Andrzej Pluta wrócił na środowy mecz do pierwszej piątki. Ojars Silins wrócił do składu. Kontuzje Matthiasa Tassa i Michała Kolendy nie pozwoliły im zagrać, ale jeszcze przed rozpoczęciem meczu byliśmy przekonani, że Legia mimo osłabień kadrowych z 16. zespołem obecnego sezonu Bundesligi po prostu powinna sobie poradzić.
Jakiś niepokój jednak zawsze był – przecież Legia w hali Torwaru meczu Ligi Mistrzów jeszcze nie wygrała. Nigdy. Łączny bilans 0-5 straszył, lecz o obawach związanych z wynikiem końcowym podczas pierwszej połowy mogliśmy szybko zapomnieć. Gospodarze błyskawicznie – na początku głównie dzięki skuteczności Carla Ponsara – objęli kilkunastopunktowe prowadzenie (13:2).
Rywale mieli problemy ze sforsowaniem warszawskiej defensywy. Nieprzypadkowo – Hedelberg to drużyna z przedostatnią ofensywą Bundesligi, przegrał w tym sezonie wszystkie mecze wyjazdowe, a podopieczni Heiko Rannuli wyszli na boisko bardzo skoncentrowani. Gdy pod koniec drugiej kwarty po trójce z faulem Maksymiliana Wilczka Legia prowadziła aż 48:25 i siedząc na trybunach Torwaru można było zacząć lekko ziewać.
W trakcie przerwy w meczu w lekki letarg wpadli jednak nie tylko kibice obecni w hali, ale także koszykarze Legii. Efekt? Przegrana aż 8:27 trzecia kwarta i wizja… błyskawicznego pożegnania się z przygodą w Lidze Mistrzów (przy niespodziewanym zwycięstwie greckiego Promitheas Patras z Rytas Wilno porażka spychała Legię na ostatnie miejsce w grupie).
W przerwie między trzecią a czwartą kwartą albo odnalazł sole trzeźwiące, albo po prostu poinformował ich o wyniku toczącego się meczu w Patras i Legia po kilku akcjach Race’a Thompsona, Jayvona Gravesa i Carla Ponsara odzyskała kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Gdy w 34. minucie Ojars Silins trafił trójkę z rogu, gospodarze odzyskali bezpieczniejszą przewagę (66:56) i jeszcze raz mogło się wydawać, że Legii nie może tego dnia stać się krzywda.
Niestety, później nastąpił dramat. Ofensywa Legii raz jeszcze stanęła niczym samochód z zatartym silnikiem – w pień. Pod koniec regulaminowego czasu gry oraz pierwszej dogrywki rzuty na wagę zwycięstwa oddawał Graves, ale za każdym razem spudłował.
W drugiej dogrywce goście stracili jednego ze swoich liderów, ale i tak zdołali sobie zapewnić zwycięstwo.
Legia pożegnała się z rozgrywkami Ligi Mistrzów w mocno przygnębiającym stylu.
W Torwarze w Champions League grała sześciokrotnie. Za każdym razem lepsi byli rywale. Klątwa trwa w najlepsze.