Przecież historie „od zera do bohatera” fani sportu uwielbiają najbardziej, prawda?
1. Nickeil Alexander-Walker (Atlanta Hawks)
Nickiel to pochodzący z Toronto obrońca, którego nazwisko nieprzypadkowo kojarzy ci się z Shaiem Gilgeousem-Alexandrem. Obu łączą bliskie więzy rodzinne. Kuzyn aktualnego MVP ligi długo był znany przede wszystkim z nieustępliwej obrony, ale jego status w lidze nie był na tyle ugruntowany, by Alexander-Walker mógł zabezpieczyć swoją pozycję (i przyszłość) na stałe.
Gdy przed obecnym sezonem dołączył do Hawks – swojej czwartej drużyny na przestrzeni siedmiu sezonów spędzonych w NBA – wymagania były jasne. Po solidnym sezonie dla Minnesoty Timberwolves (6. miejsce w głosowaniu na najlepszego rezerwowego ligi) i dobrej grze w playoff podpisał czteroletni kontrakt o wartości 60 mln dol. Wyzwania? Miał głównie nie odstępować w defensywie najlepszych graczy rywali i pomagać Hawks zyskiwać nową twarz. Raczej w roli zmiennika.
Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Kontuzje Trae Younga i Kristapsa Porzingisa na początku sezonu kompletnie zmieniły oblicze zespołu. NAW zacząć oddawać więcej rzutów, co doprowadziło do erupcji statystycznej Kanadyjczyka. 20.8 punktu na mecz przy 40-procentowej skuteczności w rzutach za 3? Tego nikt się nie spodziewał. Nic dziwnego, że zagrał 71 razy w pierwszej piątce Hawks i w rozpoczynającej się w sobotę serii będzie się starał już w pierwszej rundzie playoff wyrzucić za burtę New York Knicks.
NAW całkiem niedawno udowodniał, że lubi grać przeciwko drużynie Jeremy’ego Sochana.
Dzięki swojej ciężkiej pracy udowodnił, że jego kontrakt był wart każdego dolara. W wieku 27 lat zdecydowanie ,,przerósł” rolę zawodnika 3&D.
Pozostali gracze z tej listy niewątpliwie chcieliby podążyć jego śladami.
2. Ryan Rollins ( Milwaukee Bucks)
Milwaukee Bucks jeszcze przed rozpoczęciem sezonu stracili – a właściwie pozbyli się – Damiana Lillarda, obok Giannisa drugiego najlepszego zawodnika drużyny z Wisconsin. Po tak drastycznym ruchu mogło się wydawać, że Doc Rivers ze swoimi asystentami nie będą mieli komu przydzielić roli kreowania gry i odpowiedzialności z tym związanej.
Pomijając nieudany sezon drużyny (32-50), dość szybko okazało, że odpowiedź na zagwozdkę trenera była na wyciągnięcie ręki. Okazał się nią Ryan Rollins. Chłopak który kilka lat wcześniej nie otrzymywał żadnych propozycji z dobrych drużyn NCAA, ale od początku przygody z koszykówką chciał udowodnić wszystkim, jak bardzo się w ocenie jego umiejętności wszyscy dookoła mylą.
Przełom nie nastąpił bezpośrednio po wejściu do NBA. Rollins został wybrany z 44 numerem w drafcie 2022. Trafił do Golden State Warriors, ale jego przygoda w San Francisco nie trwała długo. Po debiutanckim roku, w którym grał jedyne 5 minut na mecz, został wymieniony do Washington Wizards.
Klub będący pośmiewiskiem NBA ostatnich lat niedługo później zwolnił Rollinsa, nie chcąc się nawet upewnić czy w nim naprawdę nie ma żadnego talentu.
Może dlatego, że Rollins – z nie do końca wyjaśnionych przyczyn – dokonywał drobnych kradzieży w sieci Target? Z jakiej przyczyny 21-letni zawodnik NBA z rocznym kontraktem zapewniającym 1.7 miliona dolarów okradał sklepy spożywcze? Możemy się tylko domyślać, że to był efekt problemów natury psychicznej, które – jak się wtedy wydawało – mogły go pozbawić gry w najlepszej lidze świata.
Bucks zdecydowali się jednak dać mu potencjalnie ostatnią szansę na spełnienie marzeń. Najpierw podpisali z nim two-way contract, który zakładał również grę w G-league. Ryan w poprzednim sezonie powoli udowadniał swoją przydatność, grając prawie 15 minut na mecz o zasługując tym samym na nowy 3-letni kontrakt za astronomiczną – biorąc pod uwagę jego historię – sumę 12 mln dol.
Eksplozja talentu 23-letniego obecnie zawodnika nastąpiła już na początku tego sezonu. 25 punktów przeciwko New York Knicks o dwa dni później 32 przeciwko Golden State Warriors, czyli drużynie, która jeszcze dwa lata wcześniej go wymieniła.
To co początkowo wydawało się sensacją, ostatecznie stało się rutyną. 17.3 punktu na mecz, 5.6 asysty i ponad 40-procentowa skuteczność zza łuku? Ryan Rollins wygląda obecnie na gościa, który może spędzić w NBA kojejnych 10 lat.
3. Neemias Queta (Boston Celtics)
Portugalczyk istotną postacią NBA? A dlaczego nie!
Gdy debiutował w Benfice Lizbona mając 19 lat już po swoim drugim meczu zdecydował się przenieść do USA, by grać dla uczelni Utah State i przecierać szlak innym zawodnikom ze swojego kraju.
Po 3 latach gry w NCAA Neemias zdecydował się przystąpić do draftu NBA. Został wybrany z 39 numerem przez Sacramento Kings, gdzie – podobnie jak Rollins – na początku kariery musiał dzielić grę w G-league z tą na parkietach NBA.
Przygoda Quety w Kings nie trwała długo. Po dwóch sezonach został zwolniony z kontraktu, co skutkowało podpisaniem na tej samej zasadzie (two-way contract) umowy z Boston Celtics. Rozwój Quety postępował, jednak zupełnie inaczej niż w przypadku wielu innych zawodników z tej listy. Tutaj poziom rósł liniowo. Z meczu na mecz. Z sezonu na sezon. Queta stawał się mozolnie coraz lepszy.
Zaczynał w G-league, następnie był trzecim centrem Celtics – powoli budując swoją pozycję i po drodze zdobywając w roli dalekiego rezerwowego mistrzostwo NBA – aż do momentu, gdy okoliczności w postaci uboższego w talent składu pozwoliły mu na zdobycie miana podstawowego centra.
Pod względem przebytej drogi – trochę taki portugalski Marcin Gortat?
– Neemi spisał się znakomicie. Przybył 3-4 lata temu, wykazał cierpliwość, by budować karierę w NBA i w końcu przejął odpowiedzialność, zdobywając po drodze poczucie własnej wartości – chwali go trener Celtics Joe Mazulla.
Queta swoimi występami w NBA wnosi niepodważalny wpływ na rozwój koszykówki w swojej ojczyźnie.
4. Tyler Kolek (New York Knicks)
Jeśli spojrzeć na statystyki Kolka, można dojść do wniosku, że średnia nieco ponad 4 punktów na mecz na przeciętnej skuteczności to nic specjalnego. Ot, jeden z wielu zawodników NBA wchodzących na boisko na ostatnich minutach rozstrzygniętych meczów.
Ale koszykarz z Rhode Island to jednak ktoś więcej! W kilku meczach tego sezonu miał naprawdę niebagatelny wpływ na grę Knicks, zdobywając uznanie kibiców w MSG. Pamiętacie to bożonarodzeniowe starcie z Cavs?
Tyler spędził 4 lata w NCAA i także dzięki temu świetnie dopasował się do swojej roli. To w końcu casus wielu ,,weteranów uniwersyteckich”.
Nie ma w sobie potencjału, by zostać jedną gwiazdą ligi, ale jego „sportowa podłoga” jest już teraz na tyle wysoko, by mógł wesprzeć drużynę w newralgicznych momentach.
To właśnie robi. Gdy Knicks grali trzy ostatnie mecze turnieju NBA Cup (ćwierćfinał, półfinał i finał) w systemie „win or go home” zaliczył w nich wskaźnik +/- na poziomie +45. W playoff na pewno też ma ambicje się pokazać.
Także przy okazji rywalizacji z Nickeilem Alexander-Walkerem!
5. Bracia Spencer
Ich historia jest z jedną z najciekawszych spośród tych, które przyniósł obecny sezon NBA.
Grają w dwóch różnych drużynach, ale przez fakt, że przełomowy sezon dla zarówno Cama jak i Pata nastąpił w tym samym czasie, nie sposób te historie rozdzielić.
Pat Spencer (Golden State Warriors) – ktoś więcej niż GOAT lacrossa
Każdy zna lub znał takiego dzieciaka, który chce być najlepszy w danej dziedzinie sportu. Trenuje i zarywa nocki, by robić postępy, spełnić marzenia. Wyobraź sobie, że temu dzieciakowi pomimo wielu przeciwności losu się udaje. W końcu staje się najlepszy zawodnikiem w wybranej przez siebie dyscyplinie.
Tak wyglądała przygoda Pata Spencera z Lacrossem. Jak ze snu!
Pat zdobywał nagrodę za nagrodą, stając się najlepszym asystentem i atakującym ligi, aż w końcu dotarł na sam szczyt – był najlepszym graczem w całej Ameryce! Jeśli nie słyszałeś o tej historii, warto ją nadrobić:
W tym miejscu powinna się skończyć, prawda? Najlepszy młody zawodnik trafia do profesjonalnej ligi i kontynuuje karierę. Ale nie – nie w przypadku Spencera. On poświęcił swój ostatni rok gry na uczelni koszykówce. Z nadzieją trafienia do draftu NBA.
Nie udało się. Również ze względu na skrócony z powodu pandemii koronawirusa sezon 2019/20. Spencer trafił do Europy. Mógł być dostępny także dla drużyn PLK, skoro zagrał dla Hamburg Towers.
Później przeniósł się do G-league, gdzie ciężką pracą zasłużył sobie na szansę w NBA.
W tym sezonie, zbliżając się do swoich 29. urodzin, zaliczył kilkanaście występów w barwach Golden State Warriors na minimum 10 punktów, a dzięki swojej boiskowej charyzmie stał się ulubieńcem wielu fanów.
Nie tylko tych z San Francisco!
Cam Spencer (Memphis Grizzlies) – przecież to się nie mogło udać
Cam też przez jakiś czas dzielił grę w koszykówkę i lacrosse, ale młodszy z braci podjął decyzję o wyborze koszykarskich marzeń wcześniej. Już w szkole średniej. Na początku ta decyzja nie wyglądała zbyt korzystnie – brak zainteresowania ze strony uczelni pod kątem koszykarskim i zero gwiazdek rekrutacyjnych, pomimo napisania setek listów do trenerów w całym kraju.
Cam najczęściej nie dostawał żadnych odpowiedzi. Ostatecznie został przyjęty przez uniwersytet Loyola. Ten sam, na którym w lacrossie sukcesy odnosił Pat.
Ale ciężka praca popłaca! Dwa lata później był już w UConn Huskies – jednej z najlepszych drużyn NCAA, gdzie zawziętość i charakter Spencera idealnie dopełniały się z filozofią gry zespołu. 14 punktów na mecz i tytuł mistrzowski robiły wrażenie.
Ostatecznie Spencer został wybrany z 53 wyborem w drafcie przez Pistons, a później szybko wymieniony do Memphis. Tam już w drugim sezonie spędzał na boisku niemal 24 minuty w każdym meczu. Zdobywał 11 punktów na mecz, pomagając budować nową tożsamość Memphis Grizzlies.
Przed nim (i klubem) jeszcze daleka droga, ale możemy być pewni, że Spencerowi chęci do pracy nie zabraknie. Jest o trzy lata młodszy od brata, powinien być lepszy.
6. Moussa Diabate (Charlotte Hornets)
Rodowity paryżanin z afrykańskimi korzeniami od dziecka często zmieniał miejsce zamieszkania. Przeprowadzał się z mamą wielokrotnie. Zmieniali nie tylko kraje, ale też kontynenty. Gdy w końcu trafił na Florydę – zmieniał szkoły średnie. Aż trzykrotnie.
Później Moussa zadeklarował grę dla Michigan, ale już po roku spędzonym na uczelni okazało się, że ma szansę na wybór w drafcie NBA. Został wybrany w drugiej rundzie przez LA Clippers, lecz ci już po dwóch latach nie zdecydowali się przedłużyć z nim umowy.
To wtedy Diabate dostał szansę od Charlotte Hornets. Na początek był to tylko two-way contract. Podążając ścieżką wielu zawodników z tej listy Moussa ciężko pracował, w efekcie czego w tym sezonie dostał szansę jako podstawowy center Hornets . W dużym stopniu zrewolucjonizował grę swojej drużyny, pomagając jej odwrócić losy fatalnie układającego się przez pierwszą część sezonu.
Szkoda, że ostatecznie elektryzujących Hornets w playoff nie obejrzymy. Możecie być jednak pewni jednego – Diabate to ktoś więcej niż gość, który szuka na boisku koszykarskich starć bokserskich.
Znajduje się wśród Top 5 zawodników najlepszych na ofensywnej desce w całej NBA. Spudłowany rzut często oznacza szansę na ponowienie akcji. Ta zasada w Hornets działa imponująco, głównie dzięki Francuzowi.
Diabate był potrzebny Hornets, to jest pewne. Ale i Charlotte byli potrzebni Moussie. Już nie możemy się doczekać nowego sezonu w ich wykonaniu.
Jednego można być pewnym – Hornets wykorzystają opcję drużyny w kontrakcie tego zawodnika na kolejny sezon albo zaproponują mu nową umowę. Za niespełna 2.5 mln dol. mogą mieć świetnego podkoszowego, który ma dopiero 24 lata, a już notuje średnio 7.9 pkt i 8.7 zbiórki w każdym meczu, spędzając na boisku średnio zaledwie 26 minut.
7. Sandro Mamukelashvili (Toronto Raptors)
Nie jest ani pierwszym gruzińskim koszykarzem w NBA, ani jedynym obecnie (Goga Bitadze gra dla Orlando Magic), ale jest pierwszym Gruzinem, który nie mając ponad 210 cm wzrostu ogrywa w najlepszej lidze świata tak ważną rolę (sorry, Tornike Shengelia).
Mamukelashvili w NBA od początku musiał mocno walczyć o swoją pozycję. Taki stan rzeczy często wymusza u graczy pochodzących spoza USA poświęcenia. Często wiążą się z odpuszczeniem gry dla kadry latem na rzecz treningu i szlifów umiejętności w trakcie offseason pod okiem sztabu drużyn NBA.
Nie z „Mamu” takie numery! On nie odpuścił on żadnego letniego zgrupowania kadry poza rokiem, gdy został wybrany w drafcie.
Łącząc oddanie Mamukelashviliego kadrze narodowej z postępami jakie poczynił bardzo łatwo zacząć kibicować sympatycznemu Gruzinowi. W tym sezonie po zmianie ciepłego Teksasu na mroźne Toronto dostał ważniejszą rolę w zespole i w pełni ją wykorzystuje. Ma za sobą najlepszy statystycznie rok w NBA (to już 11.2 pkt i 4.9 zbiórki!), a być może ze swoimi Raptors wcale nie powiedział jeszcze ostatniego słowa?
Seria playoff z Cavs rozpoczyna się już w sobotę o godz. 19 czasu polskiego!
8. Daniss Jenkins (Detroit Pistons)
Nikt oprócz Jenkinsa i jego bliskiego przyjaciela Marcusa Sassera nie wierzył w powodzenie marzeń dwóch młodych koszykarzy o tym, by zagrać w NBA.
Lada moment obaj w składzie Pistons, najlepszej drużyny Wschodu, rozpoczną walkę o to, by zszokować koszykarski świat. Dni, tygodnie, miesiące i lata spędzone na treningach w garażu przyniosły niesamowity sukces.
Ta droga w przypadku Jenkinsa prowadziła przez wiele mniejszych uczelni, w tym grę w tzw. „juco” (junior college), by tylko przedłużyć szansę gry dla lepszego uniwersytetu. Taką możliwość Daniss dostał dopiero pod okiem słynnego trenera określanego mianem ,,ojca chrzestnego” uczelnianej koszykówki – Ricka Pitino.
Rok spędzony na St John’s University był kluczowy dla jego kariery. Dzięki niemu otrzymał szansę w okolicach NBA.
Najpierw oczywiście musiał łączyć grę w G-League z tą dla Pistons, ale już w obecnym sezonie – dopiero drugim w NBA – na Jenkinsa postawiono w pierwszym zespole. To była decyzja, z której trenerzy Pistons mogą być dumni. Daniss jest obecnie obok Isaiaha Stewarta najważniejszym rezerwowym zespołu.
To w dużej mierze dzięki niemu w końcówce sezonu Pistons nie odczuli braku Cade’a Cunninghama!
9. Collin Gillespie (Phoenix Suns)
26 stycznia 2017 roku Collin był zawodnikiem lokalnej katolickiej szkoły w Filadelfii. Wchodząc w swój ostatni, czwarty rok w high school nie miał na stole żadnych ofert od uczelni.
Na tym etapie czytania tego artykułu może się to wydawać rutyną, ale w szerszym obrazie graczy występujących w NBA – jest to jednak wciąż odstępstwo od reguły.
Tamtego dnia historia Gillespiego miała się jednak diametralnie zmienić. Jego drużyna grała z bardzo dobrym zespołem Neumann-Goretti. Przy pełnych trybunach. Obecny rozgrywajacy Phoenix Suns rzucił 42 punkty i jego szkoła wygrała 82:73.
Co sprawiło, że to był przełomowy moment kariery dla Collina? Na widowni był obecny trener jednego z lepiej zarządzanych programów w NCAA – Jay Wright (Villanova). Na jego uczelni Gillespie spędził 5 lat. Już w swoim pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo, a później rozwijał się pod okiem najlepszych trenerów akademickich w Stanach Zjednoczonych.
W NBA początkowo zaliczył umiarkowanie dobry sezon dla Nuggets. Rok temu podpisał krótką umowę z Phoenix. W pierwszym sezonie nie wyróżniał się niczym szczególnym. Dopiero po odejściu Kevina Duranta oraz Bradleya Beala skorzystał z ,,dziury” jaką obaj wysoko opłacani zawodnicy zostawili po sobie w rotacji drużyny z Arizony.
W sezonie 2025/26 jest już głównym rozgrywającym Suns, dając więcej wytchnienia Devinowi Bookerowi, który może skupić na tym co robi najlepiej – czyli na zdobywaniu punktów. Ze średnimi na poziomie 13/4/5 może w spokoju czekać na lato. Jako niezastrzeżony wolny agent doczeka się propozycji dużo wyższych od niespełna 2.4 mln dol, które otrzymuje w tym sezonie.
Ten 26-latek jest wart zdecydowanie większych pieniędzy!
10. Ajay Mitchell (Oklahoma City Thunder)
Jeden z dwóch Belgów, grających obecnie na parkietach NBA. Może mieć jeszcze bardziej świetlaną przyszłość od Toumaniego Camary z Portland Trail Blazers!.
Ajay został wybrany przez OKC z 38 wyborem w 2024 roku. To gracz o całkiem przeciętnych – jak na NBA – parametrach fizycznych. Rzut? Dobry, ale to nie jest gracz, który wyskakuje z ekranu. Także to czyni go kluczowym trybikiem w maszynie, jaką są broniący tytułu Thunder w tym sezonie.
Rozumienie gry, koszykarskie IQ – porównania do Jamesa Hardena nie wzięły się znikąd. Obaj są – lub byli – zmuszeni do wychodzenia do gry w barwach Thunder z ławki, gdy zespół z Oklahomy walczy o tytuł. Obaj, pomimo braku obecności w wyjściowej piątce, stali się nieodzowną częścią sukcesu drużyny. W przypadku Mitchela od obecnego sezonu.
Jak się uprzeć – można tu dostrzec także porównania do innych wybitnych zawodników. Historia Mitchella od początku kariery jest zbliżona do tej Hardena, ale styl gry przypomina on też co nieco swojego klubowego kolegę Shai’a Gilgeuousa-Alexandra czy nawet… Lukę Doncicia?
OK, nie czytajcie tego jako frazy „Ajay Mitchell będzie kiedyś grał jak Luka”. Nie będzie. Faktem jest jednak, że pojedyncze momenty w wykonaniu zawodnika OKC podrzucają myśl, że Thunder mogli znaleźć swojego ,,mini Lukę”.
13.6 punktu, 3.6 zbiórki i 3.3 asysty 23-latka świadczy tylko o jednym: Thunder podpisując z nim rok temu trzyletnią umowę na niespełna 9 mln dol. ubili znakomity interes. To obecnie jeden z cenniejszych kontaktów w NBA!
W playoff Mitchell też będzie błyszczał! Czasy, gdy był wybierany w drafcie i towarzyszyli mu tylko najbliżsi na dobre minęły.
Pozostają co najwyżej aktem oskarżenia New York Knicks, którzy oddali tego zawodnika Thunder za czapkę gruszek.