Strona główna » Kresimir Ljubicic: Noclegi u Tabaka, sobowtór Zyskowskiego, dar Łączyńskiego i „efekt Bestii”

Kresimir Ljubicic: Noclegi u Tabaka, sobowtór Zyskowskiego, dar Łączyńskiego i „efekt Bestii”

0 komentarzy
– Mam świadomość, że nie biegam jak szalony, nie fruwam nad koszami, nie odpalam trójek, ale i tak uważam, że Arka z tym naszym podkoszowym graniem też jest na swój sposób „fun to watch” – mówi w rozmowie z Aleksandrą Samborską Kresimir Ljubicic, jeden z cichych bohaterów całkiem głośnego sezonu w wykonaniu klubu z Gdyni.

Aleksandra Samborska: Zaległy mecz Arki ze Śląskiem był twoim kolejnym dobrym występem w PLK. Zdobyłeś 12 punktów, zebrałeś 8 piłek i pokonaliście Wrocławian aż 101:87. Jesteś pełnoetatowym starterem jednej z najlepszych drużyn naszej ligi, masz świetne i stabilne statystyki. Skąd u ciebie taka konsekwencja w pierwszym sezonie poza granicami swojego kraju spędzanym w zagranicznej ekstraklasie?

Kresimir Ljubicic: Jeżeli chodzi o mnie w Arce, to przede wszystkim efekt tego, jak dobrze nasza drużyna została zbudowana. Jesteśmy doświadczoną ekipą, a mając takich graczy dookoła siebie zawsze łatwiej o regularność i dobre występy. W Arce wszyscy mamy swoje zadania do wykonania.

Moja rola? Dobrze odegrana, zwykle kończy się łatwymi punktami.

Duża w tym zasługa trenera Mantasa Cesnauskisa, który dodaje pewności siebie i wierzy w swoich zawodników. Nie boimy się popełniać błędów, bo są one elementem gry, a trener stoi obok, jest zawsze za nami. Cierpliwie tłumaczy, poprawia. Dzięki temu gra się nam po prostu łatwiej.

Masz 27 lat, ale styl gry środkowego o dziesięć lat starszego. Co sobie myślisz, kiedy słyszysz słowo „old school” w swoim kontekście?

Łatka gracza „old schoolowego” ciągnie się za mną odkąd pamiętam. W Chorwacji też mówią, że jestem centrem starej daty. Dla mnie to komplement. Tak zwana stara koszykówka to styl gry, który według mnie powinien być cały czas grany! Taki basket przychodzi mi naturalnie, a rywalom często ciężko jest znaleźć na mnie odpowiedź. Na co dzień rzadko trenują z takimi zawodnikami jak ja, więc przekuwam to w swoją przewagą!

Mam świadomość, że oglądanie mnie w akcji nie jest szalenie ekscytujące. Nie biegam jak szalony, nie fruwam nad koszami, nie odpalam trójek. Nie odnajdywałbym się w takiej grze. Mój styl odpowiada temu, jak widzę i jak rozumiem koszykówkę. Dla mnie ważniejsze są na przykład zasłony i to jak ruszam się bez piłki. Może większość topowych drużyn z tego sezonu PLK pod koszami faktycznie wygląda trochę inaczej, ale uważam, że my z tym naszym podkoszowym graniem również jesteśmy na swój sposób fun to watch.

Bardzo doceniam fakt, że trenerzy Arki postawili na takiego zawodnika jak ja, więc staram się im odpłacać za decyzję z minionego lata. Głównie skutecznością.

Po raz pierwszy zagraniczny klub postawił na ciebie w 2021 – francuski. Wówczas jednak sezonu w drugoligowym jeszcze Saint-Quentin, w którego barwach oglądaliśmy później naszego rodaka Dominika Olejniczaka, nie dokończyłeś. Dlaczego?

To był sezon rozgrywany w trakcie pandemii i ciężko było mi się zaadaptować do życia w innym kraju. Te ograniczenia mocno wpływały również na to, jak prezentowałem się na parkiecie. To był mój pierwszy zawodowy wyjazd za granicę. Spotkałem pozamykane restauracje i bary, nie znałem języka…

Z perspektywy czasu ówczesną decyzję o wyjeździe oceniam jednak bardzo dobrze. Sam klub był świetnie zorganizowany, do trener doskonale wiedział co robi. Nic dziwnego, że dziś osiąga z Saint-Quentin bardzo dobre wyniki. Ja jednak wtedy po prostu musiałem wrócić do Chorwacji. Mimo, że indywidualnie, koszykarsko uczyłem się naprawdę sporo i mogłem tam zostać, to czułem, że powrót do Cibony, mojego klubu, będzie najrozsądniejszy.

A waszego Olejniczaka pamiętam doskonale. Zresztą oglądałem go niedawno w Gdyni podczas meczu eliminacji do MŚ z Łotwą. We Francji też rywalizowaliśmy przeciwko sobie w meczu pucharowym. On grał wtedy w Dunkierce. Przegraliśmy po dogrywce, czy nawet dwóch. Doskonale wiem, jak dużej klasy to środkowy!

Koszykówka we Francji to niebywale atletyczni gracze, mnóstwo indywidualnych talentów i styl gry raczej odbiegający od tego, który sam preferujesz. A jak to wygląda w twoim domu? Czy topowe drużyny PLK miałyby szanse na osiąganie dobrych wyników w Lidze Adriatyckiej?

Jak wspominałaś, ja we Francji grałem na zapleczu ekstraklasy. Od tamtejszego drugiego poziomu rozgrywkowego PLK jest zdecydowanie lepsza. Przede wszystkim pod względem taktycznym.

Z Ligą Adriatycką jest tak, że ona co do zasady nie wymusza od wszystkich aż takiej rywalizacji. Partizan z Crveną Zvezdą zdecydowanie odbiegają poziomem od całej reszty. My przez ostatnie 6 lat rywalizacji w lidze ABA walczyliśmy o to, by nie spaść. Od kilku lat gra się w ABA playoff. Dwie drużyny są poza zasięgiem, eurocupowe Cedevita Olimpija i Buducnost są w czubie, a ostatnio dołączył do tego grona rumuński Cluj. Reszta rywalizuje o pozostałe miejsca w ósemce.

Myślę, że gdyby polskie drużyny miały grać na Bałkanach, to najlepszych dziesięć ekip PLK walczyłoby właśnie o tą miejsce w tej drugiej czwórce, miejsca 5.-8. Tylko ta europejska topka odbiega fizycznością i koszykarskim zaawansowaniem. Na pewno do ligi ABA trafiają zawodnicy o ciut innych profilach, inny jest też styl trenowania. I ja w takim stylu koszykarsko się ukształtowałem. Basket od zawsze kojarzy mi się z poważną grą, z oczekiwaniami, z presją. Jeśli głos trenera po popełnionym błędzie nie zostanie podniesiony, to niespodzianka. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że jeśli ktoś nie miałby styczności z takim prowadzeniem zespołu i trafił na Bałkany do trenera z naszej starej szkoły w wieku 28-29 lat, współpraca mogłaby okazać się trudna. 

Z takiego właśnie twardego stylu prowadzenia zespołu słynął przez lata w PLK twój rodak – Żan Tabak. Mieliście okazję się poznać?

Tak, choć nie w sytuacji zawodnik-trener. Kiedy miałem 14 lat, byłem na turnieju w Madrycie. To był wyjazd w ramach takiej jakby wymiany, gdzie zamiast w hotelach nocowało się u lokalesów. A że domem Żana od lat jest właśnie Madryt to przed tydzień byłem gościem rodziny Tabaków. Wiem, że z Treflem wykonał dużo dobrej pracy, natomiast nigdy dotychczas nie przecięliśmy się zawodowo.

O Żanie w Chorwacji się pamięta?

On na pewno jest jedną z legend Jugoplastiki, klubu, który dziś nazywa się Split i którego barwy miałem okazję reprezentować. W tej hierarchii legend wszech czasów na pewno wyżej od Tabaka są Toni Kukoc czy Dino Radja, a historia byłego trenera Trefla jest mocno kojarzona z jego amerykańskim pierścieniem za mistrzostwo zdobyte z Houston Rockets.

W Chorwacji największy szacunek wzbudzają ci sportowcy, którzy są cały czas na topie, o których jest głośno. To samo tyczy się piłkarzy nożnych, ręcznych, waterpolistów, reprezentantów wszystkich dyscyplin. Jesteśmy małym narodem i mamy duże ciśnienie na wynik. Nie sądzę, żeby to było coś złego. To nas nakręca do pracy, ale bardziej niż sportowców albo dany sport, kibice lubią sukcesy.

Lata temu sukcesy w Trójmieście osiągał Josip Vranković. Z nim znacie się bardzo dobrze, prawda?

Tak. To właśnie Josip przekonywał mnie, że dobrze się tu odnajdę! Mieszkamy w Zagrzebiu na tym samym osiedlu. Wygooglowałem go, wiem, że jest tu legendą. Zwróciłem uwagę na oprawę kibiców Trefla podczas meczu derbowego, widziałem jego nazwisko. Zresztą Adam Hrycaniuk też opowiadał mi, jak świetnie grał tu Josip.

Dziś jest dyrektorem w naszej federacji, a wcześniej był m.in. trenerem naszej reprezentacji. Jestem za młody żeby pamiętać go jako koszykarza, ale mam z nim styczność w okienkach reprezentacyjnych. Byłem dwunastym zawodnikiem w rotacji, kiedy rywalizowaliśmy z Polską o awans na MŚ w Chinach w 2019. Na tamten turniej polecieliście wy, ale za rok do Kataru polecimy wspólnie! Z tamtej polsko-chorwackiej rywalizacji dobrze pamiętam właśnie Hrycaniuka, o którym dziś mogę powiedzieć, że to mój przyjaciel!

Jak duży wpływa ma na ciebie „Bestia”?

Olbrzymi! Naprawdę traktuję go jak mojego przyjaciela, mam nadzieję, że on powiedziałby o mnie to samo. To naprawdę świetny człowiek. No i wielka pomoc. W naszej drużynie ma niepodważalny status, bo to gracz o gigantycznym doświadczeniu i wspaniałej, bogatej, długiej karierze.

Co do wspierania mnie jako środkowego to dużo rozmawiamy. Podpowiada mi bardzo często. Na treningach zawsze daje z siebie 100 proc. i to wyciąga z nas wszystkich dodatkową energię. W meczu ze Śląskiem pokazał, że pomimo wieku wciąż stać go na wielkie występy. W ostatni wtorek kibice mogli się poczuć w naszej hali tak jak 10 lat temu. (śmiech) Adam do pracy podchodzi tak samo, jak do innych aspektów życia i to nas bardzo inspiruje.

Skoro już o weteranach Arki mowa – to nie jedyny tego typu gracz w waszym zespole. Dla old-schoolowego środkowego na pewno ważna jest gra z old-schoolowym rozgrywającym?

Kamil Łączyński to boiskowe przedłużenie myśli trenerskiej Mantasa Cesnauskisa, uwielbiam z nim nie tylko grać, ale także rozmawiać o baskecie. Obaj oglądamy mnóstwo koszykówki. Kamil jest bardzo cierpliwy, to przeciwieństwo samoluba. Jego umiejętność podawania piłki to talent, który otrzymał od Boga. Pomimo wieku też wciąż jest w świetnej formie, bardzo o siebie dba.

No i jest niesamowicie inteligentny. Cierpliwie dochodziliśmy do tego, jak dobrze można mnie wykorzystać na boisku, jak można spowodować, by moja gra stawała się płynniejsza. Dzięki temu mam teraz z boiskowej współpracy z Kamilem mnóstwo radości. Pick’n’rolle z nim to czysta przyjemność. Cieszę się, że na tym etapie kariery doświadczam gry z taką jedynką. Dla koszykarzy i trenerów taki zawodnik w zespole to prawdziwy skarb. 

A grałeś kiedyś z ponad dwumetrowym zawodnikiem, który tak szybko składa się do tak nietypowego rzutu?

Jak Jarosław Zyskowski? I tu cię zaskoczę – grałem! Jarek ma w Chorwacji swojego sobowtóra! Wszyscy, którzy oglądają w Chorwacji mecze Arki się śmieją, że to jest Ivan Novacic, z którym grałem w domu przez trzy lata. 

Jak tylko zacząłem trenować w Gdyni od razu zadzwoniłem do Ivana i mówię mu: tu jest facet, który na boisku wygląda jak ty, rusza się jak ty i rzuca jak ty! Jedyna – istotne! – różnica jest taka, że Jarek ma dużo bogatszą karierę. Świetnie się na to patrzy, jak odpala swoje serie rzutowe. I te jego szybkie floatery… Fajnie też obserwować, jak się skutecznie przepycha z zawodnikami, którzy skaczą dwa razy wyżej od niego. Uwielbiam zawodników, którzy dominują właśnie na boisku dzięki swojej głowie!

To chyba dobrze ci w tej Gdyni, prawda?

Bardzo dobrze! Od dnia w którym wylądowałem w Trójmieście widzę, jak świetnie zorganizowany jest klub. Jak wszyscy się starają, żeby nam – zawodnikom – grało się tu jak najlepiej. Martyna, Mateusz, prezes Bartek, drugi Bartek, Dominik, Hubert, no i oczywiście trener Mantas, pozostali trenerzy… Nie chciałbym nikogo pominąć, ale naprawdę wszyscy dają z siebie maksa.

Atmosfera jaką tworzą ułatwia nam wykonywanie naszej pracy. Mamy w Gdyni po prostu bardzo dobrą, koszykarską aurę! Jeśli trzeba z czymś pomóc czy coś rozwiązać – momentalnie to otrzymujemy. Żeby osiągać sukcesy, sztab i zawodnicy muszą mieć komfort pracy. My go mamy.

Czujesz, że w pracy z trenerem Mantasem Cesnauskisem robisz także indywidualne postępy?

Myślę, że tak. Ważnym było dla mnie, by znaleźć się w systemie, który wyeksponuje mnie jako gracza. Dlatego, kiedy podczas mojego pobytu na zgrupowaniu chorwackiej kadry w sierpniu zadzwonił do mnie trener Cesnauskis i przedstawił, jak planuje mnie wkomponować, słysząc odpowiedzi na pytania „czego ode mnie oczekuje, kim będę grał?” wiedziałem że będzie dobrze.

Sądzę, że ludzie, którzy mnie oglądają widzą, że idę z tą moją grą do przodu. Zawsze miałem niezłą technikę, ale dopiero od niedawna rzucam z półdystansu. Mantas daje mi ku temu okazje, zachęca do takich prób.

Sam siebie zaskakuję też ostatnio większą liczbą blokami. To nie jest tak, że wcześniej nie blokowałem rzutów rywali, ale w ostatnich 6-7 meczach pojawiło się ich jeszcze więcej. Schodzenie z drogi rywalom nie leży w mojej naturze, mam bronić obręczy, tego się ode mnie oczekuje. Jak komuś uda się na mnie wykonać poster? Trudno, szacunek!

Szacunek wielu kibiców PLK zdobyliście po meczu grudniowym meczu z Legią w Gdyni, gdy zagraliście niemal perfekcyjny mecz na niesamowitej skuteczności i pokonaliście mistrza Polski aż 106:73. Od tamtego to Legia wygrała jednak w naszej lidze najwięcej meczów. W niedzielę w Warszawie zagracie z nią po raz kolejny – co będzie najważniejsze?

Konsekwencja w realizacji założeń taktycznych naszego trenera! Mamy teraz naprawdę dobry moment, złapaliśmy dobry wiatr. Z cierpliwością, spokojem i naszą taktyką powinniśmy zbliżyć się do naszego celu – zapewnienia sobie gry w playoff. Na tym etapie sezonu każdy już wie kto jak grają rywale, ale my gramy naprawdę dobrze.

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie