Długo się zastanawiałem co można napisać po takim meczu, jak ten piątkowy. Nieprzypadkowo chwilę po jego zakończeniu ogłosiliśmy, że relacja z niego się nie ukaże. Bo i co można napisać na gorąco po czymś takim?
Że wstyd? Że hańba, że kompromitacja? Po pierwsze – wyświechtane, a po drugie – stoję na stanowisku, że wstyd to kraść, a słowo hańba do sportu kompletnie mi nie pasuje.
Taktyczna analiza gry po meczu, w którym w drugiej połowie Biało-czerwoni uciułali 16 punktów? To byłby nonsens.
Skoro sam chwilę po meczu w Spodku nie bardzo wiedziałem jakich słów do opisania sytuacji użyć, to najpierw przytoczę kilka opinii kibiców, które przeczytałem, zanim cokolwiek napisałem.
„Jeszcze nie ma 22, żeby takie rzeczy wstawiać”.
„Ktoś ma nierówno pod sufitem, dawać taki sadystyczny skrót na depresję jeszcze”.
„Skrót największej kompromitacji w historii polskiej koszykówki”.
To trzy pierwsze z brzegu komentarze znalezione pod opublikowanym w sobotę wczesnym popołudniem na oficjalnym profilu reprezentacji skrótem piątkowego meczu. Mam wrażenie, że w telegraficznym skrócie – i bez wulgaryzmów – oddają ogólny odbiór tego „widowiska” przez kibiców.
Ale polska koszykówka to nie tylko kibice, choć oni są najważniejsi. To także działacze, trenerzy i koszykarze. Z wieloma z nich w trakcie soboty wymieniałem opinie, lecząc koszykarskiego kaca. Ponieważ za punkt honoru postawiłem sobie, by tym razem nie przynudzać i napisać tekst możliwie krótki, ich spostrzeżenia też zawrę w telegraficznym skrócie, cytując jedynie niewielką część.
Działacze: Gdybyśmy jako klub zafundowali kibicom podobne „widowisko” – a bilety wcale nie były przecież najtańsze – sądzę, że prezes mógłby w poniedziałek jeździć cały dzień i przepraszać pół miasta, sponsorów i władze powiatu.
Trenerzy: Oto efekt przepisu o obowiązkowym Polaku na boisku – polscy koszykarze to spasione koty pracujące bez presji na rozwój na zasadzie „i tak zarobimy i sobie poradzimy”.
Koszykarze: Szkoda chłopaków, bo wynik nie odzwierciedla różnicy poziomów – najgorsze jest to, że ostatnie trzy okienka reprezentacyjne, które mogły służyć ogrywaniu młodzieży zostały przespane; powołania były w ich trakcie mniej istotne, bo i tak grali zawsze ci sami”.
Właściwie – gdyby tu postawić kropkę, wielka krzywda temu tekstowi by się nie stała.
Co może dodać dziennikarz? Albo – co może odpowiedzieć?
– kibicom, że przesadą jest mówienie o największej klęsce kadry w historii, skoro w 2004 roku w Tallinnie przegraliśmy z Estonią 45:74 w meczu decydującym o spadku do baraży o utrzymanie w I dywizji, a później w ich trakcie przyjęliśmy bolesne baty od Szwedów i Holendrów?
– działaczom klubowym, że nie mają szczególnie wielkiego mandatu do naigrywania się z reprezentacji, bo ich drużyny w tym sezonie nie zrobiły polskiemu basketowi lepszej reklamy, przegrywając łącznie około 37 z 36 rozegranych meczów w meczach o europejskie puchary?
– trenerom, szczególnie tym młodszym, że gdyby sprawę ambicji oceniać po frekwencji na zorganizowanym przez Rafała Jucia szkoleniu „Europejskie spojrzenie” podczas ostatniego turnieju finałowego o Puchar Polski – wyszłoby na to, że polscy szkoleniowcy też nie czują presji na rozwój?
– koszykarzom: że tej młodzieży, którą by można ogrywać nie ma, bo kibice chcą wyników tu i teraz, więc działacze zatrudniają trenerów, którzy pracują nad ich uzyskaniem, a nie nad planem długofalowym, w którym mogłoby znaleźć się miejsce na pracę nad młodzieżą?
Spójrzmy prawdzie prosto w oczy: skąd mielibyśmy brać te tłumy dobrze wyszkolonych polskich koszykarzy, gdy kilku najlepszych nie może zagrać w kadrze? My nie Litwa.
Kibice reprezentacji mają jednak prawo do wiary, że optymizm jest uzasadniony. Przed historycznym EuroBasketem 2022 kadra też przegrywała niemal wszystko, a do dobrej gry w basket nieustająco potrzeba jedynie pięciu dobrych koszykarzy. No dobra, jeszcze 2-3 rezerwowych.
To jest wciąż do zrobienia, nawet w perspektywie EuroBasketu, który za pół roku ruszy m.in. w Katowicach! Jeśli Andrzej Duda nie zawiedzie – Jordan Loyd zagra na przełomie sierpnia i września jako nasz rozgrywający. To świetny koszykarz, lepszy od AJ Slaughtera. Jeśli zdrowie nie zawiedzie – Mateusz Ponitka wystąpi obok niego, niczym w czasach wspólnej gry w Eurolidze, w barwach Zenitu Petersburgu. Przy dobrych wiatrach, w naszych barwach zagra wówczas też dwóch graczy z NBA: Jeremy Sochan i Igor Milicić jr ( choć występ tego drugiego w jesiennym EuroBaskecie może – o ile zostanie wybrany w drafcie – stanąć pod znakiem zapytania). Do tego Olek Balcerowski i – ściskamy kciuki – przepraszający się z kadrą w ostatniej chwili Dominik Olejniczak.
Złośliwi powiedzą, że to i tak nic nie da, bo Igor Milicić jako trener w ciągu ostatniego roku – niczym te polskie kluby w pucharach – przegrał o jeden więcej mecz niż rozegrał. Uwaga zasadna, nawet jeśli każda seria ma to do siebie, że kiedyś się kończy. Milicić też zacznie jeszcze w trenerskiej karierze będzie wygrywać.

Czy z naszą kadrą? Tego już nie jestem taki pewien. Także dlatego, że nie jestem pewien jak bardzo mającemu kontrakt aż do 2026 roku Igorowi Miliciciowi na naszej kadrze tak naprawdę zależy. Plagę kolejnych klęsk w klubie i reprezentacji mogę zrozumieć – każdy ma swoje słabsze i lepsze momenty. Faktu, że przez trzy miesiące po rozstaniu z Napoli, pozostając bez pracy, nikt nigdzie – poprawcie mnie, jeśli coś przeoczyłem – nie zauważył trenera naszej reprezentacji na meczu PLK jest co najmniej zastanawiający.
Ale pal licho już nawet ten nadchodzący EuroBasket. Jasne, jest ważny, nawet bardzo, ale nie łudźmy się – on nie odmieni losów polskiej koszykówki. Na mistrzostwo szans nie mamy, a skoro sytuacji polskiego basketu nie odmienił półfinał mistrzostw Europy sprzed trzech lat, to… o czym my tu mówimy?
Powtórzyć w ciągu kolejnych kilkunastu ten sukces będzie nieprawdopodobnie ciężko, ale kadra wciąż powinna się mieć lepiej niż cała polska koszykówka. W dużej mierze dzięki Igorowi Miliciciowi…
I trenerom ratiopharm Ulm.
To ten niemiecki klub przyłożył rękę do „wyprodukowania” Jeremy’ego Sochana.
To ten niemiecki klub wyszkolił Igora Milicicia jr.
To ten niemiecki klub szkoli – uznawanego za najbardziej utalentowanego z trójki synów Igora seniora – Teo Milicicia.
PS. Niedawny turniej o Puchar Polski był znakomity i warto mówić o tym głośno, a wspomniana konferencja szkoleniowa „Europejskie spojrzenie” – nie gorsza. Zdradzę wam jej kluczowy moment, który dobrze uzmysławia jak wiele jako polska koszykówka mamy do nadrobienia. Nastąpił podczas zajęć prowadzonych przez Carlosa Frade Centeno, byłego dyrektora działu Player Development w Albie Berlin. Trzeba było widzieć wyraz twarzy przedstawicieli polskich klubów, gdy Centeno oznajmiał, że w celu prowadzenia indywidualnych zajęć z młodymi koszykarzami klub ze stolicy Niemiec zatrudnia 80 trenerów.
Słownie: osiemdziesięciu.
Niemcy są mistrzami świata w koszykówce.
20 lat temu nie do pomyślenia było, by stacje benzynowe w Polsce były czystsze i bardziej nowoczesne od niemieckich. A są! Polska koszykówka powinna się zająć głównie jednym – gonieniem niemieckiej. Prędzej czy później powinno się udać. Wówczas nawet Litwini mogą zostać z tyłu.