Strona główna » Jak niemożliwe stało się faktem? „Koszykarski cud w Hadze” – studium przypadku

Jak niemożliwe stało się faktem? „Koszykarski cud w Hadze” – studium przypadku

0 komentarzy
Czasami w sporcie bywa i tak, że sukces zaczyna się od błędu. Tak było w przypadku poniedziałkowego meczu Holandia – Polska i wcale nie mamy tu na myśli tylko i wyłącznie tego, że nasi koszykarze popełnili błąd, wychodząc śnięci na pierwszą połowę meczu w Hadze.

Gdy w 22. minucie rozgrywanego w poniedziałek w Hadze spotkania reprezentacja Polski przegrywała 39:60, nic nie zapowiadało, że na końcu będziemy mogli ze szczęścia krzyknąć „O Jezus Maria!”.

Co oznacza w praktyce 21 punktów straty w takim momencie meczu? Kursy u bukmacherów na zwycięstwo Biało-czerwonych sięgały wówczas 10,5. Według statystyk Pulsu Basketu tylko 0.4 procent zespołów wygrywa w takiej sytuacji spotkania (biorą pod uwagę mecze PLK od sezonu 2012/13 – red.).

Jakim cudem polskiej reprezentacji udało się cudu dokonać?

Powody naszej wygranej nie są jednoznaczne. Polska reprezentacja nie miała nawet jednego, znakomitego momentu w drugiej połowie. W całym meczu jej najlepsza seria punktowa to było mało imponujące 7:0.

Jej zakończona sukcesem walka o zwycięstwa bardziej przypominała to powolne skradanie się – w którym i tak nie unikaliśmy błędów – niż skuteczny, zmasowany atak na bronioną przez Holendrów twierdzę.

1. Energia uwolniona z błędu

Na pomeczowych konferencjach prasowych o energii – czy też jej braku – więcej od Igora Milicicia mówił trener Holendrów, Johannes Roijakers. Naszej drużynie dopiero w drugiej połowie udało się pod tym względem dorównać gospodarzom. A następnie ich przeskoczyć.

Nawet najlepsze zmiany taktyczne – a o nich z kolei wspominał polski szkoleniowiec – nie pomogą, gdy w grze koszykarzy nie ma należytej energii. Taka w naszym zespole pojawiła się dopiero po przerwie.

Wcześniej nasi koszykarze – cytując klasyka – byli po prostu za mili.

Powyższa akcja dobrze pokazywała poprawę gry polskich koszykarzy, nawet jeżeli złe zbicie piłki przez Łukasza Kolendę kosztowało nas ostatecznie cztery punkty. Nasi gracze dobrze i szybko rotowali w obronie.

Powyższa sytuacja w dziewięciu na dziesięć przypadków zakończyłoby się przechwytem.

Gdy piłka ostatecznie trafiła do Davida N’Guessana, Jakub Szumert i Mateusz Ponitka dobitnie pokazali mu, że czasy łatwego zdobywania punktów z okolic naszej obręczy w tym meczu minęły bezpowrotnie. To był TEN moment.

Nie zapominajmy, że po przerwie nasza reprezentacja straciła tylko 30 punktów. W tym czasie pozwoliliśmy gospodarzom na zaledwie siedem celnych rzutów z gry.

Mało? Tylko trzy z nich miały miejsce w ostatnich 16 minutach spotkania! Wow.

2. Pomoc rezerwowych, także ta od Kolendy!

Po wygranym meczu z Austrią narzekaliśmy na małą pomoc ze strony graczy rezerwowych. W pierwszej połowie poniedziałkowego meczu też nie wyglądało to najlepiej, ale w drugiej połowie trzech graczy z ławki miało znaczący udział w odrobieniu strat.

To – kolejność nieprzypadkowa! – Przemysław Żołnierewicz, Kamil Łączyński i Łukasz Kolenda.

To była jedna z kilku znakomitych akcji koszykarza Kinga Szczecin, który w ciągu 14 minut zdobył 7 punktów, zebrał 4 piłki i miał co najmniej jeden (niezapisany mu przez statystyków!) przechwyt.

Punktów nie zdobyli co prawda ani Łączyński, ani Kolenda, ale także oni mieli duży udział w zwycięstwie reprezentacji Polski. „Marszałek” zanotował 4 asysty, w tym efektowne podanie do Dominika Olejniczaka, czego brakowało nam w poprzednim spotkaniu.

Swoją rolą zaskoczył Kolenda. Gracz Rostock Seawolves był równie nieskuteczny (0/3 z gry) co w meczu z Austrią, ale niespodziewanie dobrze sprawdził się w roli plastra na Yannicka Frankego. Lider Holendrów po przerwie dodał co prawda 10 punktów do swojego dorobku – łącznie zdobył ich aż 26 – ale agresywna obrona jego byłego kolegi z Trefla Sopot ewidentnie sprawiała mu kłopoty.

3. Trafiane rzuty wolne

Tuż po zakończeniu meczu napisałem na X, że nasza reprezentacja ten mecz bardziej przepchnęła niż go wygrała. Jednym z kluczy do skutecznego przepychania meczów są zazwyczaj skutecznie wykonywane rzuty wolne.

Reprezentanci Polski już do przerwy często stawali na linii, ale jeszcze wtedy pięciokrotnie się pomylili (15/20). Po zmianie stron ich skuteczność z linii była niemal bezbłędna – wykorzystali aż 15 z 16 rzutów za jeden punkt.

Najczęściej czynił to oczywiście Mateusz Ponitka, który po raz kolejny w swojej karierze pokazał, że słabsza skuteczność z gry (4/11) wcale nie zamyka mu drogi do miana najlepszego strzelca drużyny. Kapitan naszej reprezentacji wymusił w poniedziałkowy wieczór aż 12 przewinień rywali. Trafił 13 z 16 rzutów za jeden punkt.

Wszystkie siedem wolnych trafił Michał Sokołowski, w tym trzy decydujące o naszym zwycięstwie w ostatnich sekundach spotkania.

4. Nowa rola Jakuba Szumerta – w życiu bym nie uwierzył!

Gdyby w miniony czwartek ktoś mi napisał, że Jakub Szumert z ofensywnie usposobionego gracza na pozycję „4” stanie się na poziomie reprezentacyjnym podstawą aktywnej, mobilnej defensywy z nim jako „5” – nie uwierzyłbym w to za żadne skarby świata.

A jednak! Minuty spędzone w roli centra przez gracza Zastalu Zielona Góra w spotkaniu z Austrią trochę zlekceważyłem słabym poziomem tamtejszych podkoszowych. Po meczu z Holandią więcej już tego błędu nie popełnię!

Szumert w decydujących momentach był znakomity, a najlepiej pokazała to ostatnia akcja naszych rywali, gdy świetnie – zachowując wzorową wręcz pionowość – pomógł pod koszem w obronie przeciwko atakującemu kosz Yannickowi Frankemu.

Czy gdyby trener Roijakers oglądał najlepszą koszykarską polską ligę świata znaną nam jako PLK, zdecydowałby się atakować Szumerta na post-up potężnym Nathanem Kutą? Być może.

Na szczęście raczej nie ogląda, więc Holendrzy konsekwentnie i bezskutecznie próbowali mijać najmłodszego z naszych reprezentantów atakując go z obwodu.

5. Na końcu szczęście często sprzyja lepszym

Reprezentację Polski i Holandii w światowym rankingu FIBA dzieli 35 pozycji. Sporo. W poniedziałkowy wieczór powiedzenie o „szczęściu sprzyjającym lepszym” się jak najbardziej potwierdziło, bo przecież – co tu dużo ukrywać – gdy już wielkim wysiłkiem i hartem ducha naszym koszykarzom udało się doprowadzić do zaciętej końcówki, to w niej fortuna sama się do nich uśmiechnęła.

Niejeden raz!

O czym mowa? Choćby o minimalnej „obcierce” przy walce o piłkę o dłoń znakomitego Keye van der Vuursta, która przyniosła zmianę decyzji sędziowskiej i piłkę dla nas pod koszem Holendrów. A także o zagraniu Charlona Kloffa, który w wieku 35 lat zapomniał, jak ryzykowne jest podawanie przez ręce obrońcy, szczególnie takiego jak Michał Sokołowski. To z kolei dało nam akcję 2+1 i dopiero trzecie w całym spotkaniu prowadzenie.

Jak się okazało, ostatnie. Decydujące.

A że najbardziej dla końcowego wyniku kluczowe mogły okazać się także pudła gospodarzy w rzutach trzypunktowych – to już inna sprawa. W pierwszych trzech kwartach nasi rywale trafili 10 z 26 takich prób. W ostatniej spudłowali wszystkie dziesięć.

Nic dziwnego, że na pomeczowej konferencji prasowej gospodarzy – która z ich perspektywy przypominała koszykarską stypę – nie mógł tego odżałować trener Roijakers.

Na końcu koszykówka to w końcu wciąż sport, który w największej mierze polega na umieszczaniu piłki w koszu.