
Trzeci: Przemysław Żołnierewicz sprawdza się – jako zadaniowiec na kilka minut
Co do reszty? Musimy się modlić za lepszy sezon w klubach w wykonaniu Ponitki i Balcerowskiego. Skala talentu Igora Milicicia jr na pewno uzasadnia dalsze wprowadzanie go do reprezentacji, z jednoczesną nadzieją, że każdy rok nabranych doświadczeń zmniejszy szansę na tak nieudane występy, jak ten w Walencji.
Kto po Slaughterze?
Musimy też dokonać właściwego wyboru, jeżeli chodzi o następcę AJ Slaughtera w roli zawodnika naturalizowanego.
Gdy w 2015 roku AJ otrzymał polskie obywatelstwo i wystąpił na rozgrywanym wtedy Eurobaskecie, nikt nie przypuszczał, że jego przygoda z naszą kadrą potrwa aż 9 lat – nawet on sam. Turniej w Walencji miał być reprezentacyjnym „Last Dance” tego obwodowego strzelca i chociaż decyzja nie była oficjalna, to przyszłość trzeba planować bez niego. Choćby z uwagi na 37. wiosen na karku AJ, z którymi ten rozpocznie sezon 2024/25 w hiszpańskiej Saragossie.
Głównych kandydatów do zastąpienia go jest w tym momencie dwóch – to Kyle Guy (26 lat, 185 cm) i Malcolm Brogdon (31 lat, 193 cm).
Ten pierwszy ma za sobą znakomitą drugą połowę sezonu w zespole Teneryfy, a skutecznością imponował szczególnie na parkietach Ligi Mistrzów (21.5 pkt na mecz). Guy spisywał się na tyle dobrze, że po sezonie sam wypowiedział kontrakt na kolejny rok i nie bez podstaw liczy na powrót na parkiety Euroligi (rozgrywki 23/24 rozpoczął jako zawodnik Panathinaikosu). W skrócie można go określić, jako zawodnika bardzo podobnego do Slaughtera – niski obwodowy strzelec, który może trochę pomóc na rozegraniu, ale przede wszystkim sam potrafi sobie wykreować pozycję do rzutu i zdjąć ciężar z naszej ofensywy w trudnych momentach.
Na obu pozycjach obwodowych występuje również Brogdon, choć w tym przypadku mówimy o zawodniku z totalnie innej półki. Amerykanin od 2016 roku z powodzeniem rywalizuje na parkietach NBA. W swoim najlepszym sezonie, 2020/21 zdobywał dla Indiana Pacers imponujące 21.1 pkt średnio w każdym meczu, a obecnie znajduje się pod kontraktem, który za najbliższy sezon gry gwarantuje mu 22,5 miliona dolarów. To ktoś zupełnie z innej koszykarskiej planety.
W teorii to Brogdon powinien być lepszym kandydatem do gry w polskiej reprezentacji. Z racji polskich korzeni jego żony powinno mu być również łatwiej uzyskać nasze obywatelstwa. Ba był już nawet w naszym kraju. Brogdon jest jednak o pięć lat starszy, zarobił w swojej karierze wielkie pieniądze (110 milionów dolarów), a do tego jest zawodnikiem podatnym na kontuzje. Przydarzyły mu się już trzy sezony NBA, w których rozegrał poniżej 50 spotkań. Czy na pewno można będzie na niego liczyć w tak wyczerpującym turnieju, jakim niewątpliwie są mistrzostwa Europy?
Decyzja osób odpowiedzialnych za wybór następcy Slaughtera nie będzie łatwa. W tle przewija się przecież również osoba Brandina Podziemskiego, 21-letniego koszykarza Golden State Warriors. Z racji polskiego pochodzenia, w jego przypadku można było nawet po cichu – no dobra, po bardzo, bardzo cichu – liczyć na to, że będzie mógł być traktowany jako gracz rodzimy i nie zabierze miejsca zawodnikowi naturalizowanemu (FIBA dopuszcza takiego tylko jednego).
Po bardzo udanym debiutanckim sezonie na parkietach NBA (9.2 pkt w 74 spotkaniach) został on jednak powołany do US Select Team, czyli rezerwowej reprezentacji USA, która od soboty wspomoże amerykańską kadrę w przygotowaniach do igrzysk w Paryżu. To oczywiście nie blokuje potencjalnej gry Podziemskiego dla Polski od strony regulaminowej, lecz może mu pokazać, ze gra w pierwszej reprezentacji amerykańskiej nie jest dla niego tak nierealnym marzeniem, jak jeszcze rok temu mogło się wydawać.