Strona główna » Karolak: Już wiemy, że to nie Ainars Bagatskis był problemem! Tajemnica szatni Śląska Wrocław

Karolak: Już wiemy, że to nie Ainars Bagatskis był problemem! Tajemnica szatni Śląska Wrocław

0 komentarzy
Zwycięstwo Dzików, to niesamowite 48:20 w drugiej połowie czwartego meczu z Treflem było imponujące, ale bądźmy szczerzy: ten mecz dla osób postronnych był po prostu okropny w odbiorze. Nie zmienia to jednak faktu, że derby Warszawy w półfinale zapowiadają się smacznie. Kto wygra piąte starcie Śląsk – Arka? Jestem skłonny rzucać monetą!

Narzekanie na pracę sędziów w tym momencie sezonu jest chyba najmniej sexy pomysłem, jaki można sobie wyobrazić. Ale co zrobić? Poziom, który zaprezentowali „sprawiedliwi” w czwartkowy wieczór w hali Koło był naprawdę… niesprawiedliwie niski. Ja rozumiem, że zdecydowana większość sędziów w Polsce wciąż nie ma kontraktów zawodowych. Rozumie, że w związku z tym może brakować im czasu na doszkalanie się i nikt się temu nie powinien dziwić. Ale ten poziom nieudolności, ta skala niemożności przyznania się do błędu, gdy wszyscy na kamerach widzieli go doskonale – to była jednak przesada. 

Trefl został kilka razy w trzeciej kwarcie skrzywdzony decyzjami sędziowskimi, ale całą serię przegrał w pełni zasłużenie. Był słabszy. Fakt, że w kluczowym momencie decydującego meczu o życie kilka akcji zdołało jego zawodników totalnie wybić z rytmu najlepiej świadczy o tym, że nie był gotowy do walki o najwyższe cele. Kontuzja Mikołaja Witlińskiego na pewno nie pomogła, ale i pod względem przygotowania mentalnego i fizycznego też coś chyba nie zagrało. Plan na mecz nr 4 Trefl miał, więc taktycznie Mikko Larkas odrobił lekcję. Tylko co z tego, skoro w trzeciej kwarcie nawet takiemu twardzielowi jak Jakub Schenk w pewnym momencie – stosując przenośnię – jakby opadły spodenki. 

20 punktów zdobytych w drugiej połowie? Dla szefów Trefla ten moment sezonu będzie pewnie wyznacznikiem podczas procesu budowy nowego zespołu na kolejne rozgrywki. Powinien być. 

Dziki pozostają dzikie i ich starcie z Legią zapowiada się fantastycznie. Nie skreślałbym niżej rozstawionej i dużo mniej doświadczonej drużyny. Choćby z jednego powodu – mistrzowie Polski mają ewidentny problem z rozbijaniem obrony strefowej rywali. Było to widoczne jak na dłoni także w drugiej połowie ostatecznie wygranego meczu z MKS. Momentami odnoszę wrażenie, że jedynym pomysłem ekipy Heiko Rannuli na strefą są rzuty za 3. OK, Legia ma pod tym względem ogromną siłę rażenia, ma zdecydowanie najlepszą drużynę w stawce, ale… 

Dziki są na fali, osiągnęły to legendarne momentum. Ono czasami potrafi nieść naprawdę wysoko. Pamiętacie ubiegłoroczny Start Lublin?

Gdy oglądam kolejne mecze serii Śląsk – Arka, trochę jednak ręce opadają. Ona przy tej zakończonej King – Zastal prezentuje się jak lekko podgniłe już jabłko przy soczystym ananasie. Mało tam nie tylko sportowej jakości, a co gorsza – mało także emocji, które jasno wskazywałyby na to, że walka toczy się o wszystko. 

Stonowane zachowanie koszykarzy z Gdyni – poza świetnym Lukiem Barrettem! – jestem jeszcze w stanie zrozumieć. To ekipa weteranów. Oni mogą, ale już niczego nie muszą. 

Ale Śląsk? Kto zabrał tej drużynie talent? Kto wyssał z niej to sportowe życie, elementarną radość z gry? Po dwóch meczach w Gdyni już wiemy, że to nie był Ainars Bagatskis. To nie Łotysz był problemem. Problem tkwi gdzieś głębiej, najpewniej w zakamarkach szatni. Ten zespół nie wygląda na taki, którego gracze cieszyliby się ze wspólnej gry w kosza. 

A przecież w pierwszej połowie sezonu, gdy Śląsk wygrywał często – także w EuroCup – tak właśnie było! Póki co pozostało jedynie wspomnienie. Może po prostu Bagatskis miał rację, wiecznie narzekając na słaby mental swoich zawodników. Wygląda na to, że pozbyto się kogoś kto wskazywał problem, ale to nie rozwiązało istoty problemu. Na ile Łotysz miał wpływ na budowę składu? To już zupełnie inna sprawa. 

Jedynym momentem czwartego meczu z Arką, gdy koszykarz Śląska okazał jakieś emocje godne playoff był ten spóźniony rzut Angela Nuneza. Bez sensu. Przecież to najlepszy moment sezonu, radość i łzy powinny wyskakiwać z ekranu raz za razem. Tymczasem w tej serii otrzymujemy mecze z temperaturą godną jakichś przedsezonowych sparingów, albo czwartkowych meczów przykładowej 17. kolejki sezonu regularnego. 

Kto wygra w sobotę? Byłbym skłonny rzucić monetą, ale dam Śląskowi 51 procent szans. Ze względu na przewagę własnego pakietu, bo jestem przekonany, że kibice z Wrocławia nie przejdą obok meczu i posiadanie w składzie Kadre Graya. W braku organizacji gry w ataku, a także w rotacji WKS panuje niesamowity chaos, ale Gray to gość, który może wygrać mecz w pojedynkę. 

Bez względu na wynik ostatniego ćwierćfinału, dla mnie faworytem tego niewarszawskiego półfinału będzie Zastal. O ile tylko oczy Andrzeja Mazurczaka wciąż będą zionąć tym sportowym ogniem, jak w trakcie walki z Kingiem.