poniedziałek, 22 czerwca 2026
Strona główna » Z Mielna do Houston, czyli piękne konsekwencje odłożone w czasie!

Z Mielna do Houston, czyli piękne konsekwencje odłożone w czasie!

0 komentarzy
Nie jestem Bogusławem. Jestem Anią, która w 1995 roku wróciła do domu z wakacji z pełnym sercem, w którym jedno z uczuć – to koszykarskie! – trwa do dziś. Wiosną zaprowadziło mnie do Teksasu. Czasami decyzje podejmowane instynktownie, pod wpływem emocji, okazują się najlepsze!

Był styczeń. Środowe przedpołudnie. W pracy zaczęło się zebranie. 

Wiecie, praca… Co tu dużo mówić – jednym okiem spoglądam też na ekran telefonu. Skroluję pocztę. Nagle do mojej skrzynki „wpada” mejl. Nadawca: KierunekNBA. 

Mój wzrok zaczyna się przesuwać się po treści wiadomości. Po chwili prawie zaczynam krzyczeć. 

TEXAS TRIP!

Lato 1995 i tembr Wołoszańskiego

W wiadomości opisana jest wycieczka zaplanowana właśnie dla mnie! To właśnie na nią czekałam od ponad roku, obserwując stronę internetową i kolejne wyprawy KierunkuNBA. Patrzę na przewidywany program wyjazdu: trzy mecze moich ukochanych Rakiet! W tym dwa w hali w Houston! 

Pamiętam, że ledwo wytrzymałam, siedząc do końca zebrania. Chwilę później pobiegłam do swojego biurka. Otworzyłam laptopa i odpisałam krótko: Chcę z Wami jechać!

Jak się później okazało, byłam pierwszą zgłoszoną uczestniczką wyprawy!

Ponieważ każda historia ma swój początek i koniec, cofnę się jeszcze bardziej w czasie. 

Jest lato 1995. Mam naście lat, a wakacje spędzam częściowo w Mielnie. Śpię pod namiotem, pływam w morzu i poznaję nowych ludzi. Wśród nich Michała z Bytomia – wysokiego, wesołego chłopaka. Nosi na głowie czapeczkę z zupełnie nowym dla mnie logotypem. Jak się okazuje koszykarskiego należącym do zespołu Houston Rockets. 

Historia ma miejsce w czasie, gdy wszyscy, gdy już mówią o NBA – a o NBA i ogólnie koszykówce mówi się wówczas w Polsce często – to mówią o Chicago Bulls i o Michaelu Jordanie. MJ właśnie wrócił do basketu po przerwie, w czasie której grał w baseball. 

No to wpadam. Zakochuję się! W M. oraz… w Rakietach, o których wysłuchuję długich opowieści wygłaszanych przez młodego, śląskiego koszykarza. 

Gdybym była Bogusławem Wołoszańskim, podciągnęłabym teraz rękawy skórzanej kurtki i powiedziała niskim głosem: Nikt nie spodziewał się, jak wielkie i odłożone daleko w czasie będą konsekwencje tego spotkania!

Kozłowanie w muzeum

Ale nie jestem Bogusławem. Jestem Anią, która w 1995 roku wyjechała z Mielna z pełnym sercem, w którym jedno z uczuć trwa do dziś. W tym roku obchodziłam okrągłe urodziny, więc już w styczniu 2026 obiecałam sobie, że będę o siebie i swoje potrzeby dbać bardziej niż zwykle. 

Texas Trip stał się elementem dbania o złożoną samej sobie obietnicę . 

Houston Rockets od 1995 jest tą drużyną, która porusza moje fanowskie serce. Śledzę ich mecze. Pomstuję na ciągłe zmiany składu. Przeżywam wzloty i upadki. Zarywam noce. 

Taki już los kibica, prawda?

Co mogę dziś napisać o spowodowanej wizytą w Mielnie w 1995 roku wycieczce do Teksasu, która miała miejsce w marcu 2026? 

Decyzja, by jechać była świetna, choć została podjęta błyskawicznie i w emocjach. Gdzie indziej poznałabym osiemnaście ciekawych osób, z których każda w jakiś sposób jest zakręconą na punkcie kosza?

To był dla mnie lekki szok – okazało się, że niemal każda z nich chyba dosłownie codziennie musi sobie porzucać do kosza. Albo przynajmniej pokozłować trochę piłkę. 

Ale ten wyjazd to było coś więcej. Okazało się, że ci otaczający mnie w marcu koszykarscy „wariaci” równocześnie:

– lubią chodzić do muzeum: byliśmy w Houston na świetnej wystawie Fridy Kahlo! 

– robią genialne zdjęcia – sami możecie zobaczyć kilka z nich, są ilustracją do tego tekstu,

– pięknie śpiewają (mam parę nagrań z busa, drodzy koledzy!),

– mogą się pochwalić też całą paletą nieszablonowych zainteresowań oraz umiejętności (czasem naprawdę zaskakujących).

Dziecko w fabryce czekolady

Zobaczyłam też w marcu kawałeczek Ameryki. Taki, który zaostrza apetyt na więcej. 

W moim przekonaniu nawet tak krótka, ośmiodniowa wizyta w Stanach, pozwala na skonfrontowanie obrazu tego kraju z tym, jaki ma się w głowie po obejrzeniu setki amerykańskich filmów. 

Pleasure Pier w Glaveston Island / Fot. Grzegorz Naciuk

I wiecie co? Ameryka – przynajmniej w tym fragmencie Teksasu, do którego dotarłam – jest rzeczywiście taka, jak w filmach, mając:

– fotele na werandach domów,

– sygnalizatory świetlne bujające się na przewodach nad skrzyżowaniami,

– bilbordy reklamującymi głównie usługi prawników od odszkodowań.

Także podmiejskie hotele (zawsze z basenem!), bary (z nieodłącznym sprawdzaniem dokumentów), restauracje i koszykarskie hale wydawały mi się zaskakująco znajome.

Austin – gry i zabawy / Fot. Grzegorz Naciuk

Dla mnie – oddanej fanki Rockets od czasu tamtego upalnego lipca – wejście do Toyota Center było wydarzeniem niezwykłym. Zobaczenie na własne oczy parkietu, który od lat oglądałam i oglądam dzięki aplikacji na ekranie telefonu/komputera/telewizora nie da się porównać z niczym.

Kibicowanie ulubionej drużynie wśród tłumu innych, podobnie „naznaczonych przez los” fanów? Przyjemność nad przyjemnościami! 

Nie mówiąc już o wejściach na rozgrzewki, które stały się naszym udziałem przed każdym meczem. Chwilami czułam się jak dziecko wpuszczone do fabryki czekolady.

Michał, jeśli to czytasz…

Słynny amerykański uśmiech działa! Ekspedienci, kelnerzy, obsługa hali – częstują nim chętnie, co sprawia, że kontakt z nimi jest łatwizną. Nawet jeśli czasem zapytają o coś zaskakującego. Nawet, jeśli wymówią nazwę sałatki colesław jako kolsloł czy też powiedzą ci, że najbardziej z krótkiej wizyty w Polsce zapamiętali ludzi sprzedających… grzyby przy drodze. 

Gofry w kształcie Teksasu. 

Koncert county w Austin / Fot. Grzegorz Naciuk

Otwarty basen na dachu hotelu w Austin. 

Gra w rzutki w klubie Howdy w San Antonio. 

Ulice Austin nocą / Fot. Grzegorz Naciuk

Kieliszek prosecco w barze na podniebnym piętrze hotelu w Houston. 

Przekraczanie wielkiej autostrady w pobliżu największych butów kowbojskich na świecie, by tylko dojść do księgarni…

Pod halą San Antonio Spurs / Fot. Grzegorz Naciuk

Te obrazy – i wiele, wiele innych – na zawsze zostaną ze mną. A wszystko to, poniekąd, dzięki Tobie Michał! 

Jeśli jakimś cudem czytasz ten tekst, wiedz dobrze, że wybieram się także na którąś z kolejnych wypraw KierunkuNBA. Może dołączysz?

Plaża w Glaveston Island / Fot. Grzegorz Naciuk

Gdybyś też miał/-a ochotę kiedyś wybrać się w koszykarską podróż – zapraszamy serdecznie! Choć sezon NBA dopiero co się zakończył, a terminarz kolejnego poznamy dopiero w okolicach połowy sierpnia – na stronie KierunekNBA.pl ruszyły już wstępne zapisy na wyprawy w trakcie rozgrywek 2026/27.

Listy rezerwacyjne na niektóre z wypraw pęcznieją w lekko zawstydzającym nas tempie – w planach mamy m.in. powrót na objazdową wyprawę do Teksasu, a także podróże do Los Angeles, Nowego Orleanu, Miami, czy na Bahamy i wizytę w mistrzowskim Nowym Jorku.

Szczegóły większości planowanych wyjazdów możesz sprawdzić TUTAJ.

Szukasz dla kogoś bliskiego nieszablonowego prezentu? TA OFERTA może być dla Ciebie!