Naszej drużynie najmocniej ufam z jednego, najważniejszego powodu – ukształtował ją Mateusza Ponitka. To samo w sobie świadczy o tym, że ten zespół ma w swoim DNA wiele wartości i jest właściwie pozbawiony efekciarstwa. Tymczasem właśnie zaangażowanie i pasja są dla mnie od lat fundamentami wielkiego, europejskiego grania.
W Katowicach w wykonaniu Biało-Czerwonych byliśmy tego świadkami!
Zasłużony viral ze Słowenią
Nie jest tak, że do Katowic jechałam czegokolwiek pewna. Wręcz przeciwnie. Telefony do Lublany, na podstawie których napisałam dla Was kilka przedturniejowych tekstów właściwie mocno mnie stresowały.
Co chwila słyszałam, że Luka jest odchudzony.
Że Luka wreszcie emocjonalnie dojrzał.
Że jego mentorem jest LeBron.
Że Luka to teraz-zaraz MVP!
Słoweńcy próbowali mnie przekonać, że ich oczyszczona z toksycznych relacji drużyna gotowa jest wejść na poziom drugiej gwiazdy reprezentacji, czyli rzucającego europejskiego formatu, Klemena Prepelicia. Że będzie nas agresywnie atakować w obronie, a z przechwytów wyprowadzać drużynowe kontrataki i wspierać Doncicia w indywidualnych popisach, które są osiągalne tylko dla największych koszykarskich herosów jego pokroju.
Ha! Nic z tego – 28 sierpnia 2025 roku Słoweńcy byli w starciu z nami bezradni! Jakże sprawiedliwie potoczył się ten mecz! Ustalmy – kosmiczny procent celnych rzutów z gry, w tym niesamowita skuteczność zza łuku, możliwe są tylko dzięki dobrze wypracowanym pozycjom. A na nie haruje cała piątka.
Jordana Loyda Spodek przyjął tak, jak wcześniej drużyna – z dużą dozą ciepła. Z naszym wsparciem Amerykanin z naszym paszportem w ataku mógł być w pełni sobą. Czy miał ten komfort ostatnio w Monaco? Niekoniecznie.
My – polska koszykówka – dostaliśmy więc mecz otwarcia na wielkim turnieju, na jaki czekaliśmy latami. A Loyd momentalnie olbrzymi kredyt zaufania spłacił.
Spodek odleciał po raz pierwszy.
Na językach wszystkich był Andrzej Pluta.
– To syn TEGO Pluty?! – zapytał mnie Dragisa Drobnjak chwilę po jego firmowej trójce po step-backu „sprzedanej” na koniec trzeciej kwarty prosto w twarz Luce.
Chwilę później ta akcja stała się internetowym viralem. Jakże on na nią zasłużył! Pamiętam Andrzeja sprzed jedynego sezonu, który spędził w Treflu. Było lato 2022. Na co dzień pracuję w ERGO ARENIE. Widziałam na własne oczy, jak on w okresie przygotowawczym pojawiał się w sali treningowej tego obiektu – zawsze jako jeden z pierwszych. Ćwiczył do znudzenia rzutowe drille.
Później przerzucał też tony żelaza, gdy kolejny sezon spędzał w Gdyni. Dzięki temu miał szansę stać się lepszym obrońcą. Odpowiedzialności, o której mówił Aaron Cel, nauczył się w minionym sezonie w Legii. Dała mu pewność i odwagę niezbędne do brania na siebie takich rzutów!
A także możliwość zaliczenia w TAKIM meczu jak ten dwa dni później z Izraelem 7 asyst przy raptem 2 stratach przez ponad 30 minut ciągłego nacisku rywali na całym boisku.
Sport potrafi sprawiedliwe odpłacać!
„To jest ten moment!”
A propos meczu z Izraelem… To w nim najlepsze jak dotąd minuty w seniorskiej kadrze reprezentacyjnej zagrał Dominik Olejniczak. Tak przynajmniej sam twierdził, rozmawiając ze mną tuż po meczu. Chwilę później doprecyzował, że na te oddawane wysokim łukiem, lekko zrywane rzuty z 4-5 metra namówił go jeden z francuskich trenerów. Że na szlifowanie ich poświęcił mnóstwo czasu.
Gdybyście się zastanawiali, co robił Olejniczak od ostatniego EuroBasketu, kiedy nie oglądaliśmy go w meczach reprezentacji, to już wiecie.
– Nie chciałem być powoływany do kadry, by wciąż siedzieć na ławce. Chciałem wrócić w momencie, gdy będę mógł jej realnie pomagać. To jest ten moment – tłumaczył lata absencji.
Żadne klubowe granie nie weryfikuje postępów tak szybko jak turniej kalibru EuroBasketu. Praca popłaca. Dodatkowe godziny spędzone w sali treningowej, w drużynach ligi francuskiej, gdzie poziom jest wyższy niż w PLK, popłaciły.
Co przesądziło o zwycięstwie z Izraelem? Zaufanie do liderów, widocznie wygrana deska i ostatnia akcja w obronie, gdzie Deniego Avdiję powstrzymywał Michał Sokołowski. Że gwiazdor Portland Trail Blazers mimo wysiłków Polaka miał całkiem niezłą pozycję do oddania tego rzutu? Jasne, ale bogowie koszykówki byli wówczas z Sokołowskim. On sobie na ich przychylność latami katorżniczych treningów też zasłużył. Sport potrafi sprawiedliwe odpłacać!
Absurdalnie
Z przebiegiem końcówki meczu z Islandią dłuższym moment nie do końca mogłam się pogodzić.
Jasne, wygraliśmy. Oczywiście, byliśmy lepsi. Ale te gwizdki…
Czy ta dźwignia na Łączce była faulem niesportowym?
No i o co chodziło z tym technikiem po faulu na Loydzie?
Przede wszystkim – czy tam w ogóle był faul?
Do porządku dziennego, a w zasadzie nocnego – gdy z bracią dziennikarską z kilku zaprzyjaźnionych redakcji kolejne kolegium organizowaliśmy w katowickiej Absurdalnej – przeszłam nad tymi wydarzeniami dopiero wtedy, gdy przypomniałam sobie, że turniejowe szczęście zazwyczaj sprzyja bardziej ogranym. A także, często – no przecież! – gospodarzom.
Wygraliśmy, bo jak szaleni wymuszaliśmy wolne. Znowu ogarnęliśmy zbiórkę. Liderzy po raz kolejny wykręcili kosmiczne cyferki. No i mieliśmy po swojej stronie weterana Kamila „Dziadzię” Łączyńskiego. Widząc po drugiej stronie Elvara Fridrikssona na jeden wieczór odmłodniał o kilka lat. Nie dał się Islandczykom zabiegać.
Grał akcje 1 na 1.
Trafił trójkę na uspokojenie nerwów.
Profesura!
Koszykówka ponownie postanowiła wynagrodzić tego, który tak wiele jej oddał. Ba, cała jego rodzina. Sport potrafi sprawiedliwe odpłacać!
Talent też jest sprawiedliwy
Tego meczu nie dało się wygrać. Nawet gdyby tych siedem cholernych, przestrzelonych osobistych znalazło drogę do kosza – niczego by to nie zmieniło. Nawet gdyby wpadła ta trójka Sokoła przy -4 na minutę przed końcem meczu – wciąż nie wierzyłabym w ten cud.
Twardo stoję na stanowisku, że gra „Sokoła” na tym turnieju ma tendencję zwyżkową. Sprawiedliwie na korzyść Michała gra czas, ale półroczny rozbrat z koszem na wysokim poziomie musiał zostawić ślad. Ile razy słyszeliście to od zawodników, że indywidualne treningi nigdy nie zastąpią gry? To prawda!
Mecz z nami wygrał sam jeden Guerschon Yabusele. Z pomocą naszej wąziutkiej ławki.
To nieco smutniejsze spostrzeżenie, ale też sprawiedliwe – EuroBasket brutalnie weryfikuje głębie naszego składu. A raczej jej brak. Z koszykarzy, którzy podpisali w PLK kontrakty na kolejny sezon sprawdzają się, trochę na zmianę, jedynie wspomniani Pluta i Łączyński.
Jakże bolą te kontuzje Jeremiego Sochana i Igora juniora…
Przegraliśmy z kosmicznymi umiejętnościami grającego życiowy mecz w kadrze koszykarza New York Knicks. To sprawiedliwe, pojedynczy mecz zawsze można wygrać talentem. A że ciekawsze historie – szczególnie w europejskim baskecie – piszą zazwyczaj prawdziwe drużyny? Inna sprawa.
Gdy wściekłość jest piękna!
Sprawiedliwa była na pewno nasza czwartkowa porażka z Belgią. Koszykarscy bogowie tym razem trafieniem Manu Lecomte’a bez wahania ukarali Polaków za słabą skuteczność i jeszcze gorszą energię. Wygrała drużyna, która podeszła do walki z większą mentalną iskrą.
Swojego rytmu przeciwko Belgom – ba, w ogóle w tym turnieju! – nie odnalazł wciąż Aleksander Balcerowski. On grywał w ostatnim półroczu częściej niż Sokołowski, ale – gdyby zsumować ostatnie dwa lata i podzielić łączną liczbę minut na miesiące – wynik byłby odwrotny.
Jeśli jednak w starciu z jakimś rywalem Olek ma odbudować wiarę w swoje umiejętności, to tylko w przepychance ze swoim dobrym znajomym Jusufem Nurkiciem, graczem o nieco podobnym do swojego profilu. W Gliwicach w 2023 roku Polak pokazał, że umie walczyć z Bośniacką Bestią!
Przed niedzielnym meczem na pewno przypomni mu o tym Mateusz Ponitka.
Jakże on był po przegranej z Belgią pięknie wściekły!
„Znaczy Kapitan„
Zdanie rodem z korpo-świata: organizacja zawsze działa lepiej, gdy jej lider jest w pełni zaangażowany. W sporcie się sprawdza Nic tak nie kształtuje ładu w drużynie, jak dobre zarządzanie nim – na parkiecie i poza nim. Przez tydzień w Katowicach zbierałam szczenę z podłogi za każdym razem, gdy na temat swojej drużyny mówił „Ponit”.
O wadze wspólnych kolacji.
O tym, jak ważne jest rodzinna atmosfera.
O każdym z chłopaków – jego zadaniach, możliwościach. O wsparciu.
Mamy kapitana przez wielkie „K”. Realnie wpływa na zawodników, słucha ich, rozmawia, tłumaczy, a – kiedy trzeba, jak po meczu z Belgami – gani i motywuje. Komunikacja w trakcie meczów rzuca się w oczy, bo oczy Ponitki w trakcie walki w biało-czerwonych barwach magnetyzują od lat.
To wszystko działa!
Kiedyś od Mateusza biło chłodem. Był zdystansowany. Dziś – pewny siebie, odpowiedzialny. Wygrywa mecze nietuzinkowymi umiejętnościami koszykarskimi i– być może nawet w porównywalnym stopniu! – siłą osobowości.
Szczery w ocenach, a także w rozmowach z mediami, od których już nie stroni. Uświadamiający, że dobry wynik to sprawa – i zasługa! – wszystkich. Że za polską koszykówkę odpowiadamy też wszyscy.
To już mój czwarty EuroBasket oglądany z bliska. Po tej świetnej przygodzie w Katowicach nabrałem ochoty na więcej, lecz na mecz z Bośnią i Hercegowiną – mimo najszczerszych chęci – nie dotrę, choć przecież w drodze do Rygi byłam. Wypadki losowe chodzą po ludziach, ale mam wrażenie, że tej kadrze żaden w niedzielę przydarzyć się nie powinien.
– Jesteście drużyną tak świetnie przygotowaną taktycznie przez swój sztab szkoleniowy, że na Bośnię to powinno to wystarczyć – zapewniał mnie po czwartkowym meczu w Spodku Pascal Meurs, skaut belgijskiej kadry.
Niech w niedzielę sport jeszcze raz okaże się sprawiedliwy – mamy zespół lepszy od Bośni i Hercegowiny!