Los Angeles Lakers – Houston Rockets 98:78
Lakers wykonali zadanie i zamknęli serię, pokonując Houston Rockets bardzo pewnie 98:78 i w serii 4–2.
Spotkanie było na początku jednostronne. W pierwszej połowie Lakers pokazali swoją defensywną twarz, ograniczając Rockets do słabej skuteczności. Kluczowa okazała się trzecia kwarta, w której gra zespołu z Houston się poprawiła, ale zespół z Kalifornii pozostał niewzruszony, utrzymując mocny nacisk defensywny i pewne prowadzenie do końca gry.
Na czele drużyny z Los Angeles stał oczywiście LeBron James (28 pkt, 7 zbiorek, 8 asyst), który – co nie jest żadną niespodzianką – kontrolował tempo gry i był najpewniejszym punktem ofensywy swojego zespołu. Wsparcie zapewnili mu Rui Hachimura (21 pkt) oraz Austin Reaves (15pkt). Po stronie gości natomiast najlepiej pokazali się Alperen Sengun (17 pkt, 11 zbiórek) oraz Amen Thompson (18 pkt)
Dobra organizacja gry sprawiła, że drużyna z Los Angeles zaskakująco pewnie zameldowała się w drugiej rundzie, w której też nie będzie faworytem, mierząc się z obrońcami tytułu mistrzowskiego, Oklahoma City Thunder. Dla Houston to koniec sezonu – brak skuteczności i gigantyczne problemy w organizacji ataku pozycyjnego wobec braku Kevina Duranta były aż nadto widoczne w decydującym starciu.
Toronto Raptors – Cleveland Cavaliers 112:110 (po dogrywce)
Jeśli ktoś szukał koszykarskiego thrillera, to właśnie w tym meczu się doczekał. Toronto Raptors pokonali Cleveland Cavaliers 112:110 po dogrywce i wyrównali stan serii na 3–3.
Bohaterem spotkania został RJ Barrett (24 punkty), który trafił zwycięską trójkę na 1.2 sekundy przed końcem dodatkowego czasu gry. Ten rzut, wraz z całą sekwencją końcówki meczu na trwałe zapisze się w historii kanadyjskiej drużyny.
Mecz był od początku niezwykle wyrównany. Raptors prowadzili, Cavaliers wracali, a końcówka regulaminowego czasu gry przyniosła kolejne zwroty akcji. W dogrywce obie drużyny grały pod ogromną presją, ale to Toronto zachowało więcej zimnej krwi.
Świetnie grał lider Raptors Scottie Barnes (25 pkt, 14 asyst), a także skuteczny drugoroczniak Ja’kobe Walter (24 pkt, 4×3). Po stronie Cavs wyróżnili się natomiast Evan Mobley (26 pkt, 14 zbiórek) oraz Donovan Mitchell (24 pkt).
Te emocje na długo zostaną w sercach kibiców Raptors, lecz sami zawodnicy nie mogą osiąść na laurach – o wszystkim bowiem zadecyduje mecz numer siedem tej serii w Cleveland. Jego początek o godz. 1.30 w nocy z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego.
Detroit Pistons – Orlando Magic 93:79
Magic mieli możliwość odesłania zwycięzców rundy zasadniczej Wschodu na błyskawiczne wakacje – w pierwszej połowie gospodarze prowadzili nawet różnicą 22 punktów – ale na znakomitej po przerwie defensywie zespołu z Detroit nie zrobiło to dużego wrażenia.
Zespół J.B. Bickerstaffa wytrzymał presję i pewnie zdominował rywali po zmianie stron. W ostatniej kwarcie tego meczu mieliśmy już do czynienia z powolnym wgniataniem Magic w ziemię – Pistons pozwolili Magic zdobyć zaledwie 8 punktów, sami uzyskują ich aż 31. Nokaut!
Magic spudłowali wówczas aż… 23 rzuty z gry z rzędu.
Świetna gra drużyny z Michigan to w największej mierze zasługa Cade’a Cunninghama (32 pkt, 10 zbiórek, 4 przechwyty) oraz Tobiasa Harrisa (22 pkt, 10 zbiórek). Słabiej tym razem wypadł lider gospodarzy Paulo Banchero, rzucając tylko 17 punktów na skuteczności z gry 20 proc. (4/20).
Kto wygra mecz nr 7 i zagra w kolejnej rundzie ze zwycięzcą starcia Cavs – Raptors? Przekonamy się w niedzielę – starcie w Detroit już o godz. 21.30 czasu polskiego.
Cunnungham wydawał się na nie gotowy już chwilę po zakończeniu meczu nr 6.
Zapowiadają się gigantyczne emocje!