Strona główna » Sensacja PLK: Słysząc o żonie w ciąży, kluby się wycofywały. Pracowałem w Walmartcie
PLK

Sensacja PLK: Słysząc o żonie w ciąży, kluby się wycofywały. Pracowałem w Walmartcie

0 komentarzy
Latem nie znalazł zatrudnienia w żadnym klubie. Grywał w turniejach typu „tydzień, trzy mecze i szybka kasa” na Dominikanie. Pod koniec 2024 roku wrócił do Trefla Sopot. W dwóch ostatnich meczach – wygranych w EuroCup i PLK – nagle zdobył dla mistrzów Polski 34 punkty. Zaliczając tak znaczący sportowy przełom w wieku 32 lat może stać się jedną z sensacji obecnego sezonu PLK. – Nowy Darious Moten narodził się 7-8 miesięcy temu – zapewnia nas, a w szczerym wywiadzie odsłania blaski i cienie życia amerykańskiego koszykarza zawodowego.

Aleksandra Samborska: Jak bardzo głodny profesjonalnej koszykówki na dobrym, europejskim poziomie byłeś jeszcze pod koniec grudnia?

Darious Moten: Bardzo. Tak bardzo-bardzo za tym tęskniłem, choć gra na Dominikanie to było osobliwe, ciekawe doświadczenie. Na jakimś etapie kariery życzę takiego swoim kolegom-koszykarzom. Mecze tam są bardzo chaotyczne, ale wszystko dookoła tętni życiem i słoneczną energią. Nie można tego jednak porównywać z profesjonalnym graniem w Europie. Tu na taką frywolność, wariactwa po prostu nie ma miejsca. 

Zatem wytłumacz teraz kibicom, którzy nie mogą się nadziwić, patrząc na to, co wyrabiasz w ostatnich meczach Trefla – zagrałeś znakomicie nie tylko przeciwko Wolves w Eurocup, ale i GTK w PLK – jak się na tej Dominikanie w ogóle znalazłeś?

Wczesnym latem zmieniałem agenta. Wybrałem kogoś, kto dopiero zaczynał, ale miał pomysł i kontakty. Po chwili posypały mu się jednak różne rzeczy w życiu prywatnym. Nie miał głowy ani czasu na reprezentowanie moich interesów, a nie mogłem się z nim złapać. Zostałem zmuszony do ponownej zmiany agenta – dopiero w sierpniu. Nagle pojawiły się oferty. Pierwszą z brzegu była ta z Dominikany typu „jeden tydzień, trzy mecze i szybka kasa”.

Potem pojawiły się bardziej sprecyzowane, ale kiedy informowałem, że mam żonę, syna i drugie dziecko w drodze i że będę chciał, by wszyscy przylecieli ze mną, a żona urodziła już na miejscu – kluby się wycofywały. To się powtarzało. Co chwilę. Łącznie w przypadku czterech klubów. 

Wtedy zadzwonił Trefl?

Przed świętami odezwał się do mnie Marcin Stefański, a niedługo po nim – polski agent, znany mi z czasów dawnej współpracy. „Stefan” zapytał czy nie chciałbym wrócić. Mówił o projekcie pierwszoligowym, w którym miałbym pomóc. W tej samej sprawie kontaktował się agent. Odniosłem wrażenie, że mówią wyłącznie o grze w pierwszej lidze. Tego nie chciałem.

Z czysto ambicjonalnych powodów!

Tydzień później, już po świętach, byłem na meczu między moim Mercer University z Georgia State w Atlancie. Nagle dostaję SMS-a od Tomka (Tomasz Kwiatkowski, menedżer ds. sportowych Trefla – przyp. red.), czy mogę do niego w wolnej chwili zadzwonić. Pierwsza moja myśl? Może ich źle zrozumiałem i nie chodzi tylko o pierwszą ligę? Wstałem, wyszedłem z trybun na korytarz, żeby nie było zbyt głośno. Dzwonię do Tomka.

– Jesteś dyspozycyjny, chciałbyś wrócić? – słyszę pytanie.

– Jestem, chciałbym – ale do pierwszej ligi czy do EuroCup?

– Nie no, do pierwszej drużyny. Trenerowi Tabakowi zależy. Choć w I lidze też mógłbyś im pomóc raz czy dwa.

Krótka piłka – wiadomo, że się zgodziłem. 

W maju skończyłeś 32 lata. Czy w oczekiwaniu na kontrakt, dzięki któremu możesz potwierdzić swoją sportową wartość, były momenty większego zwątpienia?

O dziwo w minione lato byłem najspokojniejszy o swoje sportowe losy, odkąd gram zawodowo w koszykówkę. Tak, mentalnie to było moje najlepsze lato. Wszystko dzięki trenerowi Trivunoviciowi z Neuchatel. 

W poprzednich latach w okresie wakacyjnym zawsze byłem niespokojny. Stany lękowe potrafiły być silne. Wszystko z powodu zaniżonej samooceny. Z tą samooceną to różnie u mnie bywa nawet dzisiaj. Czasami sam szokuję się tym, co jestem w stanie zrobić na parkiecie. Takie sytuacje miałem na Dominikanie. Byłem najlepszym graczem drużyny, więc rywale z drużyn lepszych od mojej, potrajali mnie przez cały turniej, a ja i tak rzucałem swoje 21 punktów i trójki z 45-procentową skutecznością. Przy średnio ośmiu oddawanych z dystansu na mecz! Rzuty wpadały, a ja myślałem: jeny, ja naprawdę tak trafiam. 

Rok temu szybko zdecydowałem się na grę w Szwajcarii z pełną świadomością, że to liga słabsza niż PLK. Nie chciałem jednak dopuścić do nerwowej sytuacji, jakiej doświadczyliśmy rok wcześniej, gdy w oczekiwaniu na konkretną ofertę odrzucałem inne, ostatecznie lądując w Czechach za mniejsze pieniądze od tych proponowanych kilka tygodni wcześniej. 

W ostatnie lato byłem spokojniejszy. Wiedziałem, że nowy agent ma kontakty na Karaibach, więc mogę grać te turnieje, żeby być w ciągłym treningu 5 na 5 i zarabiać, że w Georgii mam żonę w zaawansowanej ciąży. Wiedziałem też, że kiedy wrócę do poważnego grania, będzie mnie czekał najlepszy sezon w karierze. Albo jeśli nie – pójdę w inną stronę. Wiedziałem jednak, że zrobię wszystko, aby był najlepszy. To nastawienie powodowało, że czułem wewnętrzny spokój. Po raz pierwszy w karierze.

Rozwiń hasło o „pójściu w inną stronę”. Pojawiły się myśli o podjęciu pracy w wyuczonym zawodzie? Wiem, że jesteś inżynierem po mechatronice, a twoja żona magistrem pedagogiki specjalnej i macie życie poza koszykówką. Nie każdy grający w Europie amerykański koszykarz może to o sobie powiedzieć…

Procesy rekrutacji i wdrażania są na tyle długie, że póki co nie podchodziłem jeszcze do aplikowania na konkretne stanowisko w wyuczonym zawodzie. Zazwyczaj latem w USA przebywamy 3 miesiące. W tym czasie w Georgii mam status bezrobotnego. W przeszłości zdarzył mi się jednak też sześciomiesięczny przestój między rozgrywkami. Wtedy, poza tym, że trenowałem indywidualnie, zatrudniłem się w po prostu Walmartcie (największa amerykańska sieć supermarketów – przyp. red.).

W przypadkach tak długiego pozostawania bez zatrudnienia nie macie ubezpieczenia zdrowotnego, prawda?

Na szczęście w minione lato Amber (żona – przyp. red.) będąc w ciąży i Rami (syn – przyp. red.) łapali się na Medicaid (państwowy program pomocy socjalnej w USA kwalifikujący do bezpłatnej opieki zdrowotnej m.in. kobiety ciężarne i dzieci, konkretne zasady są odrębne dla każdego stanu – przyp. red.). Co ciekawe, także ja, czekając na nowy kontrakt, po raz pierwszy odczułem benefity z tytułu tego programu – jako dorosły bezrobotny.

Po raz pierwszy od 8 lat byłem u lekarza w Ameryce!

Prawda jest taka, że z opieki zdrowotnej korzystamy głównie w krajach, w których gram w kosza. W Polsce w prywatnym szpitalu urodził się Rami, tu mamy swoich specjalistów, dentystę. Nawet w przypadku korzystania z prywatnej opieki – ceny są nieporównywalnie niższe. 

Wiem od innych zawodników, że są też globalne pakiety ubezpieczeniowe, pod które można podciągnąć swoją rodzinę. Wtedy korzysta się z opieki i w domu, i w Europie, będąc na kontrakcie. Jeśli dalej będę grał w profesjonalny basket, na pewno zgłębię temat.

Tak broniący i punktujący Moten musi grać dalej! Skąd tak duża świeżość w twojej grze? 

Zawodnik, którego widzieliście w meczach z Wilkami z Wilna czy z Gliwicami narodził się jakieś 7-8 miesięcy temu. Za sprawą serbskiego trenera Mitara Trivunovicia, który prowadził mnie w zeszłym sezonie w szwajcarskiej drużynie Neuchatel. Od pięciu lat jestem taki sam, jeżeli chodzi o fizyczność i indywidualne umiejętności, ale mentalnie zrobiłem wielki postęp.

Trener Trivunović odbył ze mną kilka poważnych rozmów. Pytał: czego się boisz? Nie umiałem mu odpowiedzieć, ale wiedziałem, że miał rację. Bałem się!

Jak przeanalizujesz moje statystyki z zeszłego sezonu to zauważysz – cyferki szły w górę z każdym kolejnym miesiącem. Nie chodzi tylko o zdobycze punktowe, ale i o liczbę oddanych rzutów. Miałem mecz, w którym rzuciłem 37 punktów. Wcale nie rozwinąłem się koszykarsko, lecz i tak zrobiłem gigantyczny postęp – po prostu przestałem w siebie wątpić!

Żan Tabak też mnie zachęca do odważnych decyzji w ataku. Mam pozycję? Mam rzucać. Koniec, kropka. Choć najważniejsze jest, żebym wrócił do obrony. Kombinacja tych dwóch bałkańskich trenerów – faceta, który nauczył mnie jak wierzyć w siebie i gościa cisnącego w obronie – którą przecież zawsze lubiłem najbardziej – powoduje, że czuję się znakomicie.Mogłem pomóc drużynie w ostatnich zwycięstwach. Tak chcę wyglądać do końca sezonu w Treflu.  

Dobrze ci w tym Treflu, prawda?

Najlepiej! Jeśli tylko ktoś mnie pyta w Stanach „gdzie ci się grało i mieszkało najlepiej?” – zawsze odpowiadam: w Sopocie, w Polsce! Trefl to klub, który od 2020 zrobił dla nas mnóstwo rzeczy – takich, których robić po prostu nie musiał. Zapewnił nam komfort i opiekę w czasie COVIDowych lockdownów. Ale nie tylko!

Miasto, a w zasadzie całe Trójmiasto, jest cudowne. Cały czas się rozwija. To konkretna aglomeracja, a z drugiej strony mieszkamy daleko od wielkomiejskiego zgiełku. Ludzie dobrze mówią po angielsku, jest bardzo bezpiecznie. Mamy tu też przyjaciół, którzy stali się naszą rodziną. Zwalczamy amerykańskie, stereotypowe myślenie o Polsce, bo przez lata ukuło się, że jest ciemna i zimna. Chciałbym tu mieszkać na stałe.

Rozważasz ubieganie się o polskie obywatelstwo?

Gdyby pojawiła się taka możliwość? Na 100 procent powiem „tak”. 

W Treflu jednym z liderów jest naturalizowany Polak z Ameryki, a tegoroczna szatnia mocno amerykańsko-polska. Jak się w niej odnalazłeś? 

Trener Tabak powiedział, że oczekuje ode mnie tego samego, czego oczekiwał wcześniej – mam rzucać się po zbiórki na obu tablicach i grać w defensywie na maksa, nie zważając na to, kto jest moim rywalem. Kocham grę w obronie, z niej czerpię najwięcej satysfakcji. Trener to wie. Odnalazłem się bezproblemowo. Przyjechałem akurat w momencie, kiedy coś w zespole kliknęło na nowo. Wcześniej grałem wspólnie tylko z Jarosławem Zyskowskim, więc znałem jego talent i możliwości, których pozostałej części ekipy też nie brakuje. Cały czas staram się lepiej poznawać chłopaków. Kuba Schenk ma w sobie mnóstwo pasji i jest w stosunku do siebie bardzo surowy. Jego pasja i dyscyplina udzielają się pozostałym graczom, którzy jednocześnie potrafią zbalansować emocje. 

Mam rozumieć, że nad Sopot przyciągnąłeś dominikańskie słońce? Sromotne porażki zostawiacie jako wspomnienie z minionego roku?

Tak myślę! Nowi Amerykanie muszą tylko zrozumieć, czego oczekuje od nich Tabak, gdzie mają być w obronie, jak mają funkcjonować na parkiecie – wówczas będziemy wyglądali naprawdę bardzo dobrze. Chemia już się rodzi, czujemy się ze sobą dużo pewniej niż jeszcze dwa tygodnie temu. Grałem już w Treflu w systemie puchary-liga, ale wtedy w ogóle nie byłem do tego przygotowany. Teraz już wiem, jak na organizm wpływają podróże. Indywidualnie bardzo trzeba dbać o ciało, nawet jeśli tyle nie trenujesz to te wyjazdy, przeloty są naprawdę ciężkie. Kiedy graliśmy w FIBA Europe Cup, byłem non stop przemęczony i cały czas się dziwiłem: o co chodzi, w końcu w tygodniu mamy tylko dwa cięższe treningi? Trzeba chodzić na odnowę, na masaże, rozciągać się. Codziennie, w dni wolne też. Później dzięki temu jesteś gotowy do dalszej gry!

Moim zdaniem koszykarsko nie odstajemy od Wilków z Wilna ani Czarnogórców z Podgoricy. Wróciłem do Polski z mentalnością zwycięzcy. Nie widzę żadnych – koszykarskich czy pozakoszykarskich – powodów, dla których nie mielibyśmy seryjnie wygrywać. Serio. W środę też możemy wygrać!

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie 

Trefl podejmuje w środę lider grupy A EuroCup – Bahcesehir College Stambuł. Początek meczu w ERGO ARENIE o godz. 19!