– Wake up! (Obudźcie się!) – odpowiedział Marco Legovich, gdy trenera Dzików Warszawa zapytałem po niedzielnym meczu z Zastalem o to, co powiedział swoim zawodnikom podczas przerwy na żądanie, którą przy stanie 2:11 wziął po trzech i pół minutach gry.
Efekt pobudki był natychmiastowy. Jej symbolem może być choćby akcja Dontay Caruthersa, który najpierw wykorzystał błąd techniczny Conleya Garrisona, a następnie mniejszą determinację gracza Zastalu w walce o piłkę. Rozgrywający Dzików z poświęceniem rzucił się po nią na parkiet i zanotował jeden ze swoich czterech przechwytów w całym meczu.
Cały warszawski zespół zanotował ich aż 10, a łączne 18 strat zielonogórskiej drużyny zamienił w niedzielnym pojedynku na 26 punktów. Dużo.
Dziki wyszły – czy też raczej, wybiegły – na prowadzenie jeszcze przed końcem pierwszej kwarty i nie oddały go już do końca meczu, ostatecznie wygranego 98:86. Dzięki temu – kosztem Anwilu Włocławek – pojadą na lutowy finał Pucharu Polski. W Sosnowcu zobaczymy również pokonany przez nich Zastal.
Gdzie mógł szukać inspiracji włoski szkoleniowiec w budzeniu potencjalnie niewierzących w zwycięstwo swoich koszykarzy?
Nie mam wątpliwości.
Plan niczym domek z kart
Idąc na niedzielne spotkanie miałem w głowie cały ułożony scenariusz: Dziki będą walczyć, tak jak czyniły to we Włocławku i Salonikach, będą miały swoje szanse nawet jeszcze w 4. kwarcie, by ostatecznie zaliczyć trzecią porażkę w ciągu 8 dni.
Miał mi on stworzyć okazję do zapytania się trenera Legovicha, czy w tych przegranych był jakiś wspólny mianownik, czytaj – problem w grze jego zespołu, który wymaga natychmiastowego wyeliminowania.
Plan jednak runął niczym domek z kart.
Chociaż Zastal przyjechał do Warszawy po wygraniu 5 z 6 ostatnich spotkań, to poza pierwszymi 3 i pół minutami w niedzielę po prostu wyraźnie ustępował Dzikom. Zarówno pod względem fizyczności, jak i egzekucji pomysłów taktycznych. Na czele ze skutecznością.
Gospodarze przede wszystkim byli bardzo dobrze przygotowani na agresywną obronę Zastalu przeciwko akcjom dwójkowym. Ruch piłki – tzw. swing – był w ich wykonaniu naprawdę znakomity.
Dziki trafiły łącznie 14 rzutów zza linii 6.75 metra, a potrzebowały do tego 32 prób – co oznacza 43% skuteczności. Bardzo zacny wynik.
Najwięcej „trójek” zaaplikował gościom Tahrik Chavez – aż pięć. Pełniący w zespole gospodarzy rolę tzw. mikrofalowej strzelby z ławki rezerwowych Amerykanin zdobył łącznie 19 punktów i wyrównał tym samym swój najlepszy wynik na parkietach Orlen Basket Ligi.
Chavez trafiał nie tylko po zespołowych akcjach, ale także bezwzględnie wykorzystywał błędy w obronie gości. W trzeciej kwarcie dwoma kolejnymi „trójkami” w praktycznie identycznych sytuacjach zmusił do wzięcia przerwy na żądanie trenera Arkadiusza Miłoszewskiego.
Niektórzy z was mogą się pewnie zastanawiać, czemu nic jeszcze nie napisałem o Landriusie Hortonie. Najlepszy strzelec Orlen Basket Ligi i bohater naszego przedmeczowego wywiadu, tym razem ewidentnie usunął się w cień.
Amerykanin był dobrze pilnowany przez Jayvona Maughmera i Chavaughna Lewisa, w wyniku czego dopiero po raz drugi w sezonie nie trafił żadnej „trójki”. Horton zdobył ostatecznie 9 punktów. Po raz pierwszy w bieżących rozgrywkach nie przekroczył granicy 10 „oczek”.
Na pewno na plus można zapisać mu akceptację mniejszej roli i nie forsowanie gry. W ciągu 26 minut oddał tylko 6 rzutów z gry i popełnił zaledwie 1 stratę.
Efekt? Sześciu innych graczy Dzików zakończyło spotkanie z dwucyfrowym dorobkiem punktowym. Jednym z nich był Bennett Vander Plas, skuteczny zarówno na dystansie, jak i efektownie wykańczający kontrataki.
Wzloty i upadki Szumerta
Urodzony w Warszawie Jakub Szumert po raz pierwszy w swojej karierze miał okazję zagrać w rodzinnym mieście w roli – nie bójmy się tego słowa – gwiazdy Orlen Basket Ligi.
Zaczął rewelacyjnie. Jego kombinacja warunków fizycznych, panowania nad piłką i umiejętności wykańczania akcji robiła z bliska jeszcze większe wrażenie niż z perspektywy ekranu telewizji.
Na tym jednak popisy 20-latka się skończyły. Po powrocie w drugiej kwarcie na parkiet nie złapał już równie dobrego rytmu, a w trzeciej – w ciągu niecałych trzech minut – popełnił aż cztery przewinienia.
Agresywna postawa Dzików także jemu sprawiała duże problemy, a młodzieńcza nadgorliwość bywa bardzo kosztowna.
Szumert pojawił się jeszcze w grze w decydującej odsłonie, ale wtedy także nie zachował zimnej krwi – po przegranej z Odym Oguamą w walce o zbiórkę, zamiast trzymać pionowo ręce, albo po prostu odpuścić tę akcję, niepotrzebnie próbował wyjąć piłkę rywalowi.
Faul był ewidentny, choć chwilę potrwało zanim rozemocjonowany Szumert się z nim pogodził.
Problemy z przewinieniami wśród wysokich graczy były zresztą stałym motywem w zespole Zastalu. Z 4 przewinieniami kończyli spotkanie wszyscy pozostali podkoszowi: Phil Fayne, Krzysztof Sulima i Patrick Cartier.
Tylko ostatni z nich może swój występ ocenić jako udany. Amerykanin zdobył 16 punktów, w tym trzykrotnie trafił zza linii 6.75 metra. Cartier kontynuował tym samym dobrą formę strzelecką z porannego treningu rzutowego, gdyż to on właśnie wygrał na jego zakończenie konkurs rzutów z połowy.
O „rzutówce” piszę nieprzypadkowo. Obserwowałem ją na własne oczy dzięki zaproszeniu trenera Arkadiusza Miłoszewskiego, a w jej trakcie oczy bardzo często szukały Sagaby Konate. Malijczyk był w Warszawie ze swoim nowym zespołem, mecz z Dzikami obserwował z ławki rezerwowych, ale normalnie uczestniczy w treningach. Z tego co można usłyszeć – wygląda na nich przyzwoicie, chociaż zapewne też nieprzypadkowo ma więcej zleconego biegania od kolegów z zespołu.
Jego fizyczność na pewno robi wrażenie. Gdy widziałem go stojącego obok Krzysztofa Sulimy, to „Żubr” wcale już nie wydawał się taki szeroki. Niewykluczone, że akurat Konate przestrzelone layupy Zastalu zamieni na efektowne wsady.
Nowy nabytek Zastalu przyzwoicie także prezentował się w drillach rzutowych na dystansie. Nie było to zaskoczeniem, gdyż w opisach scoutingowych z Turcji przewijała się informacja, że może grać jako „Stretch 5”.
Tak na szybko, to jego możliwości w tym elemencie porównałbym może do Erala Penna z Czarnych Słupsk?
Kiedy Konate zadebiutuje w zespole Zastalu? Na to pytanie w tym momencie odpowiedź pozostaje nieznana. Sprawę determinują finanse i konieczność wpłacenia do skarbonki Orlen Basket Ligi 100 tysięcy złotych za możliwość gry szóstym obcokrajowcem.
Przy narastającym koszykarskim boomie w Zielonej Górze i zbliżającej się umowie sponsorskiej z Orlenem, spodziewam się, że nastąpi to wcześniej niż później.
Samotny Mohikanin z Meksyku
Agresywna i dobrze egzekwowana obrona Dzików wytrąciła w niedzielne popołudnie większość atutów zielonogórskiej drużynie. Bezbarwny występ zanotował choćby Andrzej Mazurczak, autor 5 punktów i 3 asyst.
Dwukrotnie nawet Chavaughn Lewis dał się zaskoczyć Dontayowi Caruthersowi, który oprócz 4 przechwytów, zanotował również 2 bloki – oba na liderze strzelców Zastalu.
Liczba akcji, w których da się w jednym meczu przechytrzyć 32-letniego Amerykanina jest jednak ograniczona. Lewis ma na tyle mocną kombinację doświadczenia i szerokiego wachlarza umiejętności, ze bardzo szybko i skutecznie reaguje na poczynania defensywy rywali.
Ostatecznie w Warszawie trafił 8 z 14 rzutów z gry, 7 z 10 wolnych i zakończył spotkanie z dorobkiem 26 punktów.
Jeżeli tak dobrze mają wypadać zawodnicy po koszykarskich wakacjach w Meksyku, to w przyszłym sezonie można się spodziewać zwiększenia częstotliwości lotów graczy z tamtejszych rozgyrywek do Orlen Basket Ligi.