Strona główna » Ptak: Playoff w Lidze Adriatyckiej to piękne piekło, nie tylko śruby i szkło latające po trybunach

Ptak: Playoff w Lidze Adriatyckiej to piękne piekło, nie tylko śruby i szkło latające po trybunach

0 komentarzy
Wyjazd na mecz basketu na Bałkany zawsze wzbudza we mnie taki sam dreszczyk emocji. Nawet gdy wybieram się do miasta, w którym już wcześniej byłem. Największy sentyment mam do Belgradu, lecz Podgorica właśnie dołączyła do tej krótkiej listy. Zapraszam na koszykarski reportaż z playoff Ligi Adriatyckiej i z najnudniejszej stolicy Europy!

Zanim na dobre zacząłem przygodę ze sportową turystyką, mogłem swoją wiedzę nt. różnych miast opierać jedynie na informacjach zgromadzonych w książkach, ewentualnie w Internecie. Nie było w tym nic złego, bo mocno poprawiało to kreatywność i wizualizowanie wielu monumentów, budynków czy placów, ale… o Podgoricy jedyne co się naczytałem to to, że… nie ma w tym mieście niczego ciekawego. Że brzydkie i nudne.

Rekomendacja taka, że nic tylko wsiąść w samolot i delektować się tą nicością!

Przecież każdy szanujący się sportowy masochista wie, że w Podgoricy jest przede wszystkim Buducnost. Dopiero w dalszej kolejności można rozmawiać o pozostałych atrakcjach.

Tudzież o ich braku.

Przeszłość, teraźniejszość i… Buducnost 

Buducnost w wolnym tłumaczeniu oznacza „przyszłość”. Słowo które przez dekady mogło być w Podgoricy odmieniane przez wszystkie przypadki w nadziei, że faktyczna przyszłość przyniesie rozwój.

Oczywiście, można w ramach westchnień wracać do historycznego okresu Podgoricy kiedy miasto nazwano Titograd, na cześć Josepa Broza Tito, prezydenta Jugosławii. Po zakończeniu II wojny światowej Tito odwiedził Podgorice i zadeklarował odbudowę zniszczonych budynków. Z tegoż szacunku i oddania dla przywódcy miasto w czasach jugosłowiańskich nazywano na jego cześć. Do dziś można jeszcze poczuć nutkę historii, odwiedzając niektóre miejsca w Podgoricy, jak boisko klubu FK Titograd, czy pojedyncze knajpy, które stylem wystroju zatrzymały się w czasach istnienia Jugosławii. 

Wracając do koszykówki: Buducnost to jeden z najbardziej charakterystycznych bałkańskich klubów, wymienianych w pierwszym rzędzie skojarzeń obok belgradzkich hegemonów.

Buducnost to najlepszy czarnogórski klub (16. tytułów mistrzowskich), który udowadnia to w ostatnich latach, rokrocznie zgarniając mistrzostwo krajowej ligi i skutecznie rywalizując o najwyższe cele w ABA Lidze (wygrana przez Buducnost w sezonie 2017/18). 

Kibice w Polsce mogą również kojarzyć drużynę z całkiem niedawnych występów naszych ekip w rozgrywkach Eurocup (w tym sezonie stawali w szranki z Treflem, w poprzednich latach również ze Śląskiem).

Udałem się do Podgoricy drugi raz na przestrzeni ostatnich 70 dni. Za pierwszym razem dane było mi obejrzeć mecz Studentskiego Cetnaru z Igokeą (wyborny, 111:109 po dogrywce) w ramach ligi ABA. Tym razem jechałem z dokładnym zamiarem skosztowania najwyższego możliwego poziomu na Bałkanach.

Buducnost jest fenomenem tego sezonu. Koszykarze z Podgoricy zajęli pierwsze miejsce po sezonie zasadniczym Ligi Adriatyckiej, a ich zawodnik McKinley Wright IV został mianowany MVP rozgrywek. Cała drużyna wydawała się być na niesamowitym flow. 

Z bilansem 26-4 przystąpiła do playoff w roli faworyta serii z Megą. Szybkie 2:0 i miały zacząć się schody. Przecież w półfinale czekała już Crvena Zvezda, a więc jeden z dwóch faworytów do złota.

Buducnost z otwartą przyłbicą chciała wykorzystać fakt, że ekipa trenera Sfariopoulosa ma sporo problemów zdrowotnych. Niemniej, to nadal Zvezda była faworytem.

Bałkański temperament i nieporządek

Nastawienie w Podgoricy na starcie ze Zvezdą było bojowe. Atmosfera miała być piekielna i była… Choć niektórzy, wzięli sobie do serca bojowość zbyt poważnie.

Buducnost do przerwy trzymała Zvezde na widelcu i druga połowa miała być formalnością. Świetnie grający Sulaimon i Ferrell raz po raz punktowali po asystach Wrighta. Każdy trybik chodził płynnie i cała maszyna walcowała Zvezde.

Problemy zaczęły się w drugiej połowie, kiedy kibice postanowili podgrzać atmosferę, w nieco odmienny sposób niż ustawa przewiduje. Z trybun w stronę rozjuszonego Nikoli Kalinicia poleciały przedmioty (jak później się okazało – były to m.in. solidne wkręty dużej wielkości i fragmenty szkła), a ten zamiast stonować zachowanie… zaczął te przedmioty odrzucać w stronę trybun.

Absurdalne sceny.

Ostatecznie mecz przerwano i dokończono dopiero po jakiś dwudziestu minutach przerwy, Buducnost dowiozła wielką przewagę i można było jechać do Belgradu.

Za incydent „śrubowy” Buducnost została ukarana ograniczeniem frekwencji na kolejny meczu, o 70 procent możliwej pojemność hali. Kalinicia zawieszono na 4 mecze.

W Belgradzie Zvezda bez większych emocji pokonała Buducnost i przy garstce kibiców na trybunach Buducnost miała dopiąć dzieła.

Mecz nr 3 był bardzo wyrównany i na dobrą sprawę, ani przez chwilę nie było wiaodmo, kto przechyli szalę zwycięstwa ma swoją stronę. Niech o emocjach świadczy fakt, że największe prowadzenie w meczu po jednej czy drugiej stronie wynosiło 9 pkt i było szybko niwelowane. Druga połowa to walka wręcz. Kosz za kosz. Do upadłego. 7 sekund do końca meczu Zvezda wyrównała i większość kibiców przygotowywała się już do dogrywki.

Nie było w gronie tych ludzi McKinleya Wrighta.

Historyczna trójka

Po przerwie na żądanie trenera Zakelja – ktoś jeszcze w PLK pamięta, jak tego trenera zwolnił obecny finalista PLK Start Lublin? – piłkę do rąk dostał MVP tego sezonu ABA. To był jego czas na udowodnienie wartości i tego, że całokształt występów Buducnosti, to żaden przypadek. Wright przeszarżował 3/4 parkietu i zaaplikował trójkę równo z syreną kończącą mecz.

Podgorica w finale! Wright z automatu złotymi zgłoskami zapisał się w annałach czarnogórskiego sportu. Gdyby w hali było 6000 osób, to jest cień szansy, że kopuła dachu hali by po prostu odleciała.

Jeden kozak pokonany, drugi na horyzoncie

Zvezda pokonana, radość i euforia nie do opisania – jednak finał zapowiadał się równie epicko. Partizan to druga potęga z Belgradu, bez żadnych kontuzji, po nieudanym sezonie w Eurolidze, z chęcią udowodnienia ambicji przynajmniej w lidze ABA.

Z Buducnostią w tym sezonie przegrał dwukrotnie, stąd postronni kibice mogli wieszczyć, że faworytem będą gospodarze pierwszych starć. Teoretycznie – rzecz oczywista, praktycznie… Nic bardziej mylnego.

Nawet w samej Podgoricy podchodzono do tematu z dużą pokorą. Większość ludzi uważała Partizana za faworyta, a potencjalne zwycięstwo Buducnosti nadal odkładano na półkę z baśniami.

Organizacyjnie – Bałkany 

Na mecz numer 1 nie wybrałem się z dwóch przyczyn. Niekorzystne terminy i ceny lotów oraz totalna dezorganizacja, jeśli chodzi o ułożenie terminarza meczów finałowych. Pierwotnie na stronie ABA ligi podano informacje, że finały będą grane do trzech wygranych systemem 1-1-1-1-1, zamiast rutynowym 2-2-1.

Wzbudziło to we mnie złość, bo przy tym założeniu nie obejrzałbym żadnego z meczów. Na szczęście po paru godzinach… zaktualizowano harmonogram na stronie na systemem 2-2-1 i drugi mecz w sobotę, czyli mój dzień przylotu.

Ulżyło mi, można było skupić się na oglądaniu meczu nr 1.

Buducnost w pierwszych 20 minutach zagrała agresywnie w defensywie i solidnie w ataku, co przyniosło wymierne efekty w postaci kontrolowanej przewagi nad Partizanem (+8). Wydawać się mogło, że motywacja graczy z Podgoricy jest na najwyższym możliwym poziomie i wystarczy chwila przerwy, żeby dowieźć temat w drugiej połowie.

Tutaj jednak warto zatrzymać się i powtórzyć z kim mierzyła się Buducnost. Gigantyczna jakość indywidualna, ale i zespołowa Partizana pozwoliła mu wrócić do gry w trzeciej kwarcie. Straty zostały szybko odrobione, a emocje eksplodowały. Buducnost w czwartej odsłonie mogła liczyć na świetna grę Yogiego Farrella. Szybki run spowodował, że gospodarze znów wrócili do pełnej kontroli nad wydarzeniami na parkiecie.

50 sekund przed końcem meczu Buducnost prowadziła ośmioma punktami, ale swoje trzy grosze – a nawet trzy punkty i to dwukrotnie – chciał dorzucić jeszcze Sterling Brown. Przewaga Buducnosti stopniała do dwóch punktów i tylko głupia strata mogła zabrać jej zwycięstwo w meczu.

No i cóż, kto chciał dramaturgii, dostał ją w najlepszej formie. Po przechwycie i szybkiej kontrze Tyrique Jones daje z góry, wyrównując stan meczu i dokładając meczowi dodatkowe pięć minut emocji.

W dogrywce niby gospodarze zaczęli mocno, ale Partizan szybko utrzymał nerwy na wodzy i przejął tę partię. Brown i (Tyrique) Jones byli tego dnia wybitni i ostatecznie dali Partizanowi cenne zwycięstwo.

Piekielne warunki…

Czwartek przyniósł emocji co niemiara, stąd liczyłem, że w sobotę na własnej skórze doświadczę ich jeszcze więcej.

Podgorica przywitała mnie iście piekielnymi warunkami. 33°C i ani jednej chmurki na niebie. Sympatyczny przeskok z polskiej rzeczywistości pogodowej.

Czarnogórcy mają to do siebie, że są narodem bardzo życzliwym i pomocnym, ale przy tym też nie przykładają zbyt dużej wagi do punktualności, terminowości. Mówiąc wprost: nie są definicją solidności. Mówiąc jeszcze bardziej wprost: mają dobra pogodę i wywalone na wszystko, to im wystarcza. Resztę zawsze można zrobić później.

Na samym mieście nie widać dużej ekspozycji meczu. Są banery reklamowe, ale tylko w trzech miejscach. Tak naprawdę to tyle.

Większą identyfikację miasto miało ze względu na przyjazd estońskiego wysoko postawionego polityka (przynajmniej tak strzelam, bo jak inaczej wytłumaczyć dużą ilość flag Estonii rozwieszonych po całej Podgoricy?). Czuć klimat i oddanie samej Buducnosti, ze względu na dużą ilość grafów na mieście – należy jednak brać pod uwagę miłość dla całej Buducnosti, także tej piłkarskiej. 

Po dotarciu pod hale sportową Moraca (nazwa zaczerpnięta od rzeki przepływającej obok obiektu) zaczynam obchód nieco inny, względem tego, kiedy byłem tu w marcu.

Na start wita mnie wielki kordon policji, która ma zabezpieczać mecz. Z racji, że do rozpoczęcia spotkania było wciąż 2.5h, trochę czasu pod halą spędziłem. Obserwowałem przyjazd oficjeli klubu, zawodników i sztabów obu ekip oraz sędziów. Do dziś jestem mocno zdziwiony, jak przy takiej liczbie policjantów zwykli ludzie/kibice mają dość swobody, by podejść do zawodników, zbić piątkę czy zrobić sobie szybkie selfie.

Z jednej strony urocze, z drugiej – widać było, że gracze wychodzą ze swojej strefy skupienia przedmeczowego.

Po dograniu z policją kwestii wejścia na sektor dla mediów udałem się do środka, by delektować tym co najważniejsze. Byłem ciekaw jaka frekwencja zastanie mnie na hali. Oczywiście marzyłem o sold oucie, ale skrajny skwar i dwukrotne wydanie 20-30 euro dla kibiców nie zachęciło obywateli Podgoricy do szturmowania Moracy. Ostatecznie 5 min przed początkiem meczu wydawało mi się, że hala jest… wypełniona może w połowie. Dopiero z początkiem pierwszej kwarty, sektor „Barbarzyńców” (ultrasi Buducnosti) zaczął się zapełniać.

Bilety na mecz można tu nabywać wyłącznie stacjonarnie, w okienku przy głównym wejściu na halę. Dodaje to klimatu i atmosfery przełomu wieków z polskich aren sportowych (sam nie zaznałem tego smaku, ale różne historie poznałem).

Pierwszy podrzut piłki, na hali coraz goręcej. Buducnost szybko obejmuje ośmiopunktowe prowadzenie, wprowadzając tłum w ekstaze, a Zeljko Obradovicia do wzięcia pierwszej przerwy na żądanie. Kibice Buducnosti wyrazili aprobate do pokonania Partizana w mniej kulturalnych frazesach, ale tak naprawdę był to ostatni pozytywny moment gospodarzy w całej pierwszej połowie.

Partizan świetnie grał w defensywie, Tyrique Jones, stawiał rewelacyjne zasłony, czym kreował mnóstwo przestrzeni dla strzelców wychodzących na pozycję. Buducnost miała problem z zatrzymaniem penetracji Partizana, a sama dogorywała przez brak skuteczności. Idealnym podsumowaniem tych dwóch kwarty była ostatnia akcja, w której Nikola Tanasković niemal położył piłkę na obręczy, a ta i tak nie przeturlała się w odpowiednią stronę. 

Do przerwy Partizan prowadził 41:31.

Przeszłość, teraźniejszość i… Buducnost

Gospodarze musieli zostawić przeszłość za sobą, wykorzystać teraźniejszość w szatni i liczyć na Buducnost! 

Przyznam szczerze, że byłem nieco zawiedziony przebiegiem pierwszej połowy. Ze względu na wynik kibice byli nieco ospali, upał w hali nie pomagał się zaktywizować i wszystko zmierzało ku słabemu zakończeniu tej historii.

Każda historia ma jednak swoją przyszłość. Gospodarze rewelacyjnie weszli w trzecia kartę, dwie udane akcje Rasheeda Sulaimona, punkty Slavkovicia i Tanaskovicia i nagle – tylko punkt straty. Partizan pierwsze punkty w kwarcie zdobył dopiero w 5 minucie gry.

Sterling Brown wziął ciężar gry w ataku na swoje barki, spróbował pomoc Duane Washingot, jednak miało zdać się to na nic, bo Buducnost coraz bardziej odpalała wrotki.

Kibice czuli momentum, swoim dopingiem nieśli zawodników, a dobrym tego efektem była trójka Wrighta, która wyprowadzając gospodarzy na 5 pkt przewagi uniosła cała audiencję z siedzeń.

Buducnost wygrała tę część gry piętnastoma (!) punktami.

…wzniecają ogień

Celna trójka Franka Ntikiliny 8 minut przed końcem meczu zniwelowała różnicę między drużynami do 4 punktów… Wtedy piekło odpaliło!

Seria 13:0 (!) dla gospodarzy! Trójki Jovanovicia, Wrighta, Magee’go zrobiły robotę. Hala była bliska odlotu. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem odpaloną racę na meczu koszykówki.

Atmosfera? Obłędna. Jedyne czego żałuję, to że tego dnia w Moracy nie stawił się komplet publiczności.

Buducnost wiedziała, że tego zwycięstwa nie wypuści. Jak zadra pod paznokciem ciążył im czwartkowy mecz i roztrwonienie przewagi. Tu nie było jednak mowy o oddaniu swojego losu w ręce Partizana. Owszem, efektowne wsady Ntilikiny czy T. Jonesa dodały gościom nieco energii, ale w całokształcie, zostaną jedynie pięknymi highlightami tego meczu.

Trójka Fletchera Magee’go na minutę do końca czwartej kwarty zamknęła mecz. Idealna puenta całego widowiska.

Druga połowa to jedno z lepszych wydarzeń sportowych na jakim byłem w życiu, dosłownie. Było wszystko czego można oczekiwać od meczu koszykówki. Dla rywalizacji finałowej dobrze, że wygrała Buducnost. Dwa mecze w mekce koszykówki mogą być idealnym zakończeniem tego sezonu. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby przyszłość znów miała się ułożyć pod powrót rywalizacji do Podgoricy. 

Wszak wszystko jest w jej własnych rękach.