Strona główna » Ertel: Myśląc o Europie, w USA myśli się o Francji czy Włoszech. Do listy trzeba dopisać Polskę!
PLK

Ertel: Myśląc o Europie, w USA myśli się o Francji czy Włoszech. Do listy trzeba dopisać Polskę!

0 komentarzy
O utalentowanym młodszym bracie, o którego względy zabiegają topowe ekipy NCAA. O wielkim rodzinnym biznesie z Indianapolis. O idolach z europejskich parkietów. O pierwszym spotkaniu z szatni z Grzegorzem Kamińskim. O swojej roli superrezerwowego i pomysłach trenera Suboticia. Najlepszy snajper Twardych Pierników Michael Ertel w rozmowie z Aleksandą Samborską przed środowym, niezwykle istotnym dla układu tabeli meczem ze Śląskiem we Wrocławiu.

Aleksandra Samborska: Prawie nie wchodzisz na boisko w pierwszej piątce, nie rozgrywasz 40 ani nawet 30 minut na mecz, a mimo to jesteś jednym z najlepiej punktujących zawodników PLK. Jak to się dzieje?

Michael Ertel: Wchodzenie do gry z ławki w ogóle nie jest dla mnie problemem. To wybór trenera, a ja się do niego dopasowuję. Pierwsza piątka nie ma tak dużego znaczenia, jak często może się kibicom wydawać. Nasz trener ma wiele pomysłów. Wykonuje świetną pracę rozrysowując zagrywki, w których uwypukla nasze atuty, dlatego gdy już jestem na parkiecie – mam swoje rzuty. Poza tym coach Subotić jest tym typem szkoleniowca, który dużo z tobą rozmawia, daje ci pewności siebie i zachęca do swobodnej gry, szczególnie, gdy czujesz ogień.

W Toruniu często go ostatnio czujecie – wygraliście 8 z ostatnich 11 meczów. Sześciu zawodników notuje w meczach dwucyfrowe zdobycze punktowe, a wasi centrzy mają średnio 9 oczek na mecz. Kolektyw – skąd to zgranie?

Wszyscy lubimy wysokie tempo gry, więc chętnie podkręcamy szybkie ataki. Trener miał wizję na drużynę i stawia sprawy jasno. Wiemy, co mamy grać, więc oddajemy się w pełni realizacji jego planów. 

W środku sezonu doszedł do nas Grzesiek Kamiński, który jeszcze bardziej tę naszą koszykówkę zespoił. To świetny gość, zatrybiło między nami w szatni już pierwszego dnia. Wiadomo, gdy w trakcie sezonu do grupy dołącza ktoś nowy, starasz się być jak najbardziej otwarty. Ale tu nie trzeba było żadnej towarzyskiej gimnastyki – Grzesiek to facet, z którym po prostu chcesz rozmawiać. Później zaczął się trening i zobaczyliśmy, że jest też dokładnie tym graczem, którego nam brakowało. Wszechstronny. Dynamiczny. Duży. Umie zbierać. Umie rzucać. Nieźle broni. Swobodnie porusza się z piłką. No i ma budowę ciała współczesnego koszykarza oraz polski paszport. Jego przyjazd do Torunia pozwolił się nam jako drużynie rozwinąć. 

Imponujecie w ofensywie, ale trzecia najmniej szczelna obrona tego sezonu PLK pozostawia przed playoff sporo do życzenia… 

To prawda! Nadszedł czas na finalne dokręcenie defensywnych śrub, bo nasza obrona jest zbyt luźna. Nikt nie chce być w dole tabeli w żadnej kategorii. Mamy świadomość tego, o ile lepiej wyglądać mogą nasze najważniejsze mecze, gdy uruchomimy swój defensywny potencjał. Wiemy to, myślimy o tym i trenujemy nad tym, bo przecież naprawdę mamy obrońców, którzy mogą nas ku lepszej grze po drugiej stronie boiska poprowadzić. Walczymy o to, by ten sezon w Toruniu trwał jak najdłużej. 

Coraz dłużej trwa twoja przygoda z europejską koszykówką. Po debiutanckim sezonie w Finlandii i roku spędzonym na zapleczu francuskiej ekstraklasy przyszedł czas na jeszcze mocniejsze rozgrywki. Wybory kolejnych drużyn były mocno analizowane?

Jako zawodnik powinieneś cierpliwie budować pozycję i rozwijać karierę – taka refleksja towarzyszy mi zawsze między kolejnymi sezonami. Do Torunia przekonał mnie przede wszystkim trener ze swoją wizją wkomponowania mojego rytmu w swój system. Potem doszła opinia o samej PLK – jako o bardzo taktycznej, z dużą liczbą naprawdę silnych fizycznie, utalentowanych graczy, którzy potrafią trafiać do kosza. Polska otwiera drzwi do najlepszego grania w Europie. Jestem już całkowicie wasz, totalnie zaczarowany rozgrywkami z rodziny Euroligi. 

Ta droga do zawodowstwa i rozmów o wielkim, profesjonalnym graniu często zaczyna się w domu, ale w twoim przypadku to nie ty inspirowałeś się kimś grającym w koszykówkę – sam chyba kogoś inspirujesz, prawda?

Tak, mój o osiem lat młodszy brat Luke też będzie koszykarzem. Będzie dużo lepszy ode mnie. Jest w przedostatniej klasie liceum, ale już ma gwarancję gry na Uniwersytecie Purdue, czyli w szkole z 1 dywizji NCAA. Ja o stypendium i grę na uczelni z 1 dywizji walczyłem w zasadzie do samego końca szkoły średniej. Nie miałem żadnych ofert. Nic, zero. Kiedy pojawił się kontakt ze strony ULM, czyli Uniwersytetu Louisiana Monroe, byłem bardzo podekscytowany, tym bardziej, że koszykówkę, choć nie w topowej konferencji, mieli faktycznie w 1 dywizji. Pojechałem z Indiany do Luizjany, nakręcili mnie tym, że faktycznie będę grał. I grałem. Po trzecim roku drugi trener z naszej uniwersyteckiej drużyny pojechał ze mną na swoją uczelnię – do UAB w Alabamie. Tam rozegrałem dwa kolejne sezony i mogłem ruszyć do Europy.

Wracając do mojego brata, Luke’a. On nie musi się stresować szukaniem dobrej szkoły, to one szukały jego. Też jest leworęczny. Ma rzut i świetnie podaje. Myślę, że nasz styl jest dość podobny. Na pewno jestem w tym wszystkim nieobiektywny, ale oglądam wszystkie jego mecze, więc wiem, jak się rozwija. Wiem też ile pracuje nad tym, żeby być możliwie jak najlepszym graczem. Podglądanie mnie też sporo mu daje.

Sam wybrałem koszykówkę, bo jak wszyscy w Indianie mieliśmy w ogródku boisko z koszem. Po tym jak w podstawówce próbowałem sił w różnych dyscyplinach, finalnie stwierdziłem, że kosz daje mi najwięcej radości. Zrezygnowałem z innych sportów i skupiłem się na koszu. Luke już wiedział z czym to się będzie wiązało.  

Oglądanie kogoś starszego i lepszego od siebie naprawdę może tak istotnie wpływać na rozwój zawodnika?

Tak sądzę, bo to i przyjemnie, i pożyteczne. Podziwiam takich gości jak Kendrick Nunn, Shane Larkin czy Mike James. Teraz do tego zestawu dołączył Tamir Blatt z Maccabi. Oglądasz i widzisz ich fizyczność, ich dokładność w wykonywaniu detali. Jak rzeczy, które kiedyś wydawały się zarezerwowane dla małych albo właśnie dużych graczy mogą, a wręcz powinni robić teraz wszyscy. Widziałem rok temu we Francji, jak tam szkoli się dzieci i młodzież. Te standardy nie odbiegają od naszych działań w Stanach. Wybór też jest olbrzymi, bo jest mnóstwo młodych materiału do rozwoju. 

A co planujesz po koszykówce? Masz sportowe alternatywy czy jednak padnie na stanowisko w Ertel&Company, Inc? (wiodąca w stanie Indiana firma ubezpieczeniowa, założona przez tatę Michaela – przyp. red.)

Sam jeszcze nie wiem. Podczas przerwy między sezonami pomagam trochę w biurze i staram uczyć się możliwie dużo na temat rodzinnego biznesu, ale nie wiem, czy kiedykolwiek zostanę jego pełnoetatowym pracownikiem. Moi rodzice świetnie prowadzą firmę, mam wielkie szczęście, że mogę czerpać z ich doświadczeń. Wiem, że zawsze będę miał możliwość pracy w naszym biznesie ubezpieczeniowym.

Blisko milionowe Indianapolis i średniowieczny Toruń to zupełnie inne miasta. Łatwo było ci odnaleźć się nad Wisłą?

Pokochałem Toruń! Miasto ma idealną wielkość, przepiękną starówkę i wiele alternatyw do spędzania wolnego czasu. Do tego w klubie organizacja stoi na bardzo wysokim poziomie. 

Toruń jest jak cała Polska – bezpieczny, fascynujący zabudową i historią. Nie spodziewałem się tylu turystycznych walorów. Ludzie w USA, myśląc o Europie myślą o Francji, czy Włoszech… Do tej listy zdecydowanie trzeba dopisać Polskę! Odwiedzali mnie już rodzice i siostra. Pobyty w waszym kraju przekroczyły ich oczekiwania.

Czyli dokładnie jak Twarde Pierniki oczekiwania własnych kibiców! Wątpliwości wokół tego sezonu w Toruniu było sporo, a wy po prostu nadrabiacie straty i wygrywacie mecze. Gdzie upatrywać waszej siły?

Nie mieliśmy świadomości, że jesteśmy traktowani jak słabsza drużyna. To może obrać naprawdę zły kierunek, kiedy zafiksujesz się na punkcie tabeli, cyferek, nadziei i aspiracji. Do każdego meczu podchodzimy tak samo. Przygotowania są bardzo szerokie, sam analizuję preferencje rywala, myślę o tym, jak pomóc kolegom wykorzystywać ich główne atuty. Wszyscy tak robimy. Po wygranych i po przegranych. Każdy mecz to świeża szansa, nowe rozdanie. Jasne, czasem się trochę zaczytasz, zaczniesz kalkulować, ale trener pilnuje, byśmy koncentrację i energię kierowali na rzeczy, które możemy kontrolować. To przynosi efekt w postaci zwycięstw. 

A kto prowadzi was do nich na boisku i poza nim? Piłka w newralgicznym momencie, kiedy trzeba oddać szalony rzut pewnie powędruje do ciebie, ale kto ma największy wpływ na was jako całość?

Każdy ma swoją rolę, swoje zadania do zrealizowania na parkiecie i w zespole. Czasem finalne zadania ofensywne będę realizował ja, innym razem to może być Divine, ale ja widzę w szatni dwie osoby, których wpływ na Twarde Pierniki jest w tym sezonie szczególny. To Viktor Gaddefors i Bartek Diduszko. Obaj mają olbrzymie doświadczenie i mentalnie są liderami naszej paczki. Wszyscy bardzo liczymy się z ich zdaniem. 

Mental na pewno przyczyni się mocno do przebiegu waszego środowego meczu we Wrocławiu. Jak zagracie, żeby wygrać ze Śląskiem?

Sam, jak zawsze zresztą, będę skupiał się na tym, żeby konsekwentnie powielać swoje dobrze wyćwiczone próby, podejmować sensowne decyzje i oddawać rzuty, które w danym momencie pasują do pomysłu zespołu na grę. Jeśli to będą serie punktów – świetnie. Jeśli nie – podkręcę poziom agresywności i dopasuję decyzje do dyspozycji innych graczy. Jedno jest pewne: będziemy szanować każde posiadanie.  

Śląsk, jak każda ekipa w tej lidze, ma wielu utalentowanych graczy, którzy indywidualnie mogą rozstrzygać mecze, zmieniając pozycję i wykorzystując fizyczne atuty. A my? Dla nas to będzie dobre, wyjazdowe przetarcie z mocną ekipą, w którym na pewno trzeba będzie się postawić defensywnie. Do końca sezonu zasadniczego mamy już tylko trzy mecze. Chcemy ugrać dla Torunia jak najwięcej. 

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie