Strona główna » Wembanyama uciszył Nowy Jork. Spurs wracają do gry w finale NBA. Debiut Sochana

Wembanyama uciszył Nowy Jork. Spurs wracają do gry w finale NBA. Debiut Sochana

0 komentarzy
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wszystko było gotowe na wielką celebrację. Nowojorska arena Madison Square Garden po raz pierwszy od 27 lat gościła mecz finału NBA, a kibice Knicks liczyli, że ich drużyna postawi San Antonio Spurs pod ścianą i odskoczy na 3-0 w serii. Nic z tego!

Victor Wembanyama miał inne plany.

Lider Spurs rozegrał najlepszy mecz tegorocznych finałów, zdobywając 32 punkty i prowadząc Spurs do zwycięstwa 115:111. Dzięki temu ekipa z San Antonio zmniejszyła straty w serii do 1-2 i odzyskała nadzieję na walkę o mistrzostwo. Spurs nie tylko uniknęli deficytu 0-3, ale także odzyskali odzyskali przewagę mentalną przed Game 4.

Game 3 krok po kroku

Mecz zaczął się dla Spurs idealnie. San Antonio od pierwszych minut grało z dużo większą agresją niż w dwóch poprzednich spotkaniach, a Knicks mieli problemy z płynnością ataku. Victor Wembanyama szybko zaznaczył swoją obecność pod koszem, a goście po pierwszej kwarcie prowadzili 33:22. 

Druga kwarta, wydawało się, całkowicie odmieniła obraz spotkania. Madison Square Garden eksplodowało, gdy Knicks zanotowali w niej aż 42 punkty. Jalen Brunson zaczął regularnie punktować z półdystansu, OG Anunoby wykorzystywał błędy defensywy Spurs, a gospodarze odrobili całą stratę i schodzili do szatni z prowadzeniem 64:57.

To była najlepsza kwarta Knicks w tym finale!

Kluczowy okazał się początek drugiej połowy. Spurs odpowiedzieli 35 punktami w trzeciej kwarcie. Wembanyama zaczął otrzymywać piłkę bliżej kosza, częściej atakował po zasłonach, a zawodnicy Knicks zaczęli się gubić. Dużą rolę odegrał tu Stephon Castle, który wykorzystywał luki w obronie obwodowej gospodarzy i po trzech kwartach, Spurs odzyskali prowadzenie 92:91.

W czwartej mecz długo pozostawał na styku. Brunson wraz z OG Anunoby’m i Joshem Hartem próbował utrzymać Knicks przy życiu. Problem polegał na tym, że pozostali  gracze pierwszej piątki nowojorczyków praktycznie zniknęli. Decydujące momenty należały do Spurs.

Knicks w końcówce pudłowali kolejne rzuty za trzy – w czwartej kwarcie nie trafili pierwszych dziewięciu takich prób. San Antonio zachowało więcej spokoju, a przy wyniku 113:111 Stephon Castle wykorzystał dwa rzuty wolne na 6,8 sekundy przed końcem, praktycznie zamykając spotkanie.

Wembanyama przejął kontrolę

Przez pierwsze dwa mecze Knicks skutecznie ograniczali wpływ Wembanyamy na grę. W Nowym Jorku Victor odpowiedział jednak im niczym supergwiazda.

Już od pierwszych minut widać było jego zaangażowanie w grę zespołu. Spurs od początku chcieli pokazać nastawienie, z jakim przyjechali do Nowego Jorku. Francuz był centralną postacią ofensywy, regularnie punktował po akcjach tyłem do kosza, wymuszał podwojenia i znajdował partnerów na obwodzie. Linijka na poziomie 32 punktów przy 61 proc. skuteczności z gry, 8 zbiórek, 6 asyst i 3 bloki to liczby, które pokazują jego wpływ po obu stronach parkietu.

W końcówce meczu już praktycznie każda akcja Spurs przechodziła przez ręce 22-latka. Gdy Knicks próbowali podwajać jego zagrania po koźle, Wemby znajdował partnerów do gry na obwodzie. Kiedy krycie zostawało jeden na jednego, regularnie punktował nad niższymi obrońcami Nowego Jorku.

Klucz do zwycięstwa Spurs stanowiła także znakomita produkcja zadaniowców zespołu z Teksasu. Ogromne wsparcie zapewnił Stephon Castle, który zdobył 23 punkty, dołożył 5 zbiórek i 5 asyst, a w końcówce wykorzystał dwa kluczowe wolne. Ważne punkty dołożył także Dylan Harper (13 pkt, 9 zb), Julian Champagnie (12 pkt) czy De’Aaron Fox (12 pkt, 8 asyst).

Spurs imponowali zespołowością – zanotowali 28 asyst przy zaledwie 8 stratach, skutecznie rozbijając mocną defensywę Knicks. 

Brunson odpowiedział, ale zabrakło skuteczności

Jalen Brunson po raz kolejny udowodnił, że jest liderem Knicks. Rozgrywający gospodarzy zakończył spotkanie z 32 punktami i długo utrzymywał Nowy Jork w grze. Problem polegał na tym, że tym razem Spurs znaleźli sposób na ograniczenie pozostałych opcji ofensywnych gospodarzy. W efekcie mocnej presji defensywnej Spurs, Knicks popełniali wiele błędów. 

Oprócz Brunsona świetnie zagrał również OG Anunoby, który zdobył 28 punktów, dokładając trójki w ważnych momentach meczu. Bardzo dobrze wypadli dzisiaj również Josh Hart (16 pkt, 9 zb), Karl-Anthony Towns (11 pkt, 8 zb) czy rezerwowy Jordan Clarkson, kończąc spotkanie z 10 punktami.   

Krótką szansę debiutu w finale NBA otrzymał przy jednej z akcji w obronie od trenera Knicks Mike’a Browna Jeremy Sochan.

Jednak to w decydujących minutach Knicks nie byli jednak w stanie utrzymać ofensywnego rytmu. San Antonio wygrało końcówkę meczu dzięki lepszej organizacji gry i większej liczbie trafień w kluczowych posiadaniach.

Stephon Castle – cichy bohater Spurs

Choć nagłówki należą do Wembanyamy, ogromny wkład w zwycięstwo miał także Castle.

Obrońca Spurs zdobył 23 punkty, do których dołożył 5 zbiórek oraz 5 asyst. Kilkanaście sekund przed końcem wykorzystał dwa rzuty wolne, które przypieczętowały zwycięstwo drużyny Mitcha Johnsona. W meczu, w którym każda akcja była na wagę złota, młody zawodnik nie przestraszył się atmosfery Madison Square Garden i potwierdził swój talent. 

Castle świetnie rozumiał się z Wembanyamą, posyłając mu kilkakrotnie podania nad kosz. Sam też nie bał się brać na siebie trudnych akcji,  starając się dostawać z piłką pod kosz i szukać fauli. Swoją grą pokazał, jak bardzo dojrzał emocjonalnie jako zawodnik. 

Taktyczny zwrot serii

Po dwóch meczach w Teksasie wiele mówiło się o tym, że Knicks skutecznie wyciągają Wembanyamę spod kosza i odbierają Spurs największy atut defensywny. W Game 3 Spurs znaleźli na to odpowiedź.

Wembanyama częściej otrzymywał piłkę w ruchu, a Spurs znacznie szybciej podejmowali decyzje po zasłonach. Dzięki temu defensywa Knicks nie mogła tak agresywnie rotować jak w pierwszych dwóch spotkaniach. Efekt? Najwyższy dorobek punktowy Spurs w tej serii i pierwsza wygrana w finałach.

Co dalej?

Jeszcze kilka godzin temu Knicks byli zaledwie jedno zwycięstwo od praktycznego zamknięcia serii – jeszcze nikt w historii NBA nie wygrał serii ze stanu 0-3. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Jeżeli Wembanyama i Castle dalej utrzymają swój poziom z Game 3, a zadaniowcy tacy jak Champagnie czy Harper nadal będą dostarczać wsparcie, finały mogą zamienić się w długą i niezwykle wyrównaną serię. Game 4 ponownie odbędzie się w Madison Square Garden i może okazać się najważniejszym spotkaniem całego sezonu dla obu drużyn. Początek o godz. 2.30 w nocy ze środy na czwartek czasu polskiego.