Strona główna » Vive la Franz! Frasunkiewicz – w 11 meczów od zera do bohatera

Vive la Franz! Frasunkiewicz – w 11 meczów od zera do bohatera

0 komentarzy
To było nie tak dawno temu – bo ile czasu tak naprawdę minęło? Sześć tygodni? Co to jest sześć tygodni? Dla Przemysława Frasunkiewicza mogły być odmieniającą wszystko wiecznością. On w tym czasie w oczach części kibiców Anwilu z pozycji „niech już skończy sezon i w końcu odejdzie” zdołał znienacka przeskoczyć do miejsca w gronie (trzech?) najbardziej utytułowanych trenerów w historii klubu.

Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>

Wyżej wciąż w tej hierarchii będą na pewno Andrej Urlep i Igor Milicić, bo oni zdobywali z Anwilem mistrzostwa Polski. Ale już Wojciech Krajewski? Eugeniusz Kijewski? Igor Griszczuk? Nie sądzę. To Przemysław Frasunkiewicz jako pierwszy sięgnął po europejski puchar i nagle mógł znaleźć się już na podium najbardziej zasłużonych. Co za nieoczekiwany zwrot akcji. Historia przez wielkie „H”.

Jeszcze w połowie marca „Franz” był absolutnie nigdzie. W PLK Anwil z wynikiem 10-12 wydawał się wówczas już właściwie żegnać z marzeniami o awansie do playoff.

– Nic nie zostało jeszcze stracone. Może się komuś wydawać, że się poddamy, ale na pewno tak nie będzie. Jeżeli zauważymy, że któryś z naszych graczy nie wierzy w awans do playoff – a nie podejrzewam nikogo – to po prostu nie będzie grał. Zadanie nie jest jakieś nieprawdopodobnie ciężkie. W sensie – ciężkie może i jest, ale nie z typu takich nie do wykonania – mówił po porażce 73:85 w Słupsku Frasunkiewicz.

W jego zapewniania naprawdę mało kto już wtedy wierzył. Kibice od początku roku nie kryli się z zastrzeżeniami do pracy trenera. Momentami można było odnieść wrażenie, że w to, iż ten zespół jeszcze się w tym sezonie pozbiera i zacznie przypominać zespół faktyczny nie wierzył nikt. Oprócz Przemysława Frasunkiewicza.

Ba, przecież jeszcze kilka dni po tamtej klęsce w Słupsku, schodząc na przerwę kolejnego meczu ligowego – z Twardymi Piernikami we Włocławku – jego podopiecznych i samego trenera Anwilu żegnała dość złowroga, bo takie są standardy Hali Mistrzów, cisza. We włocławskiej etykiecie kibicowskiej bywa odpowiednikiem przeraźliwych gwizdów stosowanych w tego typu sytuacjach w wielu innych halach lub buczenia, znanego fanom NBA. Anwil po 20 minutach przegrywał tamtego dnia z ligowym outsiderem 42:47.

Ostatecznie wygrał 86:79 i.. się zaczęło. Raz, dwa, trzy… Kolejne zwycięstwa zaczęły się sypać niczym z rękawa. Po wczorajszym licznik zatrzymał się na jedenastu – sześciu ligowych i pięciu w FIBA Europe Cup. Niesamowita seria.

Przemysław Frasunkiewicz ponosił winę za kilka decyzji, które nie pozwalały Anwilowi grać na miarę oczekiwań i zbudowanego budżetu w pierwszej części sezonu – o czym pisaliśmy nie raz, ani nie dwa. Obecnie ten sam Przemysław Frasunkiewicz może jednak spojrzeć na swoich krytyków z góry i z satysfakcją się pod wąsem uśmiechnąć.

Sprowadzenie Malika Williamsa i Victora Sandersa w środku sezonu, tak forsowane przez trenera, odmieniło ten zespół. Włocławianie bez tego duetu nie mieliby wczoraj w starciu z Cholet najmniejszych szans. To ten najnowszy zaciąg był „odpowiedzialny” za 36 punktów, 12 zbiórek, 5 asyst i 3 przechwyty.

Sanders robi na boisku rzeczy, których wcześniej nie był w stanie robić Josh Bostic. Można nawet śmiało zakładać, że niektóre – jak zmiany kierunku oraz szybkości kozłowania, czy też ten imponujący stepback – wykonuje zecydowanie lepiej niż trener przed sezonem mógł zakładać. Gdy nawet skrajnie optymistycznie myślał o suficie powracającego do gry po dłuższej przerwie Bostica.

Williams dał drużynie rozmiary, których nie byli w stanie zapewnić ani Josip Sobin, ani Luke Petrasek. A jego wiara w siłę rzutu, także tego trzypunktowego, okazała się wczoraj nieoceniona. Podobnie jak wiara trenera w tego wyciągniętego praktycznie z koszykarskiego śmietnika środkowego. Po kilku pierwszych, nie powalających na kolana meczach – hej, zaliczył trzy kolejne bez zdobyczy punktowej, jakiejkolwiek! – wielu obserwatorów Williamsa skreślało. Niesłusznie. Amerykanin trafił wczoraj dwie trójki – jedną ważniejszą od drugiej. A Sanders dołożył aż cztery.

Oczywiście, faktem jest, że Frasunkiewicz tymi transferami po prostu wyprowadził z domu kozę, którą sam najpierw albo wciągnął za uszy do salonu, albo przynajmniej nie zagrodził jej drogi. Ale kto by o tym dziś szczególnie mocno pamiętał? Stara, trenerska prawda głosi brutalnie, że jesteś w tym zawodzie tak dobry, jak dobry był twój ostatni mecz.

Taka już profesja, taki jej urok. Nie zapewnia powtarzalności i spokoju pracy urzędnika miejskiego, ale też nie przesadzajmy z kwiecistymi porównaniami do sapera czy ratownika górskiego. Praca trenera gwarantuje przede wszystkim odpowiedni poziom adrenaliny w życiu i możliwość łączenia jej z pasją. Bo tylko koszykarscy wariaci-pasjonaci mogą się decydować na ten zawód mniej lub bardziej skazujący na prowadzenie życie nomada.

Przemysław Frasunkiewicz jest dzisiaj równie dobry, jak 11 ostatnich meczów w wykonaniu Anwilu. Bardzo dobry jest.

Kilka tygodni temu przeprowadziliśmy sondę wśród kibiców Anwilu, zadając im proste pytanie: na czym bardziej by wam zależało, gdybyście mogli wybrać tylko jedną opcję – awansie do playoff czy zdobyciu FIBA Europe Cup?

38 procent wolało playoff PLK, 62 wybrało międzynarodowy sukces. Ponieważ ten stał się faktem, apetyt włocławskich kibiców na pewno wzrósł. Przemysława Frasunkiewicza zapewne też.

To szalenie ambitny człowiek. Nawet, jeśli nie powie tego głośno (albo nawet kompletnie o tym nie myśli) – w przyszłości chciałby co najmniej dogonić Urlepa i Milicicia. Może nawet w tej całkiem niedalekiej? Dajmy na to – w ciągu dwóch miesięcy? Wystarczy mu teraz „tylko” zdobyć w rozpoczynającym się za chwilę playoff mistrzostwo.

Nierealne? Jeszcze sześć tygodni temu pewnie wszyscy, słysząc takie plany Anwilu, by się śmiali do rozpuku. Dzisiaj uśmiecha się głównie Przemysław Frasunkiewicz. On także, podobnie jak cała jego drużyna, wszedł w ostatnich tygodniach na inny poziom mentalny. Widać to było pod koniec trzeciej kwarty wczorajszego meczu, gdy w kluczowym momencie na chwilę uciekł od pomysłu 8-osobowej rotacji i wpuścił na boisko Macieja Bojanowskiego oraz Dawida Słupińskiego. Wspólnie.

W takim momencie.

Takiego meczu.

To właśnie wówczas można było dojść do wniosku, że z trenerem tak pewnym swego i swoich podopiecznych Anwil tego meczu przegrać nie może. A już na pewno nie powinien wypuścić z rąk pucharu.

Kilka miesięcy temu po Włocławku krążyła informacja, że w środku kryzysu w tym sezonie szefowie klubu – by okazać mu w trudnym momencie wsparcie – rozważali przedłużenie wygasającego kontraktu z Przemysławem Frasunkiewiczem. Nawet do 2027 roku. Ostatecznie sprawa przycichła, pewnie głosy niezadowolenia kibiców były słyszalne. Może faktycznie tej decyzji – albo właściwie jej braku – będę jeszcze żałować?

Nieprawdopodobny zwrot akcji! Licząca zaledwie sześć tygodni historia – przez wielkie „H”.

Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>