poniedziałek, 8 czerwca 2026
Strona główna » Karolak: A po co te nerwy we Włocławku? Żółta kartka dla Wałbrzycha! W Ostrowie wyje alarm
PLK

Karolak: A po co te nerwy we Włocławku? Żółta kartka dla Wałbrzycha! W Ostrowie wyje alarm

0 komentarzy
Szybkie wnioski po 21. kolejce PLK poza głównym, że im bliżej playoff, tym robi się ciekawej? Za cicho jest o Marcinie Piechowiczu! Kibice Górnika w drodze do Słupska przesadzili z nawadnianiem. Trener Anwilu przesadził z jednostronną krytyką swoich graczy, a sam w meczu z Treflem nie ustrzegł się błędów. Nie, nie wierzę, że Śląsk już teraz zdymisjonuje Aleksandara Joncevskiego, ale…

King Szczecin – MKS Dąbrowa Górnicza 90:94

Skoro MKS już tak mocno się rozpędził, że po czterech kolejnych zwycięstwach opuścił ostatnie miejsce w tabeli, to może i do play-in jeszcze wskoczy? Trzy punkty straty i dziewięć meczów do rozegrania. Mało realne? Tak. Do zrobienia? Jak najbardziej. 

Wszyscy zachwycając się ostatnimi sukcesami drużyny z Dąbrowy, chwalą jej doświadczonego francuskiego trenera. Moim zdaniem za mało mówi się o tym, jak dużą rolę w sukcesach odgrywa Marcin Piechowicz. Nieprzypadkowo to on na boisku w Szczecinie spędził z graczy MKS najwięcej czasu. Ostatnich sześć meczów w jego wykonaniu? 9.8 punktu, skuteczność rzutów za 3 na poziomie 46 proc. (13/28), mnóstwo dobrej obrony i rzecz niepoliczalna – dobry wpływ na nowych graczy zagranicznych. Widać podczas przerw w grze, że Piechowicz nie tylko na boisku odgrywa w MKS dużą rolę. 

W środę Marcin skończy 32 lata – wraz z najlepszymi życzeniami przesyłam mu gratulacje, jest ostatnio naprawdę świetny w basket!

King? Dobrze, że lada moment zakończy się ta faza przejściowa tego zespołu, polegająca na grze bez środkowego. Tak jak tydzień temu Olka Dziewę mogłem chwalić za game-winnera z Sopotu, tak tutaj trzeba zauważyć, że w końcówce meczu z MKS w kluczowym momencie reprezentant Polski popełnił juniorski błąd. 

PGE Spójnia Stargard – Legia Warszawa 75:81

Nie wiem czy można jeszcze w tym sezonie powiedzieć coś mądrego o Spójni poza tym, że nie powinna spaść z PLK, bo ma zbyt szeroki skład. Na walkę o fazę play-in może mu jednak brakować jakości, talentu – tak po prostu. Szczególnie teraz, gdy zespół opuścił Luther Muhammad. Mecz z Legią pokazał to dobitnie. 

Warszawianie? To był pierwszy mecz pod wodzą Heiko Rannuli, w którym dało się zauważyć nowe pomysły estońskiego szkoleniowca. Legia przynajmniej optycznie grała szybciej, pojawiło się kilka nowych zagrywek, zespół nie był już w tak dużym stopniu uzależniony od Kamerona McGusty’ego. Zdziwił mnie tylko bardzo krótki występ Aleksy Radanova. Spodziewałem się, że Serb będzie odgrywał poważniejszą rolę. Ale może to tylko jeden mecz, który ułożył się tak, a nie inaczej? 

Co myślę o tych plotkach sugerujących, że do Legii mógłby dołączyć Michał Sokołowski? Na pewno dla PLK fajnie by było, gdyby „Sokół” do niej wrócił i nie zdziwię się, jeśli tak się stanie. Ale czy do Legii? Wcześniej ze składu warszawskiej drużyny musiałby ktoś odejść. Wspomniany Radanov, Ojars Silins, Michał Kolenda i jeszcze Sokołowski? W tym barszczu pływałoby zbyt wiele grzybów. 

A przecież jest jeszcze Maksymilian Wilczek, który już w Stargardzie nie zmieścił się w rotacji nowego trenera Legii. 

Orlen Zastal Zielona Góra – AMW Arka Gdynia 87:90

Na temat zielonogórskiej drużyny wszystko napisałem już przed tygodniem – nie jest łatwo budować cokolwiek od nowa w połowie sezonu. Zastal może czekać uporczywa walka o utrzymanie do ostatniej kolejki. Wciaż nie wiemy czego się po nim spodziewać – drużyna jest trochę jak Kellan Grady. W jednej chwili może trafić trudną trójkę, by za moment, próbując zdobyć punkty, trafić piłką w zegar odliczający czas 24 sekund. 

Arka wygrała drugi ważny mecz z rzędu i zyskała nieco oddechu. Głównie dzięki umiejętnościom serbskich liderów. Nemanja Nenadic i Stefan Djordjević grali świetnie, choć nie wolno też zapominać o tym, że tym razem w końcówce spokój zachował też Łukasz Kolenda. Arka wygrała właśnie spokojem, rutyną. Jej najważniejsi gracze ewidentnie mają więcej meczów tego typu w dorobku i nie spanikowali. 

Energa Icon Sea Czarni Słupsk – Górnik Zamek Książ Wałbrzych 76:62

Ewidentnie słabszy moment sezonu w wykonaniu zdobywcy Pucharu Polski. Nie mówię tu tylko o koszykarzach – ich słabszą grę w pewnym stopniu tłumaczyła absencja leczącego uraz Dariusza Wyki – ale też o kibicach z Wałbrzycha. Rozumiem, że z ich miasta do Słupska jest ponad 600 km, a człowiek nie wielbłąd i nawadniać się musi. Tutaj jednak kilku przedstawicieli kibiców Górnika z tym nawadnianiem popłynęło za daleko. Powiedzmy o tym głośno: nie chcemy w halach koszykarskich widoków „kibiców” kopiących się z ochroniarzami. Żółta kartka dla będących przecież jednym z symboli trwającewgo sezonu PLK fanów Górnika. 

Brak Wyki – a także chorego Kacpra Marchewki – był dla drużyny Andrzeja Adamka bardzo odczuwalny. Ostatecznie o porażce Górnika przesądziła jednak słaba skuteczność jej liderów. Ike Smith i Toddrick Gotcher trafili tylko 5 z 22 rzutów z gry. W takich okolicznościach Górnik nie będzie wygrywał w PLK. 

Czarni powolutku, tak trochę po cichu dobijają się do zakładanego przed sezonem Top6. Jeszcze ich tam nie ma, ale ta drużyna – choć wciąż daleka od doskonałości – w tym kierunku zmierza. Jeśli zdoła wyprzedzić choćby jeszcze jednego rywala, będziemy mogli mówić o dużym sukcesie trenera Robertsa Stelmahersa. 

Dziki Warszawa – Tauron GTK Gliwice 90:80

Nie wiem jak komfortowym samolotem podróżował do Warszawa Alijah Comithier, ale wysiadł z niego i od razu w 20 minut zapewnił Dzikom 19 punktów. Robi wrażenie! Ciekawy zawodnik, który – sądząc po pierwszym meczu – może się nieźle uzupełniać z Janari Joesaarem. Może ten duet tchnie w zespół z Warszawy nowe życie? 

Nikola Radicević trafił w meczu z GTK 3/6 za 3. Gdyby był tak skuteczny częściej, Dziki znajdowałyby się w tabeli wyżej. Ale i tak – najgorsze już chyba mają za sobą, będą sie biły do końca o playoff. 

Nie można tego powiedzieć o ich ostatnim rywalu. Najgorsze może na GTK dopiero czekać. Na tu i teraz to – zgodnie ze wskazaniem ligowej tabeli – kandydat nr 1 do spadku. Miejsc na wpadki jest coraz mniej, a kolejny mecz – z Czarnymi w Gliwicach – wygląda na szalenie ważny dla Borisa Balibrei i jego ekipy. Swoją drogą – momentami obserwując Katalończyka odnoszę wrażenie, że mową ciała, tą pozą z rękoma w kieszeniach, poniekąd się przyznaje do tego, że obejmując GTK mógł popełnić błąd. 

Anwil Włocławek – Trefl Sopot 77:85

Jakub Schenk naprawdę lubi grać przeciwko Anwilowi – w sobotę to był prawdziwy koncert w jego wykonaniu. Zwycięstwo Trefla nikogo nie szokuje, choć fakt, że zostało odniesione ostatecznie dość wyraźnie, bez nerwowej końcówki, przy braku Nicka Johnsona może lekko dziwić. 

Słyszałem narzekania Selcuka Ernaka na swoich podopiecznych po tym meczu, że tylko 2-3 zagrało na dobrym poziomie. Słyszałem też te groźby – bo jak je inaczej czytać? – ze strony tureckiego szkoleniowca typu „albo zaczniecie grać lepiej, albo zawężę rotację, bo przecież mam szeroką”. Trochę to dziwne, nie kupuję tego. Nagle przed zbliżającym się playoff Ernak miałby zawęzić rotację o 2-3 zawodzących ostatnio graczy? Przecież podejmując tego typu sam strzeliłby sobie w kolano. 

W wypowiedzi pomeczowej tureckiego szkoleniowca Anwilu zabrakło mi sugestii typu „ja też zawiodłem, przegrałem ten mecz razem z wami, zawodnikami”. Tymczasem dokładnie tak, moim zdaniem, było. Kamil Łączyński wygrał już niejeden mecz włocławianom w tym sezonie, ale tym razem w drugiej połowie zbyt długo został przez trenera przetrzymany na ławce. Ewidentnie Ernak wciąż wierzy w swojego ulubieńca Luke’a Nelsona. Nie można wykluczać, że w przyszłości to da mu efekty, ale w sobotę Brytyjczyk nie pomagał drużynie. 19 minut jego gry Anwil przegrał 13 punktami. W trakcie niespełna 13-minutowego występu PJ Pipesa gospodarze byli lepsi od mistrzów Polski o 12 „oczek”. Trener Ernak tym razem postawił nie niewłaściwe konie. 

Ale tak w ogóle – po co te nerwy we Włocławku? Anwil jest liderem tabeli, ma dwa, a de facto nawet trzy punkty przewagi nad Treflem, za chwilę będzie miał nowego zawodnika, a do playoff wciąż kilka tygodni. Tej drużynie najbardziej przydałby się spokój. Podgrzewanie emocji, szukanie winnych jakiejś tak naprawdę niewiele wnoszącej porażki już w połowie marca? Bez sensu. 

Muszę to powiedzieć – oczy mnie bolą, gdy Goeffrey Groselle i Mikołaj Witliński biorą się za rzuty wolne. Cztery airballe w jednym meczu pretendentów do mistrzostwa Polski? Dużo za dużo. Niechby już lepiej rzucali o tablicę. Większa szansa, że piłka przypadkowo trafi do kosza, albo zbiorą ją koledzy z zespołu. 

Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski – Arriva Twarde Pierniki Toruń 87:93

Miło było zobaczyć 5/5 za 3 Grzegorza Kamińskiego – w końcu, chciałoby się rzecz! Ale to nie polski snajper był najważniejszą postacią swojego zespołu, lecz rozgrywający naprawdę świetny sezon Victor Gaddefors ze swoim double-double 21 punktów i 10 zbiórek. Chciałbym go w przyszłym sezonie zobaczyć w PLK w zespole z medalowymi aspiracjami. Chciałbym także, by taką drużyną, z większym budżetem poprowadził Srdjan Subotić. To pomysłowy trener, który już drugi rok z rzędu wykonuje w Toruniu znakomitą pracę. Powinien zostać doceniony. 

Oczywiście – najlepiej byłoby, gdyby obaj zostali na dłużej w dotychczasowym zespole, a Twarde Pierniki wróciły do ligowej czołówki!

W Ostrowie mają duży problem, bo mając tylko siedmiu zawodników cieżko jest wygrywać regularnie mecze. Tymczasem pozycja drużyny jest naprawdę słaba. Do rozegrania Stali zostały już tylko dwa mecze przed własnymi kibicami, a na wyjeździe zespół ma najgorszy bilans w całej PLK – to już aż 1-7. Spadek z PLK byłby dla Ostrowa jakąś katastrofą. Szefowie tego klubu muszą być czujni, w mieście wyje już alarm – przecież spadek jest obecnie bardziej prawdopodobny niż występ w playoff. 

PGE Start Lublin – WKS Śląsk Wrocław 85:83

Słowo „frajerstwo” nie pasuje mi do sportu, ale są przypadki, gdy o inne równie dobrze obrazujące wydarzenia jest naprawdę ciężko. Niedzielny mecz w Lublinie był tego przykładem – Śląsk prowadził 8 punktami niespełna 2.5 minuty przed końcem, ale i tak przegrał. 

Kluczem do wygranej Startu było obniżenie składu – smallball z Filipem Putem na pozycji środkowego. W decydujących momentach na takie granie zdecydował się Wojciech Kamiński i właśnie nim wygrał. Miałem wrażenie, że także w wyniku podpowiedzi swojego asystenta Michała Sikory. Śląsk nie był w stanie na nowo zorganizować gry i dostarczyć piłki do dwóch potężnych graczy podkoszowych, których trener Aleksandar Joncevski wciąż trzymał na boisku Justin Robinson nie sprawia wrażenia rozgrywającego godnego zaufania. Straty Śląska w końcówce nie wzięły się jednak znikąd, to był mały taktyczny szach i mat w wykonaniu sztabu szkoleniowego Startu. 

Czy macedoński trener Śląska odpowie za to stratą posady? Nie sądzę, choć faktem jest, że porażki z Anwilem w Pucharze Polski czy ubiegłotygodniowa z MKS w Dąbrowie Górniczej też znacząco obciążały jego konto. Ewentualnej zmiany nie spodziewam się jednak we Wrocławiu tu i teraz. 

Jeśli jednak Śląsk przegrałby także kolejny mecz – z tym nieodgadnionym Zastalem na własnym parkiecie…