„Obecna koszykówka to gra runów” – lubią mawiać trenerzy. W sobotnim półfinale rozgrywanego w Atenach turnieju przedolimpijskiego, tak naprawdę run był tylko jeden – 13:0, którym Grecy rozpoczęli spotkanie ze Słowenią i po którym ich rywale już się nie podnieśli. Ustawiony na pozycji centra Giannis Antetokounmpo (13 pkt) i mijający z łatwością pierwszą linię obrony Nick Calathes (9 pkt i 11 as.) bardzo szybko zmusili szkoleniowca Słoweńców Aleksandra Sekulicia do wzięcia przerwy na żądanie.
Luka Doncić, główna nadzieja Słoweńców na ponowny występ na igrzyskach olimpijskich, rozpoczął spotkanie równie słabo, co jego koledzy. Prawdziwa katastrofa przydarzyła się jednak dopiero wtedy, gdy na ostatnie 90 sekund pierwszej kwarty usiadł na ławce. Pozwoliło to Grekom dodatkowo powiększyć przewagę. A ostatnie w niej punkty zdobył rzutem z 9. metra Vasileios Toliopoulos (17 pkt).
Reprezentacja Słowenii próbowała się jeszcze z tego ciosu otrząsnąć. Goście rozstawili namiot w swoim polu 3 sekund i starali się zmusić Greków do rzutów z dystansu, szczególnie tradycyjnie słabego w tym Calathesa (0/5). W 2. kwarcie przyniosło to efekt. Słowenia na przerwę zeszła z „tylko” 14-punktową stratą (33:47), a koszykarze gospodarzy trafili ledwie 5 z 18 „trójek”.
Po zmianie stron do Toliopoulosa (4 na 4 za 3) dołączyli jednak Thomas Walkup (19 pkt, 3×3) i Giannoulis Larentzakis (9 pkt,3×3) i Grecy ponownie łatwo odskoczyli rywalom. Jedynym zagrożeniem ze strony Słowenii oprócz Doncicia (21 pkt, ale też aż 10 strat) był naturalizowany w czerwcu Josh Nebo (17 pkt). To było jednak o wiele za mało.
Grecja wygrała ostatecznie aż 96:68 i z wypoczętym Giannisem (zaledwie 21 minut w grze) może ze spokojem czekać na wynik drugiego półfinałowego spotkania, w którym Chorwacja zmierzy się z Dominikaną. Słowenia za to straciła ostatecznie szansę na poprawienie 4. lokaty z igrzysk olimpijskich w Tokio.