MKS Dąbrowa Górnicza – Arriva Twarde Pierniki Toruń 98:101
Trochę nieładnie jest skreślać szanse drużyny na utrzymanie już w połowie sezonu, ale naprawdę nie wiem jakim cudem MKS miały odrobić w trakcie drugiej rundy trzy punkty straty do rywali zajmujących „bezpieczne” miejsce w tabeli. A właściwie cztery! Pod względem sportowym widzę obecnie dwie drużyny, które ekipa Borisa Balibrei mógłaby przynajmniej próbować gonić – Zastal i pogrążoną w kryzysie Spójnię. Kłopot w tym, że i z jedną i drugą ma też po pierwszej rundzie kilkunastopunktowe porażki na koncie.
Sytuacja wydaje się beznadziejna. Właściwie, gdybym miał obecnie wymyślać najlepszy możliwy scenariusz dla klubu z Dąbrowy Górniczej, zakładałby on sportowy spadek, z jednoczesnym utrzymaniem stabilnej kondycji finansowej. W zespole panuje totalny sportowy bałagan. Doceniam 41 punktów Teyvona Myersa, bo to zawsze na zawodowym poziomie gry w koszykówkę osiągnięcie, ale gdy trójka Amerykanów oddaje 70 procent rzutów całego zespołu to – nie chciałbym być w skórze koszykarzy tworzących tak zwaną resztę zespołu. Oby tylko klub nie zaczął wykonywać kolejnych nerwowych, panicznych ruchów, które mogłyby go pognębić finansowo na dalszą przyszłość.
Twarde Pierniki, jeśli tylko do gry i wysokiej formy wróci Aljanz Kunc, z drużyn, które obecnie zajmuję miejsca 10-15 z takim samym bilansem 6-9 mogą okazać się w drugiej połowie sezonu najpoważniejszym kandydatem do walki o grę w fazie playin. Ten zespół naprawdę wygląda całkiem poważnie.
Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski – Orlen Zastal Zielona Góra 84:70
Pod względem sportowym – najsłabszy mecz 15. kolejki. Przekonywałem wszystkich od dawna, że Stal jeszcze w tym sezonie zagra w playoff i bynajmniej z tego typu się póki co nie wycofuję – ale przyznaję, że pamiętając o nim, jestem zmartwiony, gdy spoglądam na grę tej drużyny.
Mam wrażenie, że trener ostrowian Andrzej Urban trochę zbyt mocno trzyma się schematów taktycznych, które przypominają styl pracy jego mentora Igora Milicicia. Ciekaw jestem, czy w drugiej części rozgrywek, mając już do dyspozycji Aigarsa Skele – dość wszechstronnego rozgrywającego – odważy się na nieco przewrócić stolik i zaryzykować. Powinien, bo przecież spadek tej drużynie nie grozi!
W Zielonej Górze odtrąbiono już sukces po wygraniu sześciu meczów z Walterem Hodge’em. Patrząc na sytuację MKS – być może słusznie, ale drużyna z Zielonej Góry, aby mieć kompletny spokój powinna szybko znaleźć następcę Portorykańczyka.
PGE Spójnia Stargard – Dziki Warszawa 66:84
Bardzo cieszę się z awansu Dzików do turnieju finałowego o Puchar Polski, bo mogą do niego wnieść sporo świeżości. Nie zdziwię się, jeśli to właśnie ekipa Krzysztofa Szablowskiego, prezentując swoją wyrachowaną, powolną koszykówkę okaże się czarnym koniem w turnieju, w którym finaliści będą musieli rozegrać trzy mecze w trakcie 3 lub 4 dni.
Nikola Radicević w pierwszym meczu w barwach Dzików potwierdził, że rzucać lubi, choć nie bardzo potrafi. 1/8 za 3 mówi w tej kwestii wszystko. Widać, że to gracz bardzo pewny siebie. Organizacja gry warszawian z nim w porównaniu do tej z Rickeyem McGillem to było jak niebo i ziemia.
Spójnia? Wypadałoby pomilczeć, by nie kopać leżącego. Skoro już sam Andrej Urlep po meczu przepraszał kibiców, to musi być tam naprawdę źle. Albo bardzo źle. Trey Davis nie okazał się zbawcą, nie wypadł lepiej od Ta’lona Coopera.
Jeszcze a propos narzekania Damiana Krużyńskiego na metody pracy trenera Urlepa. Słoweniec zawsze był szkoleniowcem typu „krzykacz”. Osobiście mam wrażenie, że przed laty krzyczał dużo głośniej i częściej. A teraz? Czasami widzę wręcz, jak ze spokojem przyjmuje słabszą grę swojej drużyny, a to już naprawdę niepokojące dla przyszłości Spójni.
Energa Icon Sea Czarni Słupsk – Trefl Sopot 73:77
Mistrzowie Polski po zakończeniu pierwszej kwarty mocno przykręcili śrubę w defensywie – nieprzypadkowo w trzech kolejnych stracili, kolejno, 16, 18 i znów 16 punktów.
Babol Lorena Jacksona – już kolejny w tym sezonie w wykonaniu – był ogromny, pospieszny rzut za 3 przy dwupunktowej stracie w końcówce czwartej kwarty musiał boleć. Jackson ma cały czas w Słupsku pod górkę, końca jego problemów nie widać. Nie wydaje mi się zawodnikiem skrojonym pod to, jakby chciał grać trener Czarnych Roberts Stelmahers.
Pamiętacie te opinie o Fahrudinie Manjgaficiu, że może mimo słusznego wzrostu nie będzie nowym środkowym, ale przynajmniej będzie groził rzutem za 3? Po pięciu meczach ma 1/9 za dystansu. Nawet, jeśli to gracz niskobudżetowy – ktoś tu przy skautingu w Słupsku się mocno pomylił. Nieprzypadkowo w ostatnim meczu Bośniak po raz pierwszy nie zagrał nawet 10 minut. Jest za słaby na PLK.
W pierwszych pięciu meczach ligowych w barwach Trefla Nick Johnson oddał 46 rzutów z gry. W trzech ostatnich – 44. Amerykanin, który przecież w PLK wraca do gry po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją, stopniowo zrywa rdzę. Powinien być jedną z największych gwiazd PLK drugiej połowy sezonu. Z meczu na mecz coraz mocniej swoją postawą sugeruje, że o ile Trefl nawet nie jest jeszcze jego zespołem, to prędzej czy później nim się w tym sezonie stanie.
Mistrzowie Polski o grudniowych problemach chyba już na dobre zapominają. Mają w składzie 9 mocnych koszykarzy, Żan Tabak przetrwał kryzys i znów znalazł się w sytuacji całkiem komfortowej.
Tauron GTK Gliwice – AMW Arka Gdynia 89:97
Może i dokonania statystyczne Martinsa Laksy zwykle nie wyskakują z ekranów telewizorów, ale – właśnie ten mecz dobrze pokazał jak wiele doświadczenie Łotysza oraz jego umiejętności rzutowe znaczą dla drużyny z Gliwic.
Mario Ihring i Kacper Gordon grali we dwóch, a o sile obwodu Arki nagle – dzięki naprawdę świetnemu występowi Daniela Szymkiewicza – nagle decydował kwartet zawodników. Nemanja Nenadić otarł się o triple-double, Łukasz Kolenda rzucił 30 punktów, a skuteczny był też Jakub Garbacz. Czterech tak znakomicie dysponowanych graczy na trzy pozycje to zawsze wielki komfort dla trenera.
Legia Warszawa – King Szczecin 85:71
Legia wygrała, choć w trakcie drugiej kwarty, gdy trwoniła ponad 15-punktową stratę, miałem przez chwilę poczucie deja vu, przypominając sobie poprzedni mecz w jej wykonaniu ze Śląskiem we Wrocławiu.
Wrzuciłbym po tym meczu dwa kamyczki do ogródka trenera Arkadiusza Miłoszewskiego.
Pierwszy – za te narzekania na wczesną porę meczu. Nawet, jeśli to miała być jakaś forma żartu, słabo wyszło. Tym bardziej, że ostatnio trener Kinga już trochę w podobnym stylu ponarzekał i czasami nie wiadomo – kiedy żartuje a kiedy nie. Wystarczy przypomnieć jego legendarne już powiedzenie, że King „nie ma pieniążków”.
Drugi kamyczek – za brak odwagi, lub też po prostu wiary w umiejętności czy przynajmniej możliwości Szymona Wójcika. Póki co Polak od czasu, gdy do zespołu dołączył Jovan Novak nie pomylił się przy żadnym rzucie za 2 punkty – to już 11/11. Ale i tak w kluczowych momentach meczu Miłoszewski jego kosztem wrócił do Tony’ego Meiera. Jak dla mnie – dziwne, bo widać, że Wójcik w akcjach pick and roll naprawdę dobrze z nowym rozgrywającym Kinga współpracuje. Novak ma szeroki repertuar podań. Potrafi dostarczyć piłkę kozłem, a jak trzeba to i przelobuje wysokiego defensora. Przyjemnie się go ogląda.
Legia wygrała głównie dzięki duetowi reprezentacyjnemu Andrzej Pluta/Michał Kolenda. Sam Sessoms trafiał co trzeci rzut, ale i tak bardziej wyglądał na zawodnika na pozycję nr 2 niż 1. Interesujący eksperyment, mając w składzie już strzelby w postaci Pluty i Kamerona McGusty’ego.
PGE Start Lublin – Anwil Włocławek 83:95
Wiem, że rotowanie składem z sześcioma obcokrajowcami, gdy dwóch z nich musi non-stop przebywać na ławce rezerwowych nie jest łatwe i trener Startu Wojciech Kamiński radzi sobie z tym dobrze. Mam jednak wrażenie, że na przełomie trzeciej i czwartej kwarty nieco zaspał. Albo inaczej – za bardzo zaufał swoim przedmeczowym schematom i robiąc zmiany, nie wykorzystał szansy, by fala, na której znajdował się jego zespół, poniosła go jeszcze dalej. Po zmianach Anwil zdobył szybko 9 punktów z rzędu i tzw. „momentum” meczu błyskawicznie się obróciło.
Koszykarze Anwilu w pierwszej połowie trafili 11 z 15 rzutów za 3, Michał Michalak i Karol Gruszecki 9 ze swoich 13. Znaczną część z nich z czystych pozycji. Nie wiem czy tak to miało właśnie wyglądać, ale jeśli tak – to było ryzyko, które się Startowi nie opłaciło.
Anwil też jednak podejmuje ryzyko i to ogromne, wystawiając w takich meczach do gry przez 37 minut Kamila Łączyńskiego. Nie wiem jak długo zespół z Włocławka będzie zwlekał z decyzją o odciążeniu swojego świetnie spisującego się weterana, ale wiem, że nie powinien w nieskończoność. To jest jak szybka jazda rowerem na skraju przepaści.
Górnik Zamek Książ Wałbrzych – Śląsk Wrocław 77:60
Angel Nunez i długo, długo nic. Tak wygląda obecnie zespół Śląska – do Wałbrzycha właściwie jako zespół, mimo niedalekiej odległości, WKS nie dotarł. Zapewne grający w chodzonego DJ Cooper nie pomagał, przecież już niemal od dwóch tygodni koledzy z drużyny wiedzieli, że za chwilę go nie będzie. Trudno w takich sytuacjach budować chemię w szatni. Trudno w ogóle budować zespół. Minęła połowa sezonu, a Śląsk go nie ma. Nawet zalążka.
Jedyna nadzieja kibiców z Wrocławia w tym, że przyjdzie nowy rozgrywający Justin Robinson przyleciał z czarodziejską różdżką i odmieni oblicze drużyny. Tu naprawdę trzeba już niemal cudu. Coraz mniej wskazuje na to, by Śląsk mógł jeszcze ten sezon obrócić. W jego składzie w PLK grało już 17 koszykarzy, a w rundzie rewanżowej wrocławian czeka wiele meczów z najgroźniejszymi rywalami na wyjeździe. Nie będzie łatwo odrabiać strat.
Gdybym miał na chwilę obecna stawiać kto na koniec sezonu znajdzie się wyżej w klasyfikacji końcowej – postawiłbym na Górnika. Tak mocno jestem zawiedziony grą Śląska w niedzielę.
Wałbrzyszanie mają w tym momencie tylko jeden problem – za dużo przekleństw można było usłyszeć, oglądając w telewizji derby ze Śląskiem. Nie dało się tego „odsłyszeć”. Wiem, że tam zawsze kibice byli bardzo głośni i fanatycznie nastawieni do wspierania „swoich”. Za moich czasów można było zostać tam oplutym, a z balkonów leciały monety. Ale, cholera – przecież to było ćwierć wieku temu, świat się zmienia.
Mam nadzieję, że zachowania kibiców Górnika w jego hali też z czasem, gdy już zespół na stałe rozgości się w PLK, nabiorą nieco więcej sznytu. Także podczas derbów, choć przecież rozumiem lokalne animozje. Ale tylko do pewnego stopnia, są jednak granice!
Wiem jednak, że grupa fanów z Wałbrzycha naprawdę zna się na baskecie i wie też na czym polega kibicowanie. Widziałem ją w akcji podczas kilku meczów wyjazdowych w tym sezonie, po których nie można było powiedzieć nawet jednego złego słowa.