Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>
Michał Tomasik: Czy to Twój pierwszy wygrany konkurs wsadów w karierze?
Xeyrius Williams: I jednocześnie pierwszy występ – jeśli chodzi o jej zawodową część. Raz brałem udział w podobnym wydarzeniu na poziomie szkolnym, grając w high school. Wtedy triumfował mój kolega z zespołu. Cieszę się z tego sukcesu, choć – prawdę mówiąc – był to raczej mój pierwszy i ostatni występ w tego typu rywalizacji.
Dlaczego? Gdybyś w kolejnym sezonie również występował w jednej z polskich drużyn, odmówiłbyś obrony tytułu mistrzowskiego?
OK, może wówczas – gdyby organizatorzy nalegali – mógłbym to rozważyć. Ale co do zasady, wolę zachować 100-procentową skuteczność w tego typu próbach. Raz wystąpić, raz wygrać i zejść ze sceny w roli zwycięzcy – ten scenariusz mi się naprawdę podoba.
Przygotowywałeś się jakoś specjalnie do sobotniego konkursu?
Nieszczególnie mocno, choć korzystałem z rad „Grabo”. Najważniejsze były dwie. Pierwsza mówiła, żeby bezpośrednio przed rozpoczęciem konkursu w ogóle nie dotykać piłki. Dobrze się rozgrzałem i porozciągałem, by nie narazić ciała na kontuzję i do rywalizacji czułem się gotowy już w trakcie czwartej kwarcie meczu Legia – Trefl. Jego ostatnie minuty trochę mi się dłużyły. Gdy już nasza rywalizacja się zaczęła, przypomniałem sobie drugą z rad „Grabo”: żeby dać się ponieść, i poczuć energię bijącą od publiczności w swoich nogach. Udało się.
Pochodzisz z Ohio, w NCAA reprezentowałeś m.in. barwy uniwersytetu w rodzinnego miasta LeBrona Jamesa. Jesteś fanem Cleveland Cavaliers?
Szczerze powiedziawszy – nieszczególnie. Prawda jest taka, że większość zawodowych drużyn z Ohio ma większe lub mniejsze problemy i jeśli decydujesz się na bycie ich kibicem, wybierasz ciężki żywot. Nie jestem nim zainteresowany (śmiech). Ale pozostaję oczywiście fanem LeBrona, jest niesamowity. Faktycznie, wspierał drużynę z Akron, w której występowałem. Graliśmy w sprzęcie sportowym, który dostarczała jego firma. Nigdy nie miałem okazji go spotkać osobiście, ale i tak mocno mu kibicuję.
W Europie grasz już od kilku lat, zaliczyłeś w tym czasie występy w kilku naprawdę solidnych ligach, m.in. w greckiej, izraelskiej i niemieckiej. W naszej grasz dopiero od kilku tygodni. Jak się odnajdujesz?
Znakomicie, bo mamy w Dąbrowie Górniczej świetny zespół ze świetnym trenerem i dużą wiarę w sukces. Sama liga jest niesłychanie wyrównana – przecież trzeci zespół w tabeli dzieli od dziesiątego różnica jednego zwycięstwa, to szaleństwo. Jeśli chodzi i poziom rozgrywek, też nie mam powodów do narzekań. Może w polskiej lidze nie występują zespoły z Euroligi, ale gra tu wielu świetnych koszykarzy, jest z kim rywalizować. Wygraną w meczu z ekipą z Euroligi mam już na koncie, gdy byłem koszykarzem Arisu pokonaliśmy Panathinaikos Ateny. Kibice w Salonikach byli kompletnie zwariowani na punkcie koszykówki i swojego zespołu.
MKS też ma oddanych fanów, ale mimo że w tym sezonie gra naprawdę dobrze, trybuny hali w Dąbrowie Górniczej jeszcze nie wypełniają się po brzegi.
I mam nadzieję, że to się zmieni, a ten obiekt się wypełni po brzegi, bo gra w basket przy komplecie publiczności – do której przywykłem – to świetna rzecz. Może hala MKS zapełni się, gdy awansujemy do playoff i w nim zaczniemy pisać swoją historię, bo przecież wtedy wszystko stanie się możliwe. A zespół mamy naprawdę silny. Sam zamierzam dołożyć w końcówce sezonu cegiełkę do jego sukcesów. Mogę grać na obu pozycjach skrzydłowego – nie robi mi to żadnej różnicy. Zawsze dawałem drużynom, w których występowałem dodatkowy zastrzyk energii i nie inaczej jest w MKS. Przyjemnie było zostać w sobotę najlepszym dunkerem polskiej ligi, ale jeszcze fajniej, że konkurs rzutów za 3 wygrał mój kolega klubowy, Dominik Wilczek. Mam nadzieję, że to tylko zapowiedź naszego mocnego uderzenia w końcówce sezonu zasadniczego.
Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>