Strona główna » Karolak: Nelson – triumf Ernaka! Novak jest lepszy od Mazurczaka. Trzy problemy Śląska
PLK

Karolak: Nelson – triumf Ernaka! Novak jest lepszy od Mazurczaka. Trzy problemy Śląska

0 komentarzy
Anwil i Śląsk wygrały swoje mecze, lecz nie możemy zapominać o okolicznościach i umiarkowanej sile ich rywali – one powinny być raczej dla kibiców z Włocławka i Wrocławia przestrogą niż wielkim powodem do optymizmu. Legia Rannuli sprawia jeszcze gorsze wrażenie od Legii Skelina. Jovan Novak dał show w niedzielę na parkiecie w Lublinie, ale mi jeszcze bardziej zaimponował dzień wcześniej. Co ten gość ma za skaner boiska w głowie – to jego!

Arriva Twarde Pierniki Toruń – Anwil Włocławek 89:97 (po dogrywce)

Tak po ludzku szkoda mi drużyny z Torunia po tym meczu. Właściwie mogła się przecież już czuć zwycięzcą. 5 min przed końcem, prowadząc 12 punktami, niemalże prawdziwym. Po meczu – tylko moralnym, biorąc pod uwagę jak równo walczyła z liderem tabeli mimo kontuzji Wojtka Tomaszewskiego i Abdula Malika Abu. Szczególnie za zdrowie tego pierwszego trzymam kciuki, bo kontuzja wyglądała fatalnie. 

Selcuk Ernak, oglądając popisy Luke’a Nelsona w końcówce, mógł w końcu triumfować. Trwał przy wierze w tego zawodnika od początku sezonu, podobnie jak w tym meczu. Przecież przez pierwszy trzy kwarty także w Toruniu Brytyjczyk nie błyszczał. Jak już odpalił wrotki, to już nie było zmiłuj. Nikt nie był w stanie zatrzymać ani jego, ani jego zespołu. Turecki szkoleniowiec na pewno ma nadzieję, że podobnie ułoży się cały sezon Nelsona – słabe 3/4 i piorunująca końcówka. W Toruniu ten koszykarz tak naprawdę w tej skali po raz pierwszy dał znać, że nieprzypadkowo to w nim latem upatrywano lidera Anwilu i jedną z największych gwiazd PLK. 

Jeszcze kilka słów o najnowszym nabytku włocławian. Deane Williams grał krótko, bo trener Ernak nie jest chyba zwolennikiem rzucania graczy na głęboką wodę, ale wyglądał OK. Na pewno jest silny i rozumie europejską koszykówkę, bo nie sprawiał wrażenia ciała obcego w zespole. Jak dla mnie – debiut bardziej obiecujący niż statystyki. 

Żeby jednak we Włocławku po tym meczu nie zrobiło się nagle zanadto różowo – warto przypomnieć o jednym! Anwil potrzebował niemalże cudu i dogrywki, by pokonać rywala ze środka tabeli, który w trakcie tego meczu stracił dwóch bardzo ważnych zawodników z podstawowej rotacji.

WKS Śląsk Wrocław – Orlen Zastal Zielona Góra 91:82

Trochę jak z tym Anwilem, ale jeszcze bardziej – niby wrocławski zespół nie potrzebował dogrywki, żeby zdobyć dwa punkty, ale fakt, że przez niemal 40 minut męczył się z rywalem słabszym od Twardych Pierników nie wystawia WKS dobrego świadectwa. Jeremy Senglin i Adam Waczyński, trafiając dwie kolejne trójki, załatwili sprawę zwycięstwa w tym meczu, ale poczucie niedosytu grą Śląska pozostało. 

Pomijając już brak w składzie Daniela Gołębiowskiego, trzy sprawy mnie w Śląsku martwią.

Pierwsza – nie mam pojęcia po co w składzie tej drużyny jest MaCio Teague. Raczej nie jest tańszym graczem niż Kenan Blackshear, a nie wydaje się graczem ani lepszym, ani bardziej pasującym do obecnego składu w roli „zabezpieczającego tyły”. Nie mówię tu nawet o jego skuteczności z gry w tym sezonie – choć wynik 11 proc. lekko szokuje. Bardziej: nie rozumiem pakietem których choćby potencjalnych umiejętności miałby uzupełniać na pozycjach obwodowych kwartet Robinson–Senglin–Ponitka–Waczyński. 

Druga wątpliwość? Nie wiem czego brakuje Błażejowi Kulikowskiemu, by mógł zacząć odgrywać większą rolę. Odnoszę wrażenie, że ten zawodnik jest do tego gotowy, a jego największym brakiem jest niewystarczające zaufanie sztabu trenerskiego.

Trzeci znak zapytania to… Emmanuel Nzekwesi. Holender kręci fajne cyferki, ale mam wątpliwości czy to ten typ zawodnika, który sprawdzi się w playoff. Może mu brakować najbardziej banalnego koszykarskiego atutu – rozmiaru wyrażanego w centymetrach. Same kilogramy to za mało. 

Żeby jednak we Wrocławiu nie zrobiło się po moich uwagach zbyt pesymistycznie – gdy spoglądam w terminarz WKS i potencjał jego składu, widzę szansę na 6-2 do końca sezonu zasadniczego. To może dać miejsce w Top6. 

Czy Śląsk zrobi jeszcze jakiś ruch transferowy i wymieni jeszcze jakiegoś gracza? Choćby Teague’a? Dobre pytanie. Przy transferach wszyscy popełniają błędy. Bronisław Wawrzyńczuk, który przecież rozpoczyna dziś pracę dla Los Angeles Lakers, też w tym sezonie popełnił. Sam się do tego przyznał, gdy Anwil zamiast Ronalda Jacksona jr sprowadził wspomnianego Williamsa. Ale wciąż, także po wydarzeniach obecnego sezonu, do polityki transferowej prowadzonej przez klub z Włocławka mam nieporównywalnie większe zaufanie niż do tej, którą prowadzą szefowie wrocławskiego klubu, a pod którą podpisuje się dyrektor sportowy Aleksander Leńczuk

Tauron GTK Gliwice – Energa Icon Sea Czarni Słupsk 63:88

Gdybym użył znanej i stosowanej już przeze mnie w tym sezonie formułki „mecz się odbył, a zwycięstwo odniósł zespół wyraźnie lepszy” i na niej zakończyłwielkiej straty by nie było. 

Staram się być jednak w miarę sprawiedliwy, wiec skoro kilka razy wyrażałem swoje zdziwienie faktem, że miejsce w składzie Czarnych utrzymuje Fahrudin Manjgafić, to teraz wypada przyznać, że Bośniak w Gliwicach zagrał znakomicie. 

A czy nie jest to dodatkowy kamyczek do ogródka GTK, dobijający jego kibiców – to już inna sprawa. Boris Balibera naprawdę często stoi przy ławce swojej drużyny z rękoma w kieszeniach. Może taki ma po prostu styl? A może – doszło do niego, co zrobił? Nie chcąc wypaść z trenerskiej karuzeli, przenosząc się z Dąbrowy do Gliwic siadł na takiej, nad którą jest rynna i nagle zaczęło jeszcze bardziej padać. 

Choćby nie wiedzieć jak mocno się starać – naprawdę ciężko obecnie w przypadku GTK o jakikolwiek optymizm. 

MKS Dąbrowa Górnicza – Trefl Sopot 78:83

Niech mi ktoś powie, że trener w koszykówce nie robi różnicy. Robi, czasami ogromną. Nie tylko dla drużyn – to nagłe 4:0 MKS sprzed meczu z Treflem nie wzięło się znikąd. Robi także dla koszykarzy – nagłe 23 punkty na mecz zdobywane w trzech ostatnich przez Raymonda Cowelsa też nie wzięło się znikąd. Jean-Denys Choulet ewidentnie znalazł sposób, by korzystać z zalet doświadczonego Amerykanina. 

MKS przegrał z Treflem tylko brakiem doświadczenia. Szymon Ryżek i Aleksander Załucki w tym meczu zdobyli 24 punkty, ale w ostatniej minucie popełnili dwa kardynalne błędy, które rywal – przede wszystkim bezwzględny w takich sytuacjach Jakub Schenk – bezlitośnie wykorzystał. Klasyczny przykład „zanim wygrasz, musisz przegrać”. 

Mimo porażki w Dąbrowie kibice mogą utrzymywać względny optymizm. Ich zespół nawet przy brakach kadrowych – przecież cały czas nie gra Teyvon Myers, a z Treflem właściwie także Tylera Cheese’a jakby nie było – bije się o zwycięstwa nawet z najlepszymi. 

Trefl wygrał tercetem Schenk – Aaron BestJarosław Zyskowski. Gra jak na mistrza przystało – czeka na błędy rywali. Często skutecznie, a przecież wciąż czeka na powrót do zdrowia Nicka Johnsona. 

A może jeszcze przecież też zaskoczyć na rynku transferowym! W Sopocie przed playoff może panować względny spokój. 

Górnik Zamek Książ Wałbrzych – PGE Spójnia Stargard 89:68

Andrej Urlep odszedł, a Spójnia – jak w wielu meczach jeszcze z udziałem tego trenera – dobrze wyglądała jedynie na początku. Im dalej w las, tym było gorzej, a na końcu – po przerwie – widać było jedynie ciemność. Z niej wyłaniały się jedynie oczy Malika Johnsona, jedynego wyróżniającego się gracza drużyny ze Stargardu. Reszta składu jest chyba pogodzona z tym, że ten sezon klub spisze na straty. 

Spadek Spójni nie powinien grozić – ma jeszcze mecze z GTK i MKS u siebie, a w zanadrzu także kilkunastopunktowe zwycięstwa z nimi z pierwszej rundy. Play-in pozostanie jednak tylko w sferze marzeń. 

Darek Wyka wrócił do gry, Górnik pewnie wygrał i wciąż pozostaje kandydatem do tego, by zachować miejsce w Top4.

Legia Warszawa – Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski 80:79

Aby przekonać się, że w zespole Legii coś nie gra, nie trzeba być jakimś wielkim insiderem – ze swoimi kłótniami, niesnaskami koszykarze warszawskiej drużyny się nie kryją. One są widoczne jak na dłoni nawet z poziomu przekazu telewizyjnego. Fakt, że Legia potrzebowała cudu, by pokonać występującą w siedmioosobowym składzie Stal nie świadczy o drużynie Haiko Rannuli najlepiej. 

Zdarzało mi się narzekać na grę Legii także w czasach pracy Ivicy Skelina, bo ten zespół nie wypracował swojego stylu, ale był go chyba bliżej niż obecnie. Obecna Legia nie przekonuje. Brakuje jej charakteru. Jej najlepszym graczem w niedzielę był tak naprawdę Mate Vucić. Jego dorobek statystyczny nie rzuca na kolana – 8 punktów i 9 zbiórek – ale ten środkowy naprawdę zrobił dla zespołu dużo więcej. 

Z drugiej strony barykady byli Andrzej Pluta i Keifer Sykes. Niby razem rozdali 16 asyst, ale one z kolei nie rzucały się w oczy. 

Trochę szkoda Stali, bo zasłużyła na to zwycięstwo. W decydujących momentach jej zawodnicy zgłupieli. Riley powinien spudłować rzut wolny niespełna trzy sekundy przed końcem, a w ostateczności – już po jego trafieniu – każdy obrońca powinien zostać blisko przy krytym przez siebie graczu, nie pozwalając rzucić za 3. Po co aż trzech skoczyło do Kamerona McGusty’ego jeszcze za linią połowy boiska – nie mam pojęcia. Trafienie stamtąd było mało prawdopodobne, a na zegarze pozostawało ponad 2 sekundy a nie tylko ułamki. Niefart okrutny, biorąc pod uwagę, że doprowadziło to do jedynego trafienia Pluty w meczu. Ale też niefart, na który ostrowianie solidnie zapracowali. 

Dziki Warszawa – AMW Arka Gdynia 81:80

To czego nie zrobił dla Stali Riley, wykonał dla Dzików Andre Wesson. Spudłował rzut wolny 2 sekundy przed końcem przy jednopunktowej przewadze i Jakub Garbacz musiał rzucać na zwycięstwo „z krzaków”. Andrzej Urban powinien wyciąć tę akcję, zapętlić i za karę puszczać Rileyowi przez 10 minut po każdym z zespołowych posiłków w trakcie rozpoczętego tygodnia. 

Dziki zaimponowały w końcówce dogrywki swoją konsekwencją. Prowadziły +8, po chwili przegrywały -3, ale nie spanikowały.

Rzeczywistość PLK potrafi nieźle szokować. Pamiętacie, jak wyrażałem wątpliwość, że Nikola Radicević rzucający za 3 ma jakikolwiek sens? Serb rozpoczął występy w tym sezonie od 4/27 z dystansu. W ostatnich kilku meczach ma 9/18, wow! W niedzielę trafił pięciokrotnie. Brawo, właśnie tak trzeba uciszać krytyków: robiąc swoje! 

Dziki też miały na początku 2025 roku ogromne problemy, ale to wciąż jedna z bardziej konsekwentnych organizacji w PLK, więc też robią swoje – walczą o debiut w playoff. Wygrana z Arką musi im smakować wybornie nie tylko ze względu na okoliczności z końcówki. Także z tego względu, że została wyszarpana właściwie bez udziału Alijaha Comithiera, który grał ostatnio świetnie, a tym razem nie trafił żadnego rzutu. 

Wniosek? Dziki wciąż mają rezerwy! Ich najbliższy mecz ze Śląskiem w Warszawie zapowiada się fascynująco!

PGE Start Lublin – King Szczecin 77:82

Pytanie o to, czy Jovan Novak jest lepszy od Andrzeja Mazurczaka wcale nie jest obrazoburcze! Serb nieprzypadkowo grywał w przeszłości w poważnych rolach w Bundeslidze czy w lidze hiszpańskiej. On – przynajmniej na chwilę obecną – wygląda po prostu na koszykarza lepszego od leczącego kontuzję byłego MVP PLK z czasów jego prime. 

W Lublinie w czwartej kwarcie Novak dał prawdziwy popis. Kolejne trójki przedzielane świetnymi podaniami do kolegów, po których pozostawało im jedynie prostować nadgarstek – to było coś. Końcowe statystyki Novaka z tego występu – 16 punktów, 14 asyst i 9 zbiórek powalały. 

Na mnie w Lublinie Jovan największe wrażenie zrobił jednak… dzień przed meczem. Tak się złożyło, że miałem okazję m.in. w jego towarzystwie obejrzeć drugoligowe spotkanie Lublinianki. Pouczające doświadczenie, bo słuchając opinii obecnego lidera Kinga na temat wydarzeń boiskowych, które działy się przed naszymi oczami zdałem sobie sprawę, jak ogromną wiedzę i perspektywę posiada. Świetnie „skanuje” parkiet, bezbłędnie przewiduje zagrania koszykarzy. Arkadiusz Miłoszewski znów posiada w składzie gościa, który – niczym Mazurczak, ma w głowie koszykarski komputer, a dookoła niej oczy. 

Podstawowe różnice między Andy’m a Jovanem? Są dwie podstawowe. Po pierwsze – obecny lider Kinga sprawia wrażenie lekko flegmatycznego. Ten jego rzut z kolanka jest tego najlepszym zobrazowaniem, ale on nim tylko dodatkowo myli rywali.  Po drugie – Novak ma więcej doświadczenia wyniesionego z gry na wysokim europejskim poziomie. 

Start? Walczył dzielnie, był całkiem bliski sprawienia niespodzianki, ale na końcu zabrakło mu po prostu sportowych argumentów. Po tym meczu jego koszykarze i sztab trenerski nie powinny mieć sobie wiele do zarzucenia – ot, przegrali mecz z silniejszym rywalem, który miał w składzie zdecydowanie najlepszego zawodnika na boisku.