– Zawsze jest jakiś pan B i plan C – mówił we wtorek Roberts Stelmahers, gdy dziennikarze pytali się go jak zamierza sobie radzić w dalszej części ćwierćfinałowej serii ze Startem bez swojego najlepszego gracza, który kilkadziesiąt minut wcześniej zerwał więzadła krzyżowe i zakończył występy w sezonie.
O tym, że planem mogła być przede wszystkim defensywa – przekonaliśmy się już w pierwszej kwarcie. Czarni już w trakcie sezonu zasadniczego kilka razy udowadniali, że w swojej hali, niesieni dopingiem kibiców potrafią dokonywać cudów. Start w hali Gryfia zatrzymali wówczas na 56 punktach.
W czwartek w pierwszej kwarcie naciskiem defensywnym kompletnie pozbawili wybili gościom koszykówkę z głowy. Start przez 10 minut uzbierał zaledwie… 7 punktów. Czarni schodząc na pierwszą przerwę po 10 minutach mieli już 22 przewagi.
Losy meczu były już właściwie rozstrzygnięte. Start jeszcze niwelował straty do poziomu kilkunastu punktów w trzeciej kwarcie, ale nigdy tego wieczora nie zagroził świetnie grającym gospodarzom.
Wobec braku Steina zdecydowanie więcej odpowiedzialności w ataku wziął na siebie Justice Sueing (25 punktów, 11/14 z gry), a wcale nie tak cichym (11 punktów, 5 asyst) bohaterem słupszczan został Nikola Kočović, który wcześniej w trakcie tego sezonu zastępował Sueinga, gdy ten leczył uraz, ale niczym szczególnym się nie wyróżniał.
Czarnym w niczym nie przeszkadzała nawet słabsza gra tym razem nieźle ograniczanego przez gości Lorena Jacksona (9 punktów, 3/10 z gry).
Koszykarze Startu trafili zawstydzające 4/30 za 3 (13 procent), a poza Tevinem Brownem (18 punktów, 7/16 z gry) żaden z ich zawodników nie miał dwucyfrowego dorobku punktowego. Do gry po opuszczeniu dwóch meczów wrócił podstawowy rozgrywający Startu Manu Lecomte, ale nie był w stanie odmienić fatalnego obrazu gry swojego zespołu (18 minut, po 5 punktów i asyst).
Mecz numer pięć w niedzielę o godz. 17.30 w Lublinie. Start będzie jego faworytem – dotychczas w tej serii każdy mecz pada łupem gospodarzy. Po tym co obejrzeliśmy w czwartek w Słupsku żaden wynik decydującego starcia nas jednak nie zdziwi.