Kibice, którzy w piątek odwiedzili Arenę Sosnowiec obejrzeli dwa skrajnie różne mecze, były jak ogień i woda. Pierwszy – gdyby nie świetna podstawa świetnie zorganizowanej i głośnej grupy kibiców ze Szczecina – mógłby uśpić każdego. Trefl, uchodzący za najlepszy zespół PLK ostatnich kilku tygodni, przyjechał nie tylko bez grupy zorganizowanych fanów, ale chyba także bez większej woli walki o zwycięstwo.
Nick Johnson, w którym można było upatrywać jednego z kandydatów do tytułu MVP sosnowieckiego turnieju opuścił parkiet już po 5 minutach gry. Wyglądało to tak, jakby wraz z jego urazem koszykarzy z Sopotu opuściły nadzieje na możliwość podjęcia rzuconej przez King rękawicy. Już po pierwszej kwarcie napędzani przez mocno zmobilizowanego Isaiaha Whiteheada (21 punktów, 5/10 za 3) szczecinianie mieli 10 punktów przewagi. Schodząc na przerwę prowadzili aż 52:30. W drugiej połowie doszło już do kompletnego nokautu – przewaga Kinga zbliżała się w pewnym momencie do 30 punktów (81:53).
Można było się zacząć zastanawiać na tym czy więcej emocji przyniesie drugi z ćwierćfinałów. Na szczęście Święta Wojna PLK nie zawiodła!
Długo, a nawet bardzo-bardzo długo wydawało się, że przyniesie niespodziankę. Mający swoje niemałe problemy w tym sezonie Śląsk od samego początku dominował. Kilka minut przed przerwą prowadził nawet różnicą 14 punktów (45:31). Anwil większość z strat szybko zniwelował, ale po zmianie stron WKS nie dawał za wygraną.
Marcel Ponitka już po raz kolejny w ostatnim czasie zaskakująco często trafiał rzuty za 3 (5/7, 18 punktów), a ponieważ dobrze grali także Ajdin Penava (15 punktów i 8 zbiórek) oraz Jeremy Senglin (19 punktów, 8/134 z gry) wrocławianie bardzo długo utrzymywali się na prowadzeniu. Jeszcze 1.5 minuty przed końcem po trafieniu za 3 Justina Robinsona (8 punktów, 10 asyst) Śląsk miał aż 6 punktów przewagi (83:77). Zdołał ją roztrwonić!
W ciągu kolejnych nieco ponad 6 minut Anwil przypomniał wszystkim jak dużym potencjałem ofensywnym dysponuje. Świetnie w całym meczu grał Justin Turner (25 punktów, 7/19 z gry), który zaliczył też ważną asystę przy punktach zdobytych przez Nicka Ongendę (9 punktów oraz po 5 zbiórek i bloków) na wagę dogrywki.
W doliczonym czasie gry rozpędzony Anwil nie dał się już zatrzymać. Ważne punkty zdobywali kolejno Kamil Łączyński, Michał Michalak i Ryan Taylor. Śląsk mimo kolejnych trafień Ponitki z dystansu nie był już w stanie dotrzymać włocławianom kroku.
W sobotę Anwil o godzinie 19 zagra w półfinale z Kingiem, który walczy o historyczny, pierwszy w historii klubu awans do finału Pucharu Polski. Włocławianie po raz ostatni sięgnęli po to trofeum w 2020 roku w Warszawie.
W pierwszym półfinale o godz. 15 dojdzie do innego ciekawego starcia, w którym PGE Start będzie się chciał zrewanżować Górnikowi za dwie porażki w trakcie trwającego sezonu ligowego. W przerwie między meczami kibice zgromadzeni w hali w Sosnowcu będą mogli oglądać konkursy wsadów i rzutów za 3.