Nie bójmy się wielkich słów, gdy są adekwatne – to gigantyczny sukces polskiej koszykówki!
Reprezentacja seniorska kraju, którego grupy młodzieżowe od lat regularnie balansują między dywizją A i B, czyli – w dużym skrócie plasują się na miejscach 14-20 w Europie – po raz drugi z rzędu zagra w ćwierćfinale mistrzostw Europy.
To pierwszy taki sukces naszej męskiej koszykówki od lat 1979-81, gdy konkurencja na Starym Kontynencie była nieporównywalnie mniejsza, a w turnieju finałowym występowało zaledwie 12 drużyn.
O stylu wywalczenia tego awansu po latach nikt nie będzie pamiętał. Ba, pewnie już jutro zapomnimy o tym, że mecz 1/8 finału z Bośnią i Hercegowiną rozpoczęliśmy fatalnie, a później popełniając po drodze wiele błędów musieliśmy rywali przez niemal trzy kwarty gonić.
Nie będziemy pamiętać o tych 16 punktach niemal 37-letniego Johna Robersona, które Amerykanin rzucił nam dość bezkarnie w pierwszej połowie. Szybko zapomnimy też, że uraz, którego doznał w czwartej kwarcie też naszej drużynie w wygranej nie przeszkodził, bo Roberson grając przeciwko wyższym obrońcom po przerwie ewidentnie oddychał już rękawami.
Zapomnimy także o tym, że już po pierwszej połowie – jeszcze przegranej 40:44 – pozostaliśmy w grze o zwycięstwo tylko dzięki świetnej grze duetu liderów. Mateusz Ponitka i Jordan Loyd zdobyli dlka nas wówczas 28 z 40 punktów.
Będziemy pamiętać za to długo szarżę Ponitki z trzeciej kwarty, gdy kilkoma akcjami po obu stronach boiska niemal w pojedynkę odrobił wciąż niemal 10-punktową stratę.
Będziemy pamiętali, że – podobnie jak w pierwszym meczu EuroBasketu ze Słowenią – w drugiej połowie w kluczowym momencie nasz superduet liderów otrzymał wsparcie od trzeciego muszkietera i ponownie był nim Andrzej Pluta junior.
Będziemy też pamiętać zimną krew Loyda, z którą Amerykanin z polskim paszportem z zimną krwią wypunktował rywala w decydujących momentach czwartej kwarty.
Reszta – 37 minut niezmordowanego Michała Sokołowskiego, cennych (zaledwie!) 16 Dominika Olejniczaka (7 punktów, 9 zbiórek) czy ważne 13 Przemysława Żołnierowicza (6 zbiórek) – była też ważna, ale jednak mniej istotna. O słabszych występach kilku innych graczy chwilę po takim sukcesie można bez problemów milczeć.
Na dłużej zostanie nam w pamięci tylko wynik końcowy. 80:72.
Szalenie cenne zwycięstwo w meczu, który tak długi nie układał się po naszej myśli.
Zazwyczaj w koszykówce jest tak, że jak masz na boisku w swoim składzie dwóch najlepszych koszykarzy, wygrywasz. My ich w niedzielę mieliśmy.
Mateusz Ponitka i Jordan Loyd dali naszej kadrze awans don ćwierćfinału, w którym we wtorek zagramy z Turcją o to, by – po raz pierwszy od 54 lat – drugi turniej z rzędu zakończyć w Top4.