Strona główna » PLK zza kulis: Mecz bez przegranych – Urbaniak kontra Szumert! Igrzyska Śmierci wracają już za chwilę
PLK

PLK zza kulis: Mecz bez przegranych – Urbaniak kontra Szumert! Igrzyska Śmierci wracają już za chwilę

0 komentarzy
Piątkowy mecz Śląsk – Zastal mógłby być spokojnie sportową reklamówką PLK na początku 2026 roku. Był świetny, a oglądanie dwóch młodych polskich koszykarzy w kluczowym rolach w obu drużynach musiało cieszyć serce każdego kibica polskiego basketu. W Słupsku powodów do radości brak. Właściwie – jakichkolwiek.

Czy istnieją mecze, po których każda ze stron ma prawo czuć się zwycięzcą? Rzadko – ale jednak! Takim było piątkowe starcie Śląska Wrocław z Zastalem Zielona Góra, w którym – oficjalnie – gospodarze wygrali 90:85.

Śląsk zdobył komplet punktów, poprawił swój ligowy bilans na 10-4, po raz kolejny – wciąż (jeszcze?) chwilowo wysunął się na czoło ligowej tabeli i pokazał, że jest w stanie szybko dźwignąć się po bolesnej, poniesionej w samej końcówce porażce w EuroCup (tym razem 92:94 przeciwko rumuńskiemu Cluj-Napoca).

W piątkowy wieczór we Wrocławiu wygrani byli także kibice, gdyż obejrzeli bardzo wyrównane i stojące na naprawdę wysokim poziomie, pełne wielu efektownych akcji spotkanie.

Nie prowadzę rankingu najlepszych meczów PLK w tym sezonie. I trochę tego żałuję! Piątkowy zakręciłoby się w okolicach ścisłej czołówki.

Co mimo porażki wygrał zespół z Zielonej Góry?

Przede wszystkim przy braku Chavaughna Lewisa – Amerykanin być może będzie gotowy na zaplanowany na 6 stycznia mecz z Treflem Sopot – drużyna trenera Arkadiusza Miłoszewskiego udowodniła, jak duży w ostatnich tygodniach poczyniła progres. Bez swojego najlepszego strzelca walczyła na wyjeździe jak równy z równym z kandydatem do mistrzostwa Polski, a tacy gracze, jak Patrick Cartier (15 pkt) czy Marcin Woroniecki (14 pkt) skutecznie założyli większe buty, gdy w Hali Orbita potrzebował zespół od nich większego wsparcie niż zwykle.

Nic dziwnego, że również trener Śląska Ainars Bagatskis po meczu chwilił rywali.

Starcie młodych tytanów

Mecz Śląska z Zastalem oznaczał bezpośredni pojedynek Jakuba Urbaniaka z Jakubem Szumertem, czyli dwóch być może najlepszych polskich graczy młodego pokolenia występujących w tym sezonie na parkietach Orlen Basket Ligi.

Na powyższym klipie lepiej wypadł gracz Zastalu, ale po części wynika to także z tego, że Urbaniak był bardzo aktywny we fragmentach, w których walczył pod koszami przeciwko innym zawodnikom gości. Ostatecznie podkoszowy Śląska zakończył mecz z dorobkiem 8 punktów i 11 zbiórek, a jego młodszy o dwa lata rywal zdobył 14 punktów i zebrał 8 piłek.

Bardzo cieszy fakt, że – choćby w kontekście gry w reprezentacji Polski – obaj ci zawodnicy mogą potencjalnie występować na parkiecie obok siebie. Szumert ma przecież umiejętności do gry nawet na pozycji niskiego skrzydłowego, z kolei w piątkowym meczu z Zastalem, już nie pierwszy raz w bieżącym sezonie, Urbaniak był wykorzystywany przez trenera Bagatskisa jako mobilny, atletyczny środkowy.

Obaj spędzili na boisku łącznie w ligowym szlagierze 56 minut. Pięknie!

Dlaczego Zastal jednak przegrał?

Z racji mniej napiętego od rywali terminarza zielonogórski zespół powinien w piątkowym meczu być bardziej wypoczęty i lepiej do niego przygotowany taktycznie. Być może dlatego, nawet grając bez Lewisa, był w Hali Orbita tak bliscy wygranej. Czego zabrakło?

Najbardziej chyba skuteczności w rzutach z dystansu – gracze Zastalu trafili zaledwie 8 z 26 takich rzutów, a wszystkie dziewięć, czasami z ulubionych pozycji, spudłowali Conley Garrison i wspomniany Cartier.

Trenera Miłoszewskiego na pewno bolało również niewykorzystanie zbiórek ofensywnych. Jego zawodnicy zanotowali ich w całym spotkaniu aż 13, ale zdobyli z nich zaledwie 2 punkty.

W końcówce spotkania ich walka ze słabościami w tym elemencie wyglądała wręcz komicznie.

Zastalowi nie pomogły zatem 22 punkty Andrzeja Mazurczaka, tym razem bardzo skutecznego w roli egzekutora.

Najskuteczniejszy w Śląsku był Stefan Djordjević, który do zdobycia 16 punktów potrzebował tylko 17 minut, a 12 z nich uzyskał już w 1. kwarcie, gdy z łatwością ogrywał Krzysztofa Sulimę i Phila Fayne’a.

Smith do Tomczaka: Nie spodziewaj się respektu

W pierwszym z rozegranych w piątek spotkań Górnik Wałbrzych wygrał w Słupsku z Czarnymi 92:88, dzięki czemu przerwał mini-serię dwóch przegranych, a gospodarzy zrzucił jeszcze bliżej skraju przepaści – dla podopiecznych Robertsa Stelmahersa była to już ósma porażka z rzędu.

Wałbrzyszanie zwyciężyli, chociaż pozwolili rywalom aż na 16 zbiórek w ataku w 2. połowie, a w czwartej kwarcie trener Andrzej Adamek przez kilka minut grał nietypową piątką, która do tej pory zagrała w lidze wspólnie tylko przez 10 sekund: Anderson-Garcia-Smith-Marchewka-Benson.

Walczący z kontuzjami i chorobami goście mieli wielu bohaterów, jednak kluczowe były akcje Ike’a Smitha (21 punktów) i Marca Garcii (20 pkt). Amerykański obwodowy w pierwszej połowie znowu walczył z niemocą na linii rzutów wolnych, a po zmianie stron trafiał jednak w najważniejszych momentach, także z dystansu.

Jeszcze przed przerwą wykonał również bardzo rzadko spotykaną akcję.

Zagranie, w którym zawodnik grający z piłką wymusza krycie, po czym decyduje się na grę tyłem do kosza przeciwko środkowemu rywali to naprawdę rarytas. Nie ma też co ukrywać, że nie najlepiej świadczy to o respekcie – bo raczej o jego braku – który obwodowi rywali (a przynajmniej Smith), czuli przed Szymonem Tomczakiem (14 pkt).

Świetnymi zagraniami popisywał się także Garcia, który w jednej z nich pokazał Dominikowi Wilczkowi (12 pkt) do czego w swojej grze polski obwodowy powinien dążyć.

Czarni są zespołem mocno opierającym swoją grę na rzutach z dystansu, a Górnik lubi zacieśniać strefę podkoszową i prowokować rywali do rzutów po koźle. W pierwszych dwóch kwartach sprzeczne interesy obu drużyn zadziałały na korzyść gospodarzy, którzy trafili 7 z 15 prób zza linii 6.75 metra.

Po zmianie stron zaczęły się jednak na dystansie ciężary, a drogę do kosza znalazło tylko 5 z 22 takich prób. Gospodarzom nie pomogały również problemy z faulami Aigarsa Skelego (12 pkt), który końcówkę meczu obserwował z ławki rezerwowych, a losy Czarnych zostały oddane w ręce Jordana Duffy’ego. Ten zdobył co prawda 18 punktów, ale trafił tylko 4 z 13 rzutów gry i popełnił 5 strat.

Igrzyska Śmierci wracają już 8 stycznia

Słupskiemu zespołowi nie pomogła zatem widoczna mobilizacja. Zarówno ze strony zawodników, jak i licznie i głośno wspierających swoją drużynę kibiców.

Komentując mecz na konferencji prasowej Szymon Tomczak nie znał jeszcze wyniku z Torunia. Tam Twarde Pierniki pokonały GTK Gliwice 90:88. Goście pozostali zatem z trzema zwycięstwami na koncie, a ponieważ Czarni wciąż mają ich tylko o jedno więcej, to zaplanowane na 8 stycznia spotkanie tych dwóch zespołów urasta do pojedynku wielkiej rangi.

Jakkolwiek przykro by to dla słupskich kibiców zabrzmiało – być może nawet ostatecznie w kwestii walki o utrzymanie w PLK.

Wynik z Torunia może wskazywać na wyrównane starcie, jednak tak ono nie wyglądało, gdyż gospodarze dosyć pewnie kontrolowali w piątek przebieg walki. Gliwiczanie po raz kolejny mieli problemy z faulami wysokich zawodników, co zresztą trener Twardych Pierników Srdjan Subotić podkreślił jako jeden z głównych przedmeczowych celów.

Największa odpowiedzialność w zespole gości w kwestii uniknięcia kłopotów z przewinieniami spoczywała na Dominiku Grudzińskim, którego zmiennikiem na pozycji silnego skrzydłowego jest w tym momencie Aleksander Busz – gracz pozbawiony argumentów fizycznych do gry na tej pozycji, szczególnie gdy pod drugiej stronie biega ktoś pokroju Aleksandara Langovicia.

Efekt? 20 punktów Langovicia, który osiągnął tą granicę po raz trzeci w ostatnich czterech spotkaniach.

Aby ograniczyć jego poczynania, trener GTK Boris Balibrea decydował się nawet – po raz pierwszy w sezonie – na wspólną grę duetu Wesley GordonMaciej Bender. Eksperyment nie był udany i w ciągu czterech minut ich obecności na parkiecie, gliwiczanie byli gorsi od rywali aż o 9 punktów.

Chociaż rywale mieli w ostatnich sekundach dwie okazje na doprowadzenie do dogrywki, to toruńskie Twarde Pierniki wygrały po raz szósty w sezonie i z coraz większymi nadziejami mogą liczyć na dołączenie do grona drużyn walczących o miejsca w fazie play-In.

Warto zauważyć również dobre wejście w 2. kwarcie Pawła Sowińskiego, którego nagrodził za to po zmianie stron trener Subotić. To właśnie młody Polak, a nie słabo dysponowany w piątek Mateusz Szlachetka pojawił się wtedy ponownie w rotacji toruńskiej drużyny.