Strona główna » Darnell Edge: Planem jest awans do finału – jesteśmy na fali i nie zamierzamy się zatrzymywać!

Darnell Edge: Planem jest awans do finału – jesteśmy na fali i nie zamierzamy się zatrzymywać!

0 komentarzy
– Pluta i Graves są świetni i bardzo dobrze się uzupełniają. Żeby być na szczycie mocnej ligi – musisz mieć mądrych i utalentowanych rozgrywających. Spodziewam się mocnej batalii z nimi, ale czuję, że to będzie świetna seria – mówi przed rozpoczęciem półfinału playoff z Legią Darnell Edge, który w playoff jest póki co ze średnią 18 punktów na mecz najlepszym snajperem Dzików.

Aleksandra Samborska: Gratulują awansu z Dzikami do półfinału playoff, ale to nie jest twoje pierwsze zetknięcie z PLK. Początkowy kontakt i kontrakt w sezonie 2019/20 były jednak raptem trzymiesięczne – co się wówczas wydarzyło w Starogardzie?

Darnell Edge: Cóż, początek w Europie wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Amerykański rookie, który po raz pierwszy wyjeżdża poza Stany grać w koszykówkę, gdzie wszystko jest zupełnie inne, nagle musi się szybko i sprawnie przystosować do nowego. To było dla mnie sporym i trudnym do sprostania wyzwaniem.

Do tego trener ściągnął i sprawdzał wówczas dwóch rozgrywających, my byliśmy na samym dole tabeli. Zmian było dużo. Na tamtym – początkowym etapie mojej europejskiej kariery – jak dla mnie za dużo.

Mija siedem lat, jest zima tego roku, wracasz do Polski…

…i sytuacja jest zupełnie inna! Stolica, wyjątkowa społeczność kibiców, ludzi wokół klubu, cudowne miasto, mnóstwo atrakcji i rola, którą dostaję – z koszykarską korzyścią i dla zespołu, i dla mnie. Dołączyłem do drużyny, która już radziła sobie świetnie. Do tego kolektywu mogłem tylko dodać coś od siebie. Dorzuciłem cegiełkę swoich umiejętności i teraz to naprawdę się dzieje!

Dziki Warszawa to już twój trzeci klub w tym sezonie. Skąd tyle zmian?

Przed sezonem 2025/2026 na stole miałem kilka ofert, w tym m.in. z Francji, na którą bardzo się nastawiłem. Finalnie nie tam jednak nie podpisałem kontraktu, było naprawdę późno, a dodatkowo zmieniłem agencję. Żeby gdzieś się zahaczyć, na początku stanęło na Cyprze, gdzie dogadany byłem przede wszystkim na grę w FIBA Europe Cup i opcję buy-outu. W europejskich pucharach nie wyszliśmy z grupy i odezwał się niemiecki Ludwigsburg, który w trybie natychmiastowym potrzebował rozgrywającego, bo jeden z podstawowych graczy miał kontuzję.

Decyzja o przeprowadzce do Niemiec zapadła szybko. Ligowo to był przecież duży krok do przodu. Ale jak przyleciałem ina miejsce, okazało się, że gracz, który miałby być niedostępny przez 4-6 tygodni będzie jednak w stanie wrócić do gry po kilku dniach. Klub chciał trzymać się pierwotnego planu, a więc grać zestawem zawodników z myślą o których drużyna pierwotnie zbudowana, a że obwodowi gracze będący do dyspozycji trenera odpowiadali tam za jakieś 70 proc. ataku to na jeszcze jedną, rzucającą jedynkę po prostu nie było miejsca. To nie miało sensu.

Wtedy zadzwonił Marco Legovich. Powiedział, że potrzebuje rozgrywającego, który umie punktować i który pociągnie drużynę, by grała jeszcze lepiej. Zgraliśmy się idealnie – w czasie i oczekiwaniach. Miałem wykańczać akcje, ale też ustawiać ataki pozycyjne i po prostu rozdzielać piłkę. To umiem, to lubię, to robię!

Spośród amerykańskich graczy Dzików masz w Europie zdecydowanie najwięcej doświadczenia, choć od Zae Hortona czy Bena jesteś tylko o rok starszy!

To prawda, koszykarski obraz związany z grą na uniwerkach zmienił się w ostatnim czasie diametralnie. Ja do Polpharmy przyleciałem chwilę po swoich 22. urodzinach. Teraz 28-latkowie potrafią być dwa lata po szkole i dlatego, choć nie ma między nami jakiejś specjalnej różnicy wieku, to po zawodowych parkietach biegam znacznie dłużej niż Ben, Waldo czy Tahlik.

Przez to jestem chyba w naszej ekipie takim amerykańskim weteranem. Wynika z też z tego, że mam już naprawdę spore ogranie w bardzo różnych miejscach i wiele rzeczy, z którymi moi koledzy z zespołu się mierzą – ja już wcześniej przeżyłem, nauczyłem się z nimi radzić. Chłopaki mi ufają, czuję, że szanują to, że zawsze i o wszystkim możemy porozmawiać.

Doświadczeń faktycznie masz sporo, skoro po najwyższe laury drużynowo i indywidualnie sięgałeś nawet w tak nietuzinkowych miejscach jak Kosowo…

Kontrakt w Kosowie zdecydowałem się podpisać po namowach z tamtejszego klubu. Słyszałem, że 3-4 drużyny grają tam w koszykówkę na solidnym, europejskim poziomie, że są w nich pieniądze i że ściągają ogranych zawodników, którzy naprawdę wiedzą, co robią. I faktycznie – liga opierała się na kilku gwiazdach. Głębia składów była mniejsza, ale klimat i otoczka – niepowtarzalne. Prisztina, Peja i Trepca, w której grałem rywalizują w pucharach. Zresztą Peja debiutowała w tym roku w ENBL,

Mieszkałem w Mitrowicy, gdzie atmosfera na meczach była niesamowicie gorąca, a wyjście z domu każdorazowo wiązało się ze zdjęciami czy autografami. Oczywiście, poza stolicą w Kosowie ciężko o rozrywki, ale atmosfera takich miejsc i klubów rekompensuje ci to z nawiązką. Ludzie kochają swoje kluby, za moją ekipą z Kosowa – trenerem i chłopakami – nadal utrzymuję kontakt. Kibice wciąż wysyłają mi wiadomości z pytaniami, kiedy do nich wrócę i kiedy znowu dla nich zagram.

Polscy fani tak szybko cię z Dzików nie wypuszczą. Peja musiała uznać wyższość warszawskiego zespołu w ENBL, pucharu, który zdobyliście już z tobą w składzie. Jak z perspektywy Darnella Edge’a przebiegał niemiecki turniej finałowy?

Kiedy lądujesz w turnieju finałowym w takiej formule to tam naprawdę grają najmocniejsze ekipy. Każda z nich jest przekonana o swojej sile i bardzo chce wygrać. My z siły, którą udało nam się wypracować jako drużynie jesteśmy bardzo dumni – do Niemczech polecieliśmy jako monolit i po prostu żarzył się w nas ogień. Wierzyliśmy, że jesteśmy tam najlepsi i czuliśmy wewnątrz siebie, że teraz rozpalić musimy cały ten finał.

Mieliśmy też dobry czas jako drużyna. Wcześniej wygraliśmy ważny mecz w Grecji, potem kilka istotnych meczów w PLK, pewność siebie była w nas naprawdę duża. Sztab do tego finału przygotował się znakomicie, wszystkich rywali mieliśmy rozpracowanych co do każdej, najmniejszej akcji. Motywacja była w nas wszystkich na odpowiednim poziomie, chemia tak samo. Nie pozostało nic innego, jak wrócić do Warszawy z pucharem.

Warszawa między innymi za waszą sprawą stała się miastem koszykówki! Zwycięstwo z Treflem i półfinał osiągnąć pozwolił wam także dobry skauting?

Jedni danym drużynom „leżą”, inni trochę mniej. Jedni więcej biegają, inni skupiają się na ustawianiu akcji. Styl rywala pozwala przemyśleć własną strategię i uwypuklić własne mocne strony. Z Treflem na wyjeździe graliśmy pierwszy mecz po moim dołączeniu po Dzików i to była spektakularna wygrana. Ona na pewno zbudowała w nas tą wspomnianą pewność siebie przed serią. Wtedy, w niepełnym składzie, pokonaliśmy rywali różnicą 40 punktów, a to było w styczniu! Do rozpoczęcia fazy playoff składy się docierają, uzupełniają, wzrastają jako drużyny – tak też było w naszym przypadku, staliśmy się jeszcze lepszymi Dzikami.

Te lepsze Dziki naoliwione przekonaniem o swojej sile wygrały pierwszy mecz, w drugim trochę namieszaliśmy w powrotach do obrony, ale też dokładnie wiedzieliśmy po porażce co nie zadziałało. Trzeba oddać Treflowi, że zagrał ten mecz bardzo dobrze, kibice fantastycznie ich nieśli. Nasz ćwierćfinałowy rywal to bardzo dobra drużyna, nieprzypadkowo skończył sezon zasadniczy w czwórce.

Po powrocie do Warszawy sprawę postawiliśmy sobie jasno – absolutnie nie chcieliśmy grać na wyjeździe piątego meczu. Wtakich starciach w playoff absolutnie wszystko może się zdarzyć. Mieliśmy za sobą swoje Dzikie Towarzystwo, we własnej sali, pełnej swoich ludzi. Trzeba było tylko dwukrotnie wyjść na boisko i grać swoją koszykówkę. W meczu trzecim bardzo chcieliśmy odzyskać kontrolę i prowadzenie, ta chęć rewanżu za przegraną trzy dni wcześniej bardzo nas nakręciła. Wiedzieliśmy, że grając szybko jesteśmy w stanie Trefla zdominować i to się udało.

No i przyszedł czwarty mecz, który Trefl rozpoczął naprawdę… dziko. Po pierwszej kwarcie mieliśmy 17 punktów straty, po drugiej 13. W przerwie padło trochę ostrych słów, musieliśmy sobą trochę potrząsnąć i wrócić do meritum, czyli naszego stylu gry. Trener wykonał wtedy ważną pracę: przypomniał nam, że jeżeli wszyscy jesteśmy po tej samej stronie i chcemy tego samego, to tak też mamy grać. Tylko tyle i aż tyle.

No i po przerwie się zaczęło: większa agresja w szczelniejszej obronie, a z niej łatwe punkty na wiele sposobów, bo w ofensywie arsenał mamy niesamowity. O atak się nie martwiliśmy, chodziło o poprawę obrony, zbiórki, a z tego punkty przychodziły niemalże same. Włączyliśmy wyższy bieg i dojechaliśmy do celu! Udało się, a przez to, że nie wracaliśmy do Sopotu to zyskaliśmy jeszcze trochę odpoczynku. Jesteśmy gotowi na kolejną batalię!

Koszykarskimi obserwacjami i doświadczeniami jesteś też gotów dzielić się z dziećmi w rodzinnych stronach. Widziałam, że na przełomie lipca i sierpnia rusza pierwsza edycja twojego campu – GR845 ELITE BASKETBALL. Skąd pomysł na organizację takiego obozu i czym będzie się on wyróżniał?

To będzie camp dla czwarto- i piątoklasistów w moich rodzinnych stronach, na północ od New York City. Prawda jest taka, że poza miastem tych aktywności i atrakcji dla dzieciaków jest znacznie mniej, dlatego już rok temu rozmawiałem z chłopakami z naszej okolicy, którzy zrobili profesjonalne kariery koszykarskie, że dobrze byłoby coś zorganizować, żeby podziękować sportowej okolicy, która nas wychowała i wypuściła w świat.

Chodzi o to, żeby dzieci szlifowały umiejętności, ale też uzyskały odpowiedzi na nurtujące je pytania i dowiedziały się, na co w uzupełnieniu treningów trzeba zwracać uwagę, jeśli chce się stawać coraz lepszym. W sztabie będę ja, będzie Justin Robinson, który też grał w Polsce (w Śląsku Wrocław – przyp. red.), będzie bardzo doświadczony Kendrick Ray, który teraz grał w Grecji, ale ma też euroligową przeszłość. Będzie Donovan Fields, który też ma za sobą kluby w kilku ligach europejskich, będą Tyler Lydon, którego kojarzą na pewno kibice Nuggets – on skończył karierę klubową, ma też swój camp na północy stanu i Cleanthony Early, którego w drafcie wybrali Knicks, a który od kilkunastu lat gra poza USA. Wszyscy z naszej okolicy, którym udało się zaistnieć w profesjonalnej koszykówce.

W regionie mamy kilka takich obozów dla dzieciaków, ale nic tak rozbudowanego i profesjonalnego. Do współpracy zaprosiliśmy m.in. dietetyczkę, dlatego koszykówka będzie szła w parze z wartościowymi posiłkami i stałym nawodnieniem. Myślę, że potencjał mamy ogromny, ale wiadomo – dopiero zaczynamy, dużo zależeć będzie od tej pierwszej edycji.

Wiem, że rozkręcasz także swój biznes vendingowy, jak ci idzie? Czym jest firma Edge Supply Co.?

Jako profesjonalny koszykarz ze Stanów grający w Europie jesteś poza domem 8-10 miesięcy w roku. Wracasz na lato i wydajesz pieniądze. Zazwyczaj nie masz drugiego źródła dochodu. Jasne, zarobki profesjonalnego sportowca pozwalają ci na ten urlop bez wpływów na konto, ale za mną już od dłuższego czasu chodziła myśl, żeby ruszyć z czymś dodatkowym. Pomysłów miałem kilka, ale zależało mi na czymś, co nie będzie pochłaniało takiej ilości czas jak np. nieruchomości, bo jestem i wciąż chcę być czynnym koszykarzem. Basket jest moim absolutnym priorytetem. Chodziło mi o to, żeby móc zarządzać biznesem zdalnie. 

W mediach społecznościowych wyskakiwały mi reklamy kursów dla początkujących handlowców chcących rozwinąć sieć maszyn vendingowych. Rok temu zrobiłem taki 4-dniowy kurs po 2 godziny dziennie za $250. Zdobyłem know-how, dowiedziałem się jak zacząć, jak zorganizować maszyny. Wpłaciłem zaliczkę, zarejestrowałem działalność i działam.

W ramach kursu dostałem namiar na dystrybutora maszyn w mojej okolicy, zdzwoniłem się z tym facetem, obdzwoniłem kilka dostawców przekąsek i napoi, następnie napisałem maile do potencjalnych lokalizacji, które mogłyby być zainteresowane umiejscowieniem u siebie naszych maszyn, zrobiłem wizytówki, firmowe koszulki i tak temat ruszył. Po 5 miesiącach była jedna maszyna, a dzisiaj mam już 11 lokalizacji w Karolinie Południowej, gdzie aktualnie mieszkam – kompleks apartamentów, campus uniwesytecki, dom seniora…

Niech Edge Supply Co. rozwija się zatem jak Dziki Warszawa! Przed wami derbowe półfinały. Czy duet Andrzej Pluta – Jayvon Graves to najbardziej wymagający zestaw obwodowy w lidze?

Są świetni i bardzo dobrze się uzupełniają. Żeby być na szczycie mocnej ligi – musisz mieć mądrych i utalentowanych rozgrywających. Spodziewam się mocnej batalii z nimi na obwodzie. Z Hortonem będziemy mieli dużo roboty stawiając im twarde warunki, ale czuję, że seria będzie świetna. Kto nie pomieści się w halach – będzie musiał oglądać te mecze w telewizji.

Dojdziecie do finałów?

Taki jest plan! Wygraliśmy chyba 11 z ostatnich 13 meczów, więc tak naprawdę wciąż jesteśmy na fali. Nie zatrzymujemy się. Kiedy robimy swoje, jesteśmy zagrożeniem dla każdego zespołu w Polsce. Derby Warszawy, pierwszy taki półfinałowy pojedynek w historii PLK – będzie się działo!

Wydaje mi się, że seria będzie wyrównana. Ostatecznie górą będzie drużyna, która na parkiecie będzie się bardziej trzymała razem. Jest koniec maja, wszyscy jesteśmy zmęczeni, każdy boryka się z jakimś bólem, ale – tak jak podczas turnieju finałowego w Niemczech – musimy nakręcać się naszą jednością.

Nazywamy się Dziki, więc musimy grać dziko. Kiedy swoją postawą na parkiecie pokazujemy charakter dzika – możemy osiągać kolejne spektakularne zwycięstwa!  

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie