Aleksandra Samborska: 32 mecze w tym 7 w pierwszej piątce. Ponad 20 minut i 10 punktów na mecz. To w największym skrócie twój dorobek z pierwszego profesjonalnego i w pełni zdrowego sezonu za granicą. Określenie „solidny” dobrze by go podsumowało?
Łukasz Kolenda: Tak, i fajnie, że podkreśliłaś słowo „zdrowy”, bo wszystko się do niego sprowadza. Jestem bardzo zadowolony z mojego pobytu w Rostoku. Myślę, że jak na pierwszy wyjazd poradziłem sobie bardzo dobrze. Nie mówię tutaj tylko o tym, jak wypadłem na boisku, lecz całościowo o koszykarskim pobycie za granicą.
Po raz pierwszy byłem w innej szatni niż rodzima, w PLK. Byłem też w niej jedynym Polakiem. Udało mi się wkomponować w grupę ludzi, która miała na mnie dobry wpływ i pozwoliła mi się wkomponować w zespół, zaaklimatyzować w nowych rozgrywkach.
Znamy się 12 lat i wiem, że marzenie o wyjeździe i grze w koszykówkę za granicą nakręcało cię od juniora. Nie ty jeden podjąłeś to ryzyko i zostawiłeś znaną z PLK strefę komfortu, by spróbować swoich sił w innym, lepszym koszykarsko kraju, choć większość twoich starszych kolegów ostatecznie wróciła do Polski. Ty wyjechałeś za dużo mniejsze niż dostałbyś w PLK pieniądze, bo…
Bo chcę i wiem, że mogę być lepszy, a gdzie miałbym dokonać postępów jak nie w lepszej lidze, wśród lepszych graczy? W PLK zadebiutowałem naprawdę szybko – mając 18 czy 19 lat grałem już prawdziwe minuty. W Polsce każdy wiedział, że jest taki tam talent z Ełku, że Łukasz Kolenda i rzuci, i poda. A w Niemczech? To było postawienie się w bardzo niekomfortowej sytuacji, gdy zaczynasz od zera, jesteś kompletnym no-namem. Albo wytrzymasz pracę od początku albo nie.
Zwróć uwagę na to, którzy koszykarze próbują i wyjeżdżają z PLK. Ci którzy są w szerokim składzie reprezentacji, a więc najlepsi. Jeśli chcemy pójść dalej, musimy spróbować sił za granicą. Do PLK zawsze możemy wrócić, to nasza liga, w niej jesteśmy u siebie, docenia się nas i czujemy się komfortowo. Tylko przygoda z zawodowym sportem jest tak naprawdę dość krótka. Mając 40 lat nie chciałbym usiąść na sofie i żałować, że czegoś nie spróbowałem, że w pewnym momencie kariery nie zmieniłem oczekiwań finansowych i nie doświadczyłem więcej koszykówki.
Każdy kieruje swoją karierą według własnych kryteriów i argumentów. Mam kolegów, którzy nie potrzebują wrażeń i nowych sportowych impulsów, najlepiej czują się w naszej lidze. To też jest okej. Ja jednak chcę przesuwać te moje koszykarskie horyzonty, żeby finalnie przekonać się, gdzie jest mój limit.
Jak przebiegał twój pobyt w Rostoku w drużynie prowadzonej przez Przemysława Frasunkiewicza?
Uważam, że byliśmy drużyną na poziomie Top4 FIBA Europe Cup z papierami na walkę o główną wygraną. Mieliśmy otwartą drogę do fazy pucharowej, ale po nowym roku złapaliśmy dołek, w czasie którego przegrywaliśmy i w lidze niemieckiej i m.in. z Treflem w Sopocie. Graliśmy 3 ważne mecze w ciągu 10 dni. Byliśmy wtedy na tygodniowym wyjeździe. Mecz w Polsce był jednym z najcięższych, jeśli nie najcięższym w całym sezonie. To był dla nas okres dużych przeciążeń – i w nogach, i w głowach. Ostatecznie z niego wyszliśmy, ale już nie na dalsze granie w Europie. Tym nie mniej zrobiliśmy historyczny wynik, bo Rostock Seawolves to relatywnie młody klub – do Bundesligi awansował dopiero na sezon 2022/2023.
Z trenerem Frasunkiewiczem po podpisaniu kontraktu nie mieliśmy rozmowy na zasadzie: „słuchaj Łukasz, będziesz backupem wchodzącym na tyle a tyle minut, żeby robić konkretnie to i to”. Wiedziałem, że nie będę podstawową opcją w ataku. Trener był dla mnie bardzo wymagający. Żaden gracz ze składu nie miał tak małego marginesu na błąd jak ja, ale to też pomogło mi stać lepszym koszykarzem. Nawet, jeśli twarda ręka trenera momentami naprawdę bolała.
W kwietniu, po tym jak do drużyny dołączył świetnie znany trenerowi Frasunkiewiczowi z czasów największych sukcesów z Anwilem Phil Greene na kilka tygodni nawet straciłeś miejsce w rotacji. Kolejne mecze spędzałeś przyspawany do końca ławki rezerwowych. Jak wspominasz ten moment?
Jako ten, w którym nauczyłem się być może najwięcej. To był okres, gdy nabawiłem się drobnego urazu barku, co wpłynęło na pewność siebie, a za tym też na mój performance. Z tego też powodu nie pojechałem na okienko kadrowe. Sportowo nie dojeżdżałem i trener podjął decyzję o ograniczeniu moich minut na rzecz solidniejszych graczy. To była jedna z ważnych lekcji tego sezonu. Musiałem się najpierw pogodzić z tym, w jakim momencie się znalazłem, a następnie zakasać rękawy i walczyć o swoje. Po kilku tygodniach wróciłem do gry.
Trener od samego początku stawiał mnie w sytuacjach, w których nigdy wcześniej nie byłem. Miałem robić rzeczy, których nikt wcześniej ode mnie nie wymagał i których nie byłem nauczony na tyle, by przychodziły mi naturalnie.
Przykład?
Nagle zacząłem atakować kosz, walczyć o zbiórki, co nigdy nie było moją typową, instynktowną reakcją. Nigdy wcześniej nikt nie zwrócił uwagi na to, że z moją dynamiką – po tym, jak już zbiorę piłkę – będę mógł zdziałać naprawdę wiele. Że dorzucając swoje trzy grosze na tablicy bronionej, ale i atakowanej, będę mógł zrobić ze swoich warunków dodatkowy pożytek.
Ogólnie dzięki współpracy z trenerem Frasunkiewiczem mam za sobą najbardziej wartościowy koszykarsko sezon w karierze.
Czyli co, Kolendziak-shooter odchodzi do lamusa?
Nie, po prostu mam korzystać z dobrych jak na swoją pozycję warunków fizycznych. Trener postawił mnie nie w roli „idź i rzucaj, bo to lubisz najbardziej” tylko „używaj tego, co dały ci geny, przepychaj się po piłki i kryj najlepszych zawodników rywali”. Robienie wszystkich rzeczy, których nie widać w statystykach spowodowało, że po tym sezonie jestem zdecydowanie wszechstronniejszym zawodnikiem.
W FIBA EuroCup zagrałeś chyba najlepszy z dotychczasowych występów w Europie. Co wydarzyło się podczas tego starcia w Antwerpii?
Czasami są takie mecze, w których każde dotknięcie piłki zamieniasz na punkty. To niewytłumaczalne, nie czujesz tego przed meczem, ani na rozgrzewce, specjalnie się na to nie zanosi. A tu później nagle „boom” – masz 20 oczek i 100 proc. skuteczności z gry.
Podczas tego meczu w Belgii trafiałem wszystko – rzuty spod kosza, 4 trójki, wolne… Jak wejdziesz tak w mecz i nagle okazuje się, że możesz wszystko, uruchamia się automatyzm odpowiednich decyzji. Każda udana akcja napędza cię po obu stronach boisku. Biega ci się przyjemniej. Mniej się męczysz. No i kosz – robi się coraz większy i większy.
Fajnie być zdrowym, prawda? Po urazach kolana i barku, z którymi zmagałeś się w poprzednich sezonach nie ma już śladu?
Nie ma, wszystko jest w porządku. Z perspektywy czasu wiem, że długie miesiące bez gry wynikały z mojej niewiedzy, a częściowo też ignorancji. Nie no, powiedzmy sobie to szczerze – po prostu byłem głupi. Za wszelką cenę chciałem wrócić do gry możliwie jak najszybciej i robiłem za dużo. Za szybko. Dobór ćwiczeń był nawet dobry, ale kolejność i intensywność ich wykonywania już niekoniecznie. Kombinowałem strasznie, przez co stałem w miejscu, a czasami też się cofałem.
Twój telefon jest wolny, jeśli któryś z kolegów-profesjonalistów zmaga się z urazem i potrzebuje słów wsparcia?
Oczywiście, choć z doświadczenia wiem, że życzliwe i szczere rady wynikające z doświadczenia to w odbiorze gracza kontuzjowanego często tylko takie gadanie, które niewiele zmienia. Mierząc się z bólem i frustracją nie myślisz spokojnie. Często w przeszłości słyszałem, co i jak powinienem, a w głowie słuchając tych rad miałem myśl „ty nie wiesz jak się czuję, czego tak naprawdę potrzebuję, mówisz, że mam odpuścić, ale jak ja mam odpuścić skoro chcę być zdrowy”?
Walka z kontuzją to to świetna nauka tego, że warto naprawdę nauczyć się odpuszczać.
Porzucenie pogoni za pieniędzmi i za minutami na rzecz rozwoju oraz życia w urokliwym, hanzeatyckim Rostoku nawet się zazębia. Jak się wam z Pauliną mieszkało w Meklemburgii?
Po latach i całym dotychczasowym dorosłym życiu spędzonym odpowiednio w Trójmieście i we Wrocławiu Rostok był jak powrót do Ełku. Dla mnie nie miało to znaczenia. Mogłem grać w mieścinie na 5000 osób albo w metropolii na 5000000 – wyjechałem na misję pt. koszykarski progres Łukasza Kolendy, więc wszystko sprowadzało się do kwestii koszykarskich. O te świetnie dbali trenerzy i klub.
Moja narzeczona (już za chwilę żona – przyp. red.) miała ograniczone pole manewru. Pod naszym blokiem strasznie ciężko było o miejsca parkingowe, a w Rostoku nie ma Ubera lub podobnych aplikacji. Postawiliśmy na gotowanie, regenerację i spokojne spędzanie czasu w domowym zaciszu.
Za wami więc misja „Rostock”, wakacje, a przed wami zaraz ślub. A później? Kadra?
Byliśmy ostatnio u Dziewów w Portugalii. Zgrupowanie kadry rozpoczyna się 22 czerwca. Czekamy na listę graczy powołanych na mecze z Austrią i Holandią. Jak zawsze będę gotowy. Pozostaję w ciągłym treningu. Moja dalsza przynależność klubowa też jest otwarta – Misko (Raznavotic, agent Łukasza Kolendy – przyp. red.) działa, więc spokojnie czekam na informacje.
Zmieścisz w swoim grafiku wizytę na meczu finałowym PLK?
Postaram się. Legia idzie na mistrza. Oglądam ich wszystkie mecze, rozmawiam z Michałem. Ich wielką przewagą jest trener, który dociera do każdego ze swoich graczy. Tam każdy wie, co do niego należy, przez co się już tak ze sobą zgrali, że są nie do zatrzymania. Zastal ma zresztą podobny typ trenera i też tak gra. Tam nikt nie forsuje nic nadzwyczajnego i to idzie. To są dwie ekipy, które pokazywały w drugiej części sezonu najlepszą w Polsce koszykówkę, mają mnóstwo talentu i potwierdzili, że lepszych od nich w PLK nie ma.
My podobną drogę jak Zastal, podczas której wykluł się ten wyjątkowy, boiskowy feeling i przyszło jakieś pełne zespojenie na najważniejsze mecze, przeszliśmy z prowadzonym przez Travisa Trice’a złotym Śląskiem Wrocław w 2022 roku. Sezon zasadniczy skończyliśmy na 5 miejscu, ale na etapie trzeciego meczu z Zieloną Górą, kiedy przegrywaliśmy 0-2, nagle zatrybiliśmy. Tak jak teraz Zastal Express – nie mogliśmy przestać wygrywać. Czasami jeden zryw daje drużynie takiego kopa, że mogą zaskoczyć wszystkich. Tak jak my wtedy ten wygrany ćwierćfinał po pierwszych dwóch porażkach tak oni po dwóch zwycięstwach w play-in – też poczuli, że mogą w tym sezonie wszystko.
Legia nie musiała nikogo zaskakiwać – potwierdziła, że jest najmocniejsza. Wiem, jak ciężko trenowali jej zawodnicy i dlatego bardzo jej kibicuję, by zrobili ten „back to back”.
Gdyby ten mały Łukasz Kolenda, z którego chciano zrobić rozgrywającego jakim on się nigdy nie czuł, miał wziąć jedną rzecz od Andrzeja Pluty i jedną od Andrzeja Mazurczaka to co by to było?
Od nich obu wziąłbym to samo. Coś, czego mi jako całkowicie innemu typowi gracza brakuje. Opanowanie, kontrolę sytuacji na boisku, spokój w grze z piłką w ręku. Myślę, że tak też będą prowadzić swoje drużyny w tej serii i to właśnie – nieco paradoksalnie – ich spokój przyniesie prawdziwe, finałowe szaleństwo.
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie