Polacy od pierwszych minut czwartkowego meczu w Walencji robili to, co powinno – starali się być w tym meczu agresorem, atakowali fizycznie rywali przy każdej nadarzającej się w ataku, szukając kontaktu z obrońcami. Biało-czerwoni tylko w samych pierwszych 11 minutach gry wymusili na rywalach 11 przewinień, które z czasem zaczęli zamieniać na punkty. Że nieszczególnie skwapliwie – tylko 14/21 z linii do przerwy – to już kompletnie inna sprawa.
Zespół Igora Milicicia momentami naprawdę dobrze bronił i do przerwy, choć pozbawieni w Walencji swojego lidera Lauriego Markkanena rywale trafili kilka naprawdę trudnych rzutów, przewaga Biało-Czerwonych wynosiła 9 punktów (47:38).
Świetnie grał tercet AJ Slaughter (11 punktów), Mateusz Ponitka (9 pkt) i Jeremy Sochan (10), a presję na rywalach wywierali też inni gracze, szczególnie Michał „Robocop” Sokołowski. Tak naprawdę można było odnieść wrażenie, że przewaga Polaków była większa niż tablica wyników by to sugerowała.
Chwilę po przerwie po kolejnych punktach zdobytych przez Sochana przewaga Polaków urosła nawet do 15 punktów (59:44). Polacy wciąż starali się fizycznie tłamsić rywala. Swoją niemoc w tym turnieju, trafiając rzut za 3, przełamał nawet Andrzej Mazurczak. Rywale kilka razy zmniejszali przewagę do rozmiaru jednocyfrowej. Gdy tracili tylko 8-9 punktów, zaczynała się także wyraźnie rysować przewaga fińskich kibiców na trybunach hali w Walencji. Nasi koszykarze bardzo długo znajdywali jednak sposób, by pomóc pozostającym w mniejszości fanom koszykówki znad Wisły odzyskiwać dominację.
By ją jeszcze bardziej zaznaczyć, trener Milicić posłał do boju także Przemysława Żołnierewicza i – po raz pierwszy w tym turnieju – Jarosława Zyskowskiego. Atak Polaków funkcjonował naprawdę świetnie. Na początku czwartej kwarty mogli się pochwalić 60-procentową skutecznością rzutów z gry (21/35) i jeszcze nieco lepszą w rzutach z dystansu (11/18).
Co się stało później? Trudno wytłumaczyć. Nasz atak zatrzymał się niczym auto, któremu zaciera się silnik. Ofensywę zdominowały go na dłuższą chwilę indywidualne akcje – często należały do liderów, Ponitki, czy Sokołowskiego, ale coraz rzadziej przynosiły punkty. Z każdą minutę coraz trudniej było odzyskać rytm. Nastąpił szturm rywali. Po dwóch trójkach Aleksandra Madsena nagle zrobiło się tylko 80:78. Sytuację nieco uspokoił jeszcze rzutem z dystansu Sokołowski, lecz niespełna trzy minuty przed końcem nasza przewaga stopniała już tylko do punktu (83:82).
Niestety, w dramatycznej, chaotycznej końcówce minimalnie lepsi (89:88) okazali się Finowie. Rzut, który mógł odwrócić jeszcze losy meczu spudłował najskuteczniejszy tego dnia w zespole Slaughter (21 punktów, 7/11 z gry). Po końcowej syrenie Milicić miał ogromne pretensje do sędziów, zapewne argumentując, że Ponitka był faulowany przy próbie dobitki po ofensywnej zbiórce.
Sochan zakończył mecz z dorobkiem 20 punktów, 8 zbiórek oraz po 3 asyst i przechwytów. Niestety, na kolejny mecz o stawkę reprezentacji Polski będziemy musieli czekać bardzo długo. Ponad rok . Po raz kolejny zagramy dopiero inaugurując w Katowicach EuroBasket 2025.
Slaughter miał świadomość tego, że w tym turnieju może już dla Polski nie zagrać. PZKosz. będzie zapewne poszukiwał jego następcy, namawiając wciąż na grę w kadrze także Brandina Podziemskiego.