Aleksandra Samborska: Twoja historia jest niesamowita! Młody chłopak z Kalifornii, który od zawsze marzył, żeby być koszykarzem nagle znajduje się w poważnej, zawodowej lidze i w fazie playoff, w dwóch meczach, których stawką jest przedłużenie sezonu rzuca po 20+ punktów. Głowę to masz obecnie czyściutką, prawda?
Luke Barrett: Chyba po prostu wiem, że nie mam nic do stracenia. Pamiętam okresy, kiedy na boisku koszykarskim nie czułem takiej wolności, jak teraz. Obecne nastawienie wynika z dużego w ostatnim czasie ogrania, zrozumienia i olbrzymiego wsparcia, jakim obdarzają mnie sztab Arki i koledzy z drużyny.
Mój agent przekonywał mnie, że Polska i Gdynia będą właściwym miejscem na początek kariery poza granicami USA, na przejście w zawodowstwo z ciągłą szansą na naukę. Miesięczny kontrakt, który podpisaliśmy początkowo na okres próbny w sezonie przygotowawczym przypominał zresztą mój start na uniwerku, gdzie nie zaczynałem od zagwarantowanego stypendium. Wówczas także musiałem wywalczyć sobie miejsce w zespole.
W Gdyni trenerzy i kumple z drużyny wydobyli ze mnie te pokłady agresywnej gry, które zawsze w sobie miałem. Teraz jestem, po prostu sobą na parkiecie.
Sobą, czyli kim? Mogę mieć wątpliwości, bo slasherem, który agresywnie atakuje kosz byłeś chyba od zawsze, ale w tym sezonie do swojego ofensywnego repertuaru dołożyłeś także trójki. Bez nich ciężko o ważną rolę we współczesnej koszykówce. To był właśnie ten element gry, na którego poprawie szczególnie ci w tym pierwszym sezonie w Europie zależało?
Zdecydowanie! Nad rzutem z dystansu pracowałem już w szkole, ale przylatując tutaj wiedziałem, że będę musiał poświęcić temu aspektowi jeszcze więcej czasu na treningach. I właśnie to robię! Zresztą, mając w zespole takich wybitnych snajperów jak Jakub Garbacz i Jarosław Zyskowski po prostu musisz korzystać z podpatrywania ich rzutowych umiejętności i ogrania na wysokim poziomie.
Kiedy masz szalenie doświadczonego rozgrywajacego z prawdziwego zdarzenia, który w pełnym tego słowa znaczeniu dowodzi na parkiecie, gracza typu 3&D jak Garbi, czy Zyzia z Einarasem, którzy są tak różni koszykarsko, a jednocześnie tak potrzebni nam jako drużynie i dwóch centrów… W tym zestawieniu my z Mike’em też możemy dokładać swoje cegiełki. Czułem to od pierwszych dni w Gdyni. Różni ludzie, różne charaktery, różne pakiety umiejętności, ale łączy nas wspólna wizja koszykarskiego rozwoju.
Twoje celne rzuty z dystansu pozwoliły wam w środę wyrównać serię, choć do przerwy przegrywaliście różnicą kilkunastu oczek. Co tak naprawdę otworzyło te trójki i przywróciło was do gry?
W przerwie stanęliśmy przed lustrem, spojrzeliśmy samym sobie głęboko w oczy i głośno, dosadnie powiedzieliśmy sobie, że nie wyglądamy jak drużyna, która walczy o życie! Sprawialiśmy wrażenie miękkich, a Śląsk grał jak ekipa, która bardziej chce. A to przecież my chcieliśmy najbardziej jak to tylko możliwe!
Po przerwie podstawowi gracze nadali nowy ton, zaczęliśmy grać ostrzej, a więc i pewniej. Dzięki temu i rzuty znowu zaczęły nam wpadać.
A co z twoją obroną? Trener Cesnauskis na poniedziałkowej konferencji powiedział, że ta szwankowała po twoim przyjeździe do Polski i twój progres sportowy możliwy był przede wszystkim dzięki wyraźnej poprawie gry w defensywie…
Wydaje mi się, że w college’u mocna obrona była jednym z moich atutów, a więc czymś, co trenerzy Arki we mnie zauważyli i co skłoniło ich do podjęcia ze mną współpracy. Prawda jest też jednak taka, że spędziłem na jednej uczelni 5 lat. Przyzwyczaiłem się do kolegów, do systemu, a w Gdyni nagle spotkałem inne tempo, ciągłe zmiany, nowe pomysły. Było też więcej talentu po stronie jednego czy drugiego rywala i nagle zrozumiałem, że muszę włączyć w swojej grze dużo więcej myślenia.
Poprawa nastąpiła, ale wiem, że mam przed sobą jeszcze dużo pracy nad obroną. W Gdyni trafiłem na świetnych trenerów, którzy dużo ze mną rozmawiają. Omawiamy błędy i dobre zagrania, a to szalenie istotne i nieustannie dodaje mi pewności siebie.
Ta kombinacja na ławce Arki naprawdę działa. To perfekcyjny mix. Mantas wszystkim dowodzi, zna mocne strony swoich zawodników, albo potrafi je znaleźć i wyeksponować. Wie, co na nas zadziała.
Roman Tymański jest w tym klubie od zawsze, widział wszystko, co europejska koszykówka ma do zaoferowania i zna każdego z zawodników bez spoglądania na zapis wideo. Skauting mógłby pewnie zrobić nam przez sen.
Z Piotrkiem Szczotką praca jest bardzo intensywna. Potrafi nas postawić do pionu, ale jest też bardzo za nami – wiemy, że w każdej chwili, żeby nas wesprzeć, mógłby założyć z powrotem koszykarskie buty i znowu zbiec na parkiet.
Hubert Śledziński wykonuje z nami olbrzymią pracę na siłowni. Wszyscy są wymagający i wzbudzają szacunek. A my wiemy na samym końcu, że oni wszyscy swoją ciężką pracą osiągnęli w koszykówce sukcesy. Zawodnik takie rzeczy po prostu czuje.
Sukcesy osiągał też absolwent twojego Saint Mary’s – Matt Dellavedova, który z Cleveland LeBrona w 2016 roku sięgał poTAMTEN tytuł. Dwa lata wcześniej NBA ze Spurs wygrywał inny gracz twojej uczelni Patty Mills. To tylko dwóch z kilku słynnych australijskich koszykarzy, którzy kończyli twój uniwerek. Z czego wynika ta popularność SMC wśród Australijczyków? Miałeś okazję poznać tych chłopaków?
Z Mattem Dellavedovą jesteśmy dość blisko, bo zawsze w okresie między sezonami zajeżdżał do nas trenować. Zbudowaliśmy fajną więź. Jako weteran potrafi dawać młodszym kolegom dużo wsparcia.
Dlaczego Australijczycy przyjeżdżają do Saint Mary’s? To proste. Trener Randy Bennett, który prowadził tę drużynę przez ostatnie 25 lat i w tym roku pożegnał się z Kalifornią przejmując koszykarskie dowodzenie w Arizona State, ściągnął na początku swojej trenerskiej pracy w Saint Mary’s kilku Australijczyków. Później na zasadzie poczty pantoflowej zyskał dobrą renomę w tamtym kraju. To poskutkowało kolejnymi studentami. Z biegiem czasu zaczęli jednak przyjeżdżać także kolejni zagraniczni koszykarze, z Nowej Zelandii, z Litwy…
Teraz, w czasach gdy zasady NIL rewolucjonizują NCAA i jej położenia w światowej koszykówce tych transferów jest jeszcze więcej. Ty w NCAA spędziłeś 5 lat, więcej już po nie mogłeś. Pewnie gdybyś mógł, chętniej podpisałbyś kolejny kontrakt na uczelni zamiast w Europie?
Wiem, do czego zmierzasz, ale 5 lat to było wystarczająco dużo czasu – to było pełne, kompletne w swojej akademickości, doświadczenie koszykówki uniwersyteckiej.
To, co dzieje się teraz w NCAA zmienia jednak kompletnie oblicze tej koszykówki. To już nie będzie basket akademicki, tylko zawodowa. Moim zdaniem tak nie powinno być! Duch tego sportu, idee mu przyświecające – w wydaniu akademickim były czymś zupełnie innym, czymś coś, co się teraz zabija. Dlatego tak naprawdę cieszę się, że jestem już poza tym systemem i że doświadczyłem koszykówki w NCAA takiej, jaka ona powinna być, co do zasady. Dla mnie koszykówka akademicka to głównie nauka i budowanie relacji z chłopakami z drużyny, z którymi trzymasz się przez całe studia. Teraz to w ogóle będzie miało inny wymiar.
Być może niebawem będzie nam o tym opowiadał Kuba Szumert. Uważasz, że nasz supertalent będzie pasował do uniwersyteckiego grania w nowym wydaniu?
Oj, to na pewno! Ten chłopak nie skończył jeszcze nawet 21 lat, a już dziś jest jednym z najlepszych graczy mocnej europejskiej ligi. Zestaw to tylko z nikłym ograniem i doświadczeniem chłopaków, którzy przyjdą do NCAA prosto z liceum. Szumert pojawi się tan prosto z Zastalu, gdzie miał świetnego rozgrywającego i znakomity sztab. To kompletnie inna liga.
Myślę, że w samych Stanach też dużo się nauczy i bardzo się rozwinie, dobrze oszlifuje swój talent.
Skoro o talencie mowa, o twoim lokalnym mówi cała Gdynia. Czas żeby dowiedziała się też reszta koszykarskiej Polski. Od jak dawna śpiewasz?
Muzykę kocham od zawsze! Nie uważam się za jakiegoś bardzo dobrego wokalistę, aczkolwiek z moją siostrą bliźniaczką, która jest w tym naprawdę dobra, nagrałem latem numer „touch of grey”. Można go posłuchać na Spotify. Nazywamy się „soos i LB”. Mamy już ponad 40 000 odsłon. To nagranie faktycznie dodało trochę pewności, jeżeli chodzi o występy z mikrofonem.
Pokazałem je Bartkowi Muellerowi – naszemu managerowi od mediów społecznościowych. On od razu wpadł na pomysł, że powinniśmy nagrać coś bożonarodzeniowego, bo zawsze bardzo chciał to zrobić! Zgodziłem się, a w szatni koledzy pukali się w głowę, upewniając się, czy nie oszalałem. A ja byłem w Gdyni dopiero od kilku miesięcy. Wychodziłem z założenia, że jeżeli klubowi, mojemu szefostwu, prezesowi i jego zespołowi na czymś zależy, nie będę się stawiał. Poza tym – ja naprawdę lubię śpiewać!
Do odnoszenia sukcesów jest niezbędna pasja, a w sobotę podczas piątego meczu ćwierćfinału we Wrocławiu niezbędna będzie też fizyczna wytrzymałość oraz zespołowa koszykówka. Co jeszcze?
Szczere chęci i koncentracja. Musimy chcieć bardziej i być w meczu nie na 100, a na 110 proc. W tej serii mieliśmy już kwarty, w których graliśmy zbyt miękko. W decydującym meczu we Wrocławiu już nie będzie na to przestrzeni. Żadnej! A jak ktoś się zapomni to szybko przypomni sobie, czym to się skończyło w pierwszym meczu. Jacy my po nim wtedy wściekli.
Gwarantuję, że większej motywacji nie będzie potrzeba. Zagramy twardo, bo chcemy osiągnąć swój cel. To będzie świetny mecz!
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie