– Czy zamieniłbyś/zamieniłabyś mieszkanie i pracę w Gdyni na Zieloną Górę – ile osób z losowej próbki 100 Polaków/Polek odpowiedziałoby w takiej ankiecie na „TAK”?
Z całym szacunkiem dla Winnego Grodu, pewnie niewiele.
Twarzą ewentualnej kampanii zachęcającej do takiego ruchu mógłby na pewno zostać Jakub Szumert, który po styczniowej zadyszce, już w minionej kolejce pokazał, że chce wskoczyć na wyższy poziom od tego, który zaprezentował w grudniu, gdy został wybrany MVP miesiąca Orlen Basket Ligi.
W czwartkowy wieczór był jeszcze lepszy i rozegrał zapewne swój najlepszy występ w karierze.
Oby za tydzień stało się to już nieaktualne.
27 minut, 16 punktów i 7 zbiórek – czy ktoś zgadnie co to za statystyki? To najlepsze osiągnięcia reprezentacyjnego skrzydłowego z dwóch poprzednich sezonów spędzonych w Gdyni, oczywiście każde z innego spotkania.
W jeden czwartkowy wieczór Szumert spędził na parkiecie 31 minut i w tym czasie zdobył 27 punktów, zebrał 12 piłek, miał 3 asysty i po 2 bloki oraz przechwyty.
Zagranie takiego meczu w miejscu, w którym jego talent przez dwa długie sezony pozostawał dalece niewykorzystany, powinno smakować podwójnie.
Tak, zdaję sobie sprawę, że nieprzypadkowo mogło się to wydarzyć przeciwko drużynie, która przed tygodniem pozwoliła na podkoszowe szaleństwa Mate Vuciciowi i Tylerowi Wahlowi.
Wciąż był to jednak trudny, fizyczny, momentami brudny mecz. Najczęściej nie jest to idealne środowisko dla 20-letnich koszykarzy do pokazania pełni swoich możliwości.
Co zadecydowało, że Szumert zagrał aż tak dobrze?
Być może właściwe nastawienie mentalne, o którym wspomniał zapytany przeze mnie o jego występ trener Arkadiusz Miłoszewski.
We wspomnianym meczu w Warszawie podekscytowanie i nadgorliwość podkoszowego Zastalu rzeczywiście były aż nadto widoczne. Cieszą zatem postępy także i w tym – niezwykle istotnym dla każdego zawodnika – elemencie.
Nie pozostaje nic innego, jak tylko dołączyć się do apelu redakcyjnej koleżanki.
Radości i problemy
Zastal w Gdyni nie tylko wygrał 82:71, ale też uczynił to różnicą większą niż dwa punkty. Dzięki temu ma lepszy bilans w dwumeczu od Arki, co przy dzielącej ich różnicy zaledwie jednej porażki może mieć wielkie znaczenie w tabeli na koniec rundy zasadniczej.
Zespół trenera Miłoszewskiego dokonał tego pomimo braku Andrzeja Mazurczaka, który w drugim kolejnym spotkaniu odpoczywał z powodu problemów z plecami. Zabrakło także chorego Krzysztofa Sulimy, a już w połowie drugiej kwarty swój występ przedwcześnie zakończył Patrick Cartier.
Byli jednak inni.
Chavaughn Lewis to klasa sama w sobie, w fizycznym, pełnym walki meczu dobre 20 minut dał Filip Matczak, a i Sagaba Konate po zmianie stron przydał się do podkoszowych zapasów.
Na które się ewidentnie szykował.
Konate imponował choćby szybkimi rękami przy podwojeniach na obwodzie i między innymi dzięki temu, w swoim czwartym występie w barwach Zastalu, Malijczyk po raz pierwszy zanotował pozytywny wskaźnik „plus/minus”. I to razu najlepszy w zespole – z nim na parkiecie goście w ciągu 19 minut byli lepsi aż o 22 punkty.
Drugi mecz z rzędu na głównego „Robina” u boku Jakuba Szumerta wyrósł jednak Javaughn Maughmer, który w bardzo interesującym pojedynku dwóch pierwszoroczniaków i potencjalnych liderów w ligowej kategorii „cena do jakości” okazał się wyraźnie lepszy od Luke’a Barretta.
Koszykarza Zastalu już kilkukrotnie chwaliłem za progres umiejętności, ale ten z tygodnia na tydzień mnie jednak zaskakuje. Tym razem w drugiej połowie imponował spokojem i dobrym czytaniem gry przy rozwiązywaniu akcji dwójkowych.
To doprawdy niesamowity postęp w ciągu zaledwie kilku miesięcy od poziomu zagubionego zawodnika, od którego wymagano co najwyżej solidności w obronie i trafiania otwartych rzutów.
Na zupełnie przeciwnym biegunie jest za to trener Arki Gdynia Mantas Cesnauskis. Jego zespół przegrał po raz trzeci z rzędu, a zupełnym niewypałem okazuje się transfer Marcusa Weathersa, który z każdym kolejnym spotkaniem wydaje się grać gorzej.
Mina i słowa litewskiego szkoleniowca mówią zresztą wszystko.
Weathers miał zastąpić kontuzjowanego Litwina Einarasa Tubutisa i na razie w dwójnasób zawodzi.
Czemu aż tak? Nie tylko nie daje tego, czego oczekiwał od niego zespół, szczególnie w defensywie i walce na tablicach, ale też bierze się w ataku za akcje, które przekraczają jego kompetencje.
A co dzieje się, gdy w jednej akcji wpadają na siebie gracz w formie (Maughmer) i gracz pod nią (Weathers)?
Jaka szkoda, że ta akcja nie zakończyła się punktami, gdyż byłby to murowany kandydat do ligowego TOP 10.
W Ostrowie bez zmian
Występ Jakuba Szumerta niewątpliwie był wydarzeniem czwartkowych spotkań Orlen Basket Ligi. Muszę jednak przyznać, że całościowo lepiej oglądało mi się wcześniejszy mecz z Ostrowa Wielkopolskiego, w którym Stal pokonała Kinga Szczecin 81:76.
Jeżeli wśród fanów „Stalówki” są najmłodsi, którzy dopiero uczą się liczyć od 1 do 10, wraz z kolejnymi zwycięstwami ich zespołu w Arenie Ostrów , to po kolejnym są już na „siódemce”. Z perspektywami na następne cyfry.
Trener Andrzej Urban ma zatem powody do zadowolenia i jego szeroki uśmiech na konferencji prasowej nie powinien nikogo dziwić. Jego zespół nie tylko wygrał, ale pokazał także dobrą jakościowo koszykówkę z jednocześnie dużym poziomem zaangażowania.
Przed meczem zastanawiałem się, czy klątwa komentatora nie rozszerzy się na klątwę felietonisty i świeżo po artykule przedstawiającym Quana Jacksona, ligowy król złodziei nie zagra najgorszego meczu w sezonie.
Już po 40 sekundach można było uznać, że takiego ryzyka nie ma.
Przyznam, że złapałem się na powtórzeniu tej akcji kilkukrotnie z myślą – „Co to jest za niesamowity typ!”.
Jackson z Kingiem nie tylko bronił, miał 8 zbiórek, 4 przechwyty i sporo podbić piłki (tzw. deflections) – ach jaka szkoda, że nie ma na to prowadzonych statystyk – ale też rozegrał najlepszy mecz ofensywny w sezonie.
Jego 9 z 13 celnych rzutów z gry i łącznie 23 zdobyte punkty w wielkim stopniu zrekompensowały słabszy dzień liderów strzeleckich Stali – Daniel Laster Jr. i Trenton Gibson wspólnie trafili tylko 4 z 17 prób z gry.
Cały zespół Stali miał zaledwie 2 celne rzuty na 20 zza linii 6.75 metra. A i tak wygrał po raz 10. w sezonie.
Jak to możliwe?
Błędy, straty i nerwy
Gospodarze tradycyjnie potrafili bowiem wykorzystać swoją najsilniejszą stronę – atakowanie pola 3 sekund rywali, skąd zdobyli aż 50 ze swoich 81 punktów.
Szalał tam szczególnie Jackson, który nie trafił wszystkich trzech prób z dystansu, ale bliżej kosza pomylił się tylko raz na 10 rzutów.
King popełnił ten sam błąd, co poprzednie drużyny, które przyjechały do Ostrowa Wielkopolskiego – próbował wygrać grając swoją koszykówkę, ale w konwencjonalnej wojnie „Stalówka” po raz kolejny okazała się mocniejsza.
W poprzedniej kolejce trener Maciej Majcherek z pewnym zaskoczeniem obserwował, gdy w meczu przeciwko Czarnym nowy trener rywali Ivica Skelin wystawił podkoszowego Erala Flynna do krycia Anthony’ego Robertsa i udzielania mocnej pomocy od jego strony.
Czy zatem na pewno złym pomysłem byłaby próba obrony Jacksona w kilku akcjach przez choćby Nemanję Popovicia i zapraszanie go do kolejnych rzutów i być może pudeł z dystansu? Zamiast tego pozwalano ostrowskiemu zawodnikowi na wbieganie w prostej linii po koźle w pobliże obręczy i zdobywanie kolejnych punktów.
Gra szczecińskiego zespołu wyglądała świetnie w 1. kwarcie, ale w dużej części wyniknęło to z aż 6 celnych rzutów z dystansu. W pozostałych 30 minutach „trójek” wpadło im łącznie tylko siedem i o punkty było znacznie trudniej.
Głównym problemem Kinga okazywały się jednak straty – tych było aż 25 i był to najgorszy w tym elemencie ich mecz w sezonie. Szczecinianie są czwartym najgorszym zespołem w lidze pod względem częstotliwości tracenia piłek i w czwartkowy wieczór było to bardzo widoczne.
Przypomniał mi się niedawny mecz ze Startem Lublin – wygrany co prawda przez Kinga 81:75, w którym Jovan Novak zanotował 13 z 18 asyst zespołu, a pozostali gracze wykonali ledwie 5 końcowych podań i popełnili aż 16 strat. Kombinacja niechlujności w grze i słabego playmakingu jest być może największym ograniczeniem w grze Kinga, który przecież z 13 zwycięstwami oraz 6 porażkami i tak notuje bardzo udany sezon.
W Ostrowie Wielkopolskim nawet do Novaka można było mieć jednak sporo uwag, także za przesadne nerwy i uprawianie koszykarskiego „hazardu”.
Cóż, nie każdy może być Quanem Jacksonem.
Skoro już bezceremonialnie wytykam palcami błędy, to jeszcze skieruję je w stronę Przemysława Żołnierewicza. Reprezentant Polski praktycznie w każdym spotkaniu próbuje nabierać sędziów na odgwizdywanie fauli przy rzucie, nie inaczej było również i w Ostrowie Wlkp.
To nie pierwszy taki przypadek, gdy „Żołnierz” traci na tego typu akcjach i zastanawiam się, czy długoterminowo są one na pewno korzystne dla niego i szczecińskiego zespołu.
A ligowy król złodziei z Ostrowa Wielkopolskiego po raz kolejny w tej sytuacji wykazał się świetnym sprytem i zdolnością przewidywania akcji rywali.