191 minut i 70 zdobytych punktów – tak przedstawiał się dorobek Michała Pluty z trzech ostatnich sezonów, które – na nieszczęście dla siebie – spędził w Zielonej Górze.
Oba te „dokonania” 23-letni obwodowy w trakcie obecnego sezonu przekroczył już w niedzielnym meczu przeciwko Dzikom Warszawa, zaledwie 13. w bieżących rozgrywkach. Na tym jednak Pluta nie poprzestał. W zwycięskim, noworocznym starciu Stali Ostrów przeciwko Treflowi Sopot odegrał NAPRAWDĘ znaczącą rolę. Zdobył 18 punktów w trakcie 35 minut spędzonych na parkiecie. Miał też 6 asyst i 5 przechwytów.
Game changer!
Gospodarze wygrali 89:80, odnosząc już siódme zwycięstwo. Wygrali, choć i tak krótka rotacja trenera Andrzeja Urbana została jeszcze skrócona o nieobecnych Lukę Sakotę i Daniela Gołębiowskiego.
Zasługi wspomnianego Pluty? Choćby pięć celnych rzutów z dystansu – a były w nich choćby efektowne trafienia „prosto w twarz”, najpierw Mikołaja Witlińskiego, a następnie Jakuba Schenka. Najważniejsze było to ostatnie, które przy remisie 75:75 przełamało problemy ofensywne Stali i rozpoczął serię 14:5. To dzięki niej gospodarze zakończyli zwycięstwem pierwszy mecz Orlen Basket Ligi w 2026 roku.
Jak wygląda zielonogórska czarna lista „prześladowców” Michała Pluty – czytaj: trenerów, którzy nie dali mu szansy?
Oliver Vidin z sezonu 2022/23 może jeszcze wpisania na nią uniknąć. Polski obwodowy w trakcie jego pracy grał średnio prawie 10 minut na mecz w wieku 20 lat.
David Dedek, Virginijus Sirvydis i Vladimir Jovanović mają się jednak nad czym zastanawiać, wspominając swoją pracę z „tym drugim” Plutą, o dwa lata młodszym bratem Andrzeja, w której wszystko co mogło pójść nie tak, poszło jeszcze gorzej.
Czy choćby sam mix nazwiska i genetyki bohatera dzisiejszej rubryki nie powinny powyższej trójce dać do myślenia, że ten gracz może jednak cokolwiek potrafi?
Plusów w pracy trenerskiej Andrzej Urbana w trakcie tego sezonu można dostrzec wiele. Wiara w Michała Plutę – wyrażana także wypowiedziami w prywatnych rozmowach jeszcze w czasie jego przedsezonowego try-outu – jest na pewno jednym z nich.
Doktor Urbanstein i jego łotewski żołnierz
Nie pierwszy raz w tym sezonie chciałbym przeprosić znakomitych koszykarzy z Ostrowa Wielkopolskiego. Nie wszystkich jestem w stanie chwalić w swoich tekstach. Byłyby zbyt długie.
Po wygranej z Treflem Sopot najbardziej szkoda mi Trentona Gibsona, który zdobył 24 punkty i zanotował 7 asyst przy tylko 2 stratach, a do tego wymusił aż 8 przewinień rywali. Amerykanin z każdym miesiącem staje się ewidentnie coraz lepszy.
Nie mogę się jednak powstrzymać przed drugą, tym razem noworoczną wersją „Ody do Mareksa Mejerisa”. Nawet, jeśli pierwszą wygłosiłem przecież całkiem niedawno – niecały miesiąc temu.
Tym razem skierowana będzie częściowo także do trenera Stali. W czwartkowym meczu przekonaliśmy się po raz kolejny, że niezależnie od tego jak szalony taktyczny pomysł ma ostrowski dr. Urbanstein, to jego łotewski żołnierz jest w stanie wykonać każdy.
Po raz pierwszy można było to zauważyć 20 listopada, gdy „Stalówka” – mimo spudłowania 20 rzutów wolnych – „przepchnęła” 92:89 mecz przeciwko Miastu Szkła Krosno. Mareks Mejeris w drugiej połowie został wówczas oddelegowany do krycia rozgrywających przeciwnika. Najczęściej Huberta Łałaka.
Radził sobie znakomicie.
Noworoczny mecz przeciwko Treflowi Sopot przyniósł nowy, nietypowy pomysł dotyczący wykorzystania reprezentanta Łotwy. Aby pomóc obwodowym graczom Stali poradzić sobie z presją defensywy rywali, Mejeris został poproszony o wyprowadzanie piłki. Trener Andrzej Urban ewidentnie uznał, że ani Mikołaj Witliński, ani Szymon Zapała nie będą dla niego godnymi przeciwnikami w grze na całym parkiecie.
Nikt nie powinien być zaskoczony tym, że także w tej roli Mejeris odnalazł się znakomicie. Efekt? 21 punktów, 7 zbiórek i 3 asysty doświadczonego Łotysza.
Koszykarzom z Ostrowa Wielkopolskiego chciałem za nie osobiście podziękować. Czwartkowym triumfem całkiem elegancko wsparli moją niedawną decyzję o umieszczeniu ich w Top8 świątecznego power rankingu.
Kto odpowiada za straty?
To była przecież idealna okazja dla Trefla na odniesienie 10. zwycięstwa w bieżącym sezonie. Chociaż wiadomo, że pomysł, by na noworoczny mecz zespół musiał jechać z Sopotu do Ostrowa Wielkopolskiego jest absolutnie bezsensowny – więcej o tym nieco później – to w hali Stali wygrywa się rzadko. Brak dwóch podstawowych zawodników Stali w połączeniu z rozgrywaniem przez ten zespół 4. spotkania na przestrzeni zaledwie 12 dni wydawał się być wodospadem na młyn trójmiejskiej drużyny, najlepszej w Polsce pod względem możliwości utrzymywania wysokiej intensywności przez pełne 40 minut gry.
A co, jeśli trener Andrzej Urban zaordynuje obronę strefową, by oszczędzić siły swoich podopiecznych – można było zastanawiać się przed meczem. Wtedy sopocianie mieli zarzucić ich „trójkami”– przecież trafiają ich najwięcej w PLK.
A co, jeśli te nie będą wpadały? Przecież Trefl jest w trójce najlepszych zespołów ligi, jeśli chodzi o zbiórki w ataku.
W pierwszej kwarcie niby to się potwierdzało. Stalówka chciała bronić zoną 1-3-1, przeciwko której goście trafili pięciokrotnie zza linii 6.75 metra i zanotowali pięć zbiórek ofensywnych. Jednak już tę część gry przegrali 23:28 i to ich rywale prowadzili przez większość spotkania. Dlaczego?
Jednym z głównych przyczyn były straty piłki, czyli powtarzająca się od początku sezonu największa bolączka w grze drużyny Mikko Larkasa. Nic dziwnego, że fiński trener był po czwartkowym meczu lekko zirytowany.
Jego koszykarze popełnili łącznie aż 19 strat, czym wyrównali swój niechlubny rekord sezonu z wygranego 86:80 meczu przeciwko Dzikom. Jednocześnie zanotowali tylko 18 asyst. Po raz pierwszy w sezonie częściej tracili piłkę, niż umożliwiali kolegom zdobywanie punktów po dokładnych podaniach.
To właśnie stratami w dużej części zaprzepaścili wysiłek z drugiej połowy, gdy mocniejszą grą w defensywie pozwolili Stali zdobyć tylko 33 punkty, w tym zaledwie 19 w pierwszych 17 minutach.
– Nie będę brał odpowiedzialności za podania do nikogo, w pustą przestrzeń – skomentował to Larkas.
Aż 8 z tych strat było autorstwa Jakuba Schenka. Po 3 dodali Paul Scruggs i Mindaugas Kacinas.
Trener sopocian w każdym kolejnym meczu musi również swój zespół coraz mocniej przygotowywać na rozwiązania stosowane przez szkoleniowców rywali, którzy starają się wykorzystać agresywne i wysokie krycie ze strony jego zawodników. Pierwsze tego oznaki sygnalizowałem po wygranej trójmiejskiego zespołu w Warszawie.
Nic dziwnego, że także dr. Urbanstein „przycelował” w możliwy słaby punkt Trefla. Nie wszystko wychodziło idealnie, ale gdy już wyszło, efekty były znakomite.
Oczywiście nikt nie będzie zdziwiony, że także w tych akcjach w roli głównej wystąpił Mareks Mejeris, czy raczej Robertas Mejerisowski, który w roli typowej, piłkarskiej „9” najpierw uciekał za plecy próbującej go złapać na spalonym defensywy rywali, a następnie wycofał się po piłkę i podaniem na skrzydło wypuścił w bój szybkiego skrzydłowego, jakim niewątpliwie jest Quan Jackson.
Ligo, ogarnij się!
Nie minęły nawet dwa dni nowego, 2026 roku, a już czuję się w obowiązku do napisania pierwszej w tym okresie odezwy do szefów Orlen Basket Ligi.
Nie jest to moje premierowe wezwanie, by w ich decyzjach było więcej zdrowego rozsądku, a mniej „strategii rozwoju”. Może nieprzypadkowo z tzw. środowiska dochodzą już sygnały, że widać pierwsze niezrealizowane założenia z tak szumnie reklamowanego pakietu decyzji?
Wróćmy jednak do zdrowego rozsądku, którego wciąż brakuje! Na pewno nie jest nim wysyłanie drużyny z Trójmiasta przez całą Polskę na noworoczny mecz do Ostrowa Wielkopolskiego. Nie byłaby nim również gra Anwilu w Krośnie. Ani Czarnych Słupsk w Lublinie.
To nie tylko kwestia bazy hotelowej w mniejszych miejscowościach, często brutalnie zderzającej się z imprezowym zapotrzebowaniem na sylwestrową noc. To również przejaw niedostatków zdrowego rozsądku czy też po prostu empatii. Jeśli jest to możliwe, czemu nie pozwolić koszykarzom – a przynajmniej ich polskiej części – spędzić tej nocy z rodzinami?
Czy jest to możliwe? Oczywiście!
– Legia Warszawa kontra Dziki Warszawa
– Trefl Sopot kontra Arka Gdynia
To dwa derbowe mecze, które można rozegrać 1 stycznia bez przesadnego komplikowania życia drużynom w nich występującym.
Są również opcje rezerwowe:
– Czarni Słupsk kontra Trefl Sopot
– Czarni Słupsk kontra Arka Gdynia
– Śląsk Wrocław kontra Górnik Wałbrzych
– Śląsk Wrocław kontra Stal Ostrów
– MKS Dąbrowa Górnicza kontra GTK Gliwice
– Anwil Włocławek kontra Twarde Pierniki Toruń
Czy o czymś zapomniałem? Start Lublin – Legia Warszawa? Na pewno nie o meczu Stali Ostrów Wielkopolski z Treflem Sopot. Ten powinien znaleźć się na jednym z ostatnich miejsc w planie rozgrywania meczów pasujących do 1 stycznia.
Niestety, deficyt zdrowego rozsądku w kwestii terminarza Orlen Basket Ligi rzuca się w oczy również w innej kwestii – przesadnych odstępach meczów rozgrywanych przez drużyny we własnej hali. Zdaję sobie sprawę z występujących sporadycznie kłopotów z dostępnością obiektów, ale mimo wszystko – ciężko będzie mnie przekonać, że pomiędzy 10 października a 20 listopada minionego roku Stal Ostrów naprawdę musiała rozegrać aż pięć wyjazdowych spotkań z rzędu, a pomiędzy 18 stycznia i 12 marca, a także 14 marca i 26 kwietnia przed podobną koniecznością staną również – odpowiednio – Miasto Szkła Krosno i Start Lublin.
Zwycięzcą tej niechlubnej klasyfikacji w sezonie 2025/26 zostanie jednak bezsprzecznie Anwil Włocławek, którego czeka… dwumiesięczna przerwa w rozgrywaniu spotkań w Hali Mistrzów. Serio! Pomiędzy 6 stycznia a 7 marca włocławscy koszykarze rozegrają sześć meczów wyjazdowych z rzędu, bo przerwę wydłuży jeszcze turniej finałowy o Puchar Polski i okienko na mecze reprezentacji w eliminacjach do MŚ 2027.
Komu to służy? Na pewno nie kibicom. Nie wierzę, by w fanach Anwilu – czy jakiejkolwiek innej drużyny – trzeba wywoływać aż tak duży głód koszykówki.
Takimi decyzjami wywołuje się co najwyżej irytację.
Oby rok 2026 tego typu decyzji przyniósł jak najmniej!