Strona główna » Tomasik: Prezes Sokoła Łańcut kłamie. Oto jego trzy grzechy główne
PLK

Tomasik: Prezes Sokoła Łańcut kłamie. Oto jego trzy grzechy główne

0 komentarzy
Wbrew oświadczeniu wydanemu w środę przez zarząd Sokoła Łańcut – żadne zaległe pensje wciąż nie wpłynęły na konta koszykarzy. Prezes klubu z Podkarpacia publicznie kłamie. Odnosząc się do naszej redakcji we wręcz kuriozalnie komediowy sposób rozmija się z prawdą. Momentami nie sposób się powstrzymać od śmiechu, ale tak naprawdę sytuacja jest wyjątkowo smutna. Dla kibiców z Łańcuta – nawet przygnębiająca.

Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>

Odrobina sznytu, poczucie odpowiedzialności za czyny i wypowiadana słowa oraz zdolność do wzbudzania zaufania – to cechy, które powinny charakteryzować prezesa każdego klubu, pragnącego uchodzić za profesjonalny. Po wydarzeniach ostatnich kilku dni nabrałem podejrzenia graniczącego z pewnością, że prezes klubu z Łańcuta Bartłomiej Detkiewicz przynajmniej dwóch z nich nie posiada.

No chyba, że miał wyjątkowo zły dzień.

Lub dwa.

W środę zarząd Sokoła Łańcut wydał komunikat (jego pełną treść możecie przeczytać TUTAJ) będący odpowiedzią na nasz wtorkowy artykuł. Informowaliśmy w nim o potwornym zatorze finansowym, z którym zmaga się klub z Podkarpacia.

Gdyby oceniać kompetencje prezesa Sokoła do dalszego prowadzenia klubu tylko i wyłącznie po tym, jak zarządzał sytuacją kryzysu wizerunkowego, w którą sam jako prezes klub wpędził, powinien zostać po prostu zdymisjonowany. Abstrahując od głównej winy, czyli faktu, że jego klub nie płaci swoim pracownikom/zawodnikom za wykonywaną pracę – w ciągu kilkunastu godzin Detkiewicz popełnił trzy grzechy – jeden kalibru ogromnego i dwa mniejsze.

Grzech numer 1, mniejszy: chowanie głowy z piasek

O tym, że Sokół ma problemy finansowe mówiło się już od pewnego czasu. Po cichu. W poniedziałek nie była to już dla nikogo choć trochę zorientowanego w koszykarskim środowisku żadna tajemnica. Powód? Agenci zagranicznych zawodników reprezentujących barwy Sokoła zaczęli rozsyłać oferty zatrudnienia swoich klientów do innych klubów. Także tych z PLK.

Chciałem, aby do sytuacji odniósł się prezes Detkiewicz. Nie odebrał telefonu, lecz poprosił o przesłanie SMS-a. Po zapoznaniu się z prośbą o kontakt w sprawie komentarza nt. „ogólnej sytuacji prowadzonego przez siebie klubu” – obiecał oddzwonić. Ale po chwili się rozmyślił. Na ponowne pytanie – czy na pewno „nie zdobędzie się na jakikolwiek komentarz?”, odesłał nas do planowanego na kolejny dzień klubowego komunikatu.

Co przeczytaliśmy w środę w komunikacie?
„(…) wskazujemy na znaczenie bezpośredniego kontaktu z nami przed ewentualną publikacją – zawsze jesteśmy gotowi udzielić odpowiedzi na wszelkie pytania (…)”

Grzech numer 2, główny: kłamstwo

Co jeszcze przeczytaliśmy?

„Choć zawodnicy nie otrzymali do tej pory pełnych należności wynikających z kontraktów, do chwili obecnej wypłacone zostało ponad 50% ich wartości. Po wczorajszym (24.10.2023) spotkaniu z zawodnikami i sztabem podjęte zostały decyzje dotyczące uregulowania zaległości w najbliższych dwóch tygodniach”.

Kłamstwo. Po prostu.

By się utwierdzić w takim przekonaniu wystarczy znać podstawowe reguły rządzące takimi ligami jak PLK. Sprawa jest tu banalnie prosta, bo kończy się dopiero trzeci miesiąc sezonu (licząc okres przygotowawczy). Gdyby Sokół faktycznie zapłacił swoim zawodnikom „ponad 50 proc. wartości kontraktów”, agenci jego koszykarzy nie mieliby obecnie prawa oferować usług Adama Kempa, Coreya Sandersa czy Tylera Cheese’a innym klubom. Byłoby to jawne naruszenie warunków umowy między ww. zawodnikami a klubem z Łańcuta.

Sytuacja, w której zawodnicy profesjonalnego klubu koszykówki, jak w środę ci z Łańcuta, z niecierpliwością co jakiś czas sprawdzają stan konta „bo może coś wpłynie, bo skoro prezes tak publicznie zapewnił, to może jednak już wcześniej, dosłownie z samego rana, coś wysłał?” – urąga jakimkolwiek standardom.

Nie wpłynęło.

Pomyślcie teraz – co muszą czuć ci zawodnicy? We wtorek, wiedząc jaka jest sytuacja klubu – jeszcze przed naszą publikacją – zgodzili się poczekać na lepsze czasy „do końca przyszłego tygodnia, przynajmniej do kolejnego piątku”. W środę przekonali się, że prezes jest zdolny do publicznego kłamstwa. Jest czwartek. W co mają wierzyć dzisiaj?

Grzech nr 3, mniejszy: brak profesjonalizmu

Przechodząc do spraw mniej istotnych, jeśli chodzi o przyszłość koszykówki w Łańcucie, która pozostaje w całej sprawie najważniejsza – jesteśmy zmuszeni (powstrzymując łzy wzruszenia) sprostować jeszcze jeden błąd z wystosowanego przez zarząd Sokoła oświadczenia.

Co przeczytaliśmy?

Prawdziwą perełkę!

„Z głębokim niezadowoleniem odnieśliśmy się do artykułu opublikowanego w serwisie Super Basket. Jesteśmy niepocieszeni formą i wydźwiękiem owego tekstu, który stawia nasz klub w niekorzystnym świetle. Stanowczo odrzucamy przedstawione w nim tezy. Jednakże mając na uwadze początkowy etap rozwoju serwisu oraz młodzieńczy wiek jego dziennikarzy, nie zamierzamy podejmować w tej kwestii drastycznych kroków.”

Definicja „młodzieńczego wieku” prezesa Detkiewicza wygląda na rekordowo szeroką. Szerzej zainteresowanych metryką założycieli oraz autorów naszego portalu zapraszamy do „suplementu” na końcu tego tekstu.

Nad tym wystosowanym przez zarząd Sokoła komediowym zarzutem, a potem jakże łaskawym zawieszeniem kary w formie „braku drastycznych środków” przejdźmy jednak do porządku dziennego. Nawet jeśli moglibyśmy rozważyć czy tej części komunikatu – owszem – na pamiątkę sobie nie wydrukować i nie oprawić w ramki.

Dla kibiców Sokoła to jednak kolejna nieciekawa wiadomość.

Po pierwsze – okazuje się, że prezes ich klubu po prostu kompletnie nie czuje mediów i, najpewniej, panicznie się ich boi.

Po drugie wiemy, że ich nie zna i – nawet się do nich publicznie odnosząc – nie jest w stanie wykonać choćby minimalnego wysiłku, by je poznać. Żeby dowiedzieć się, że za SuperBasketem nie stoją żadni nastoletni adepci dziennikarskiego rzemiosła wystarczy otworzyć zakładkę „kontakt” na stronie głównej portalu.

Po trzecie – dowiedzieliśmy się też przy okazji, że prezes Detkiewicz władzą nieszczególnie lubi się dzielić. To nie jest tak, że nikt z pracowników Sokoła Łańcut nie zna założycieli i dziennikarzy SuperBasketu. Nie urwaliśmy się z księżyca, byliśmy w Łańcucie w trakcie jego gry w PLK. Gdyby prezes klubu – w chwili takiego kryzysu wizerunkowego – przygotowany przez siebie komunikat przed publikacją pokazał kilku współpracownikom, pewnie znalazłby się ktoś, kto by go wyprowadził przynajmniej z jednego błędu.

Jaki będzie epilog?

W Łańcucie pojawiliśmy się już podczas pierwszego dnia Sokoła w PLK – 22 września 2022 roku. To był pamiętny, wrześniowy mecz z Legią Warszawa. Sokół nie wydawał się wówczas szczególnie gotowy na starcie z czołówką najlepszych polskich klubów, a początek sezonu ten brak gotowości dobitnie potwierdził. Później jednak, niemalże wraz z pojawieniem się prezesa Detkiewicza, przyszli nowi sponsorzy, a także trener i nagle wszystko się odmieniło. To była piękna historia – od zera do bohatera!

Niewiele z niej zostało.

Ale niechby to był tylko jeden słabszy dzień prezesa Sokoła.

Niechby to był jedynie jeden słabszy finansowo kwartał klubu z Łańcuta!

Możemy tylko jeszcze raz przypomnieć puentę z wtorku: „Oby sytuacja finansowa klubu się znacząco poprawiła. Kibice z Łańcuta w czasie krótkiej przygody z PLK wielokrotnie udowodnili, że stanowią wartością dodaną w polskiej koszykówce na najwyższym poziomie.”


„Młodzieńczy” dziennikarze SuperBasketu

Założyciele portalu

Dziś młody (ojciec) Tomasz Sobiech, jeszcze w latach 90. zdobywał pierwsze mistrzostwo Polski dziennikarzy w koszykówce.

Michał Tomasik już w 1990 roku (moment powstania klubu z Łańcuta) zbierał taśmy na Sokoła, kilka lat później z młodzieńczą werwą organizował też pierwsze polskie Mecze Gwiazd, zarządzając tygodnikami „Basket” i „SuperBasket”.

Najczęściej publikujący współpracownicy

Piotr Karolak (rocznik 1969) – były reprezentant Polski, który rzut „o tapczan” i za 3 punkty szlifował zanim nadszedł XXI wiek i stało się to wśród środkowych modne, dziennikarsko faktycznie młody (i obiecujący!).

Michał Kawczyński (1991) sam z siebie się śmieje, że po raz pierwszy w życiu został stażystą, mając już trzydziestkę na karku i trójkę dzieci w domu.

Andrzej Tropaczyński (1978) czuje się bardzo młodo, ale często łapie się na braku wiary – w to, że od czasu, gdy skończył studia prawnicze minęło już 21 lat.

Aleksandra Samborska (uznaliśmy, że koleżanki o wiek pytać nie będziemy), wciąż wygląda na lat 20, choć pierwszą akredytację na mecz PLK odebrała w okolicach 2008 roku, a w swojej branży na stanowisku kierowniczym eventami zarządza „od zawsze”.

Grzegorz Szklarczuk (1988) – zapewnia, że młodo czuje się nie tylko ze względu na fakt, że jest nauczycielem języka polskiego w szkole przy ambasadzie polskiej w Berlinie.

Grzegorz Szybieniecki (1994) – czuje się młodo ciałem i duchem, lecz przyznaje, że pierwsze oznaki powagi zaczynają mu doskwierać – studia inżynierskie kończył w latach wielkiego Stelmetu, gdy tylko nieliczni wiedzieli, że klub z Zielonej Góry nie płaci na czas.

Krzysztof Podolski (2000) – już jakiś czas pełnoletni, ale wciąż – trochę faktycznie młodzieńczy stażysta!

Szymon Woźnik (1998) niedawno kończył studia prawnicze, ale stoi na stanowisku, że skoro w sporcie uznawanie 25-latków za młode talenty jest słabe, to już nie czuje się młodzieńczo.

Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>