O tym, że na EuroBasketach zwycięża się przede wszystkim charakterem, my, Polacy wiemy ostatnimi czasy jak mało kto. Do świętowania historycznych chwil niezbędni bywają liczni i głośni kibice. W sobotę blisko 2000 fanów z Islandii miało ponieść dziś swoją reprezentację do pierwszej wiktorii na koszykarskich mistrzostwach Europy.
Rychło w czas, bo to już ich trzeci turniej w ciągu ostatnich 8 lat!
Islandczycy mieli charakter, gorący doping i mniejszą lub większą kontrolę przez ponad 30 minut w tym meczu… Zabrakło im tylko odpowiedzi na jedyny run Belgów. Ten decydujący…
Mecz celnym rzutem spod kosza otworzył mierzący 215 centymetrów Tryggvi Hlinason. Klubowy kolega Tomka Gielo z ubiegłego sezonu w barwach Bilbao ofensywną zbiórkę po niecelnym rzucie swojego kapitana – wielkiej gwiazdy islandzkiego sportu i jedynego Islandczyka z doświadczeniem euroligowym – Martina Hermannsson, zamienił na wsad. Dał tym samym i sobie, i drużynie sygnał, że będzie gotowy do pełnej dominacji. A także indywidualnej powtórki z czwartku, gdy w starciu z Izraelem zanotował double-double. W sobotę do 20 oczek też dołożył 10 zbiórek.
Dowodzeni przez Elvara Fridrikssona Islandczycy lepiej bronili, wygrywali pojedynki 1 na 1, szybko biegali, komunikowali się i autentycznie nakręcali każdą udaną akcją. Nowy rozgrywający Anwilu chętnie atakował Manu Lecomte’a, a gdy nie było z tego punktów, momentalnie wracał do defensywy, by i tam prowadzić swój zespół.
Na pierwszy rzut oka, obiegowe opinie sugerujące, że trochę przypomina stylem gry Kamila Łączyńskiego wydają się mieć w sobie niemało racji.
Czy w Hali Mistrzów flow z Rottweilerami złapie większy niż Luke Nelson, ten rozczarowujący na boiskach PLK rozgrywający wątpliwej jakości reprezentacji Wielkiej Brytanii? Trudno w to wątpić.
W sobotę na przerwę Islandczycy schodzili więc z zapasem czterech punktów i, wydawało się, także ze sporą przewagą mentalną.
Drugą połowę trzema celnymi rzutami z linii rzutów wolnych otworzył Fridriksson. Po drugiej stronie Lecomte, tak dobrze znany z ostatniego sezonu w barwach Startu Lublin, starał się narzucać meczowi większe tempo. Belga nie wytrącały z równowagi ani blok z pomocy Hilmara Henningsona ani potężna czapa od Hlinasona. Konsekwentnie rozgrywał akcje, choć, podobnie jak w czwartek, borykał się z bardzo słabą skutecznością z gry (łącznie 5/19 z gry).
Publiczność podczas trzeciej kwarty szalała, gdy z dystansu trafiał Gudumunddson, a po chwili widowiskowym alley-oopem popisywał się duet Steinarsson – Hlinason. Chwila oddechu dla Lecomta pozbawiła Belgów kreatora, ale celna trójka jego zmiennika – Nielsa Van Den Eynde na minutę przed końcem trzeciej kwarty zbliżyła oba zespoły na dwa posiadania.
Kiedy wydawało się, że w czwartej kwarcie niewiele może już się zmienić, a obdarzony niesamowitym zaufaniem kolegów Lecomte pudłował kolejny – i jeszcze kolejny! – rzut, wyższy bieg w walce z islandzkim olbrzymem postanowił włączyć jedyny euroligowy zawodnik Belgii – Ismael Bako.
Najpierw wywalczył dla siebie miejsce pod koszem i trafił wolne, a chwilę później pomógł wymusić faul w ataku najbardziej ogranego w Europie Islandczyka – Martina Hermannssona. Zaraz potem dwa punkty z linii dołożył faulowany po zbiórce w ataku Loic Schwartz i tak Belgia wyszła na swoje pierwsze od ponad 30 minut prowadzenie – 63:62.
Wtedy tryb lidera uruchomił Lecomte, który zakończył belgijski run i cały mecz charakterystycznym rzutem z pomalowanego i czterema celnymi osobistymi. 15 sekund przed końcem Islandia miała jeszcze szansę na remis, ale po time-oucie nie potrafiła wyprowadzić piłki z autu.
Załamany Fridriksson zatrzymał się w strefie rozmów z dziennikarzami i cierpliwie rozmawiał z każdym zainteresowanym.
– Gdybym wiedział dlaczego nagle nasza gra się zatrzymała, a następnie załamała, nigdy bym do tego nie dopuścił, zrobiłbym wszystko, by to naprawić – mówił w rozmowie ze mną. – To nie seria punktów Lecomte’a z końcówki rozstrzygnęła ten mecz. Nasz pomysł na zatrzymanie tego zawodnika został w dużej mierze zrealizowany. Mimo porażki nie poddamy się, wciąż będziemy walczyć o spełnienie naszego marzenia i pierwsze zwycięstwo w EuroBaskecie w historii. Piłka wciąż będzie w grze, dla nas jeszcze co najmniej przez pięć dni – dodawał Fridkriksson.
Tłumu islandzkich kibiców w sobotę naprawdę mogło być żal. Ich wygrana to miała i mogła być jedna z tych historii, za które kochamy koszykówkę. Przecież w Belgii każdy kibic ma świadomość, że ich reprezentacja przyjechała do Katowic pozbawiona 7 podstawowych zawodników. Kibiców z tego kraju rzucających się w oczy na trybunach w sobotę nie było więcej…
Jutro Islandia spróbuję zszokować koszykarską Europę ponownie. O godz. 20.30 zagra z Polską.