Gdy okazało się, że pasja mojego męża jest jeszcze głębsza niż przez lata mi się wydawało i skłoniła go do eskapady za ocean, byłam pod wrażeniem. Polecieć pierwszy raz do Stanów głównie po to, by obejrzeć kilka meczów na żywo?!
Co więcej – razem? Jasne! Jak było? Jak w filmie!
Tam gdzie wiersze piszą od ręki
Podróż zaczynamy od Nowego Orleanu. Podczas gdy Paweł wprost z lotniska kieruje się do Smoothie King Center na jakiś podrzędny mecz, którego nawet nie było w programie wyjazdu – ale jest tym uszczęśliwiony! (Pelicans vs. Blazers – przyp. red.), ja z częścią ekipy eksploruję „Lucy’s”. To mój pierwszy amerykański bar.
Wszystko wygląda filmowo. Szeroki kontuar, kilka olbrzymich telewizorów, w każdym jakiś mecz. Ani jednego teledysku! Czas na pierwsze amerykańskie piwo Michelob i pierwsza luizjańska kanapka po’boy.
Nazajutrz jest jeszcze bardziej filmowo. Zwiedzamy słynną Dzielnicę Francuską z kolorowymi kolonialnymi domami, żeliwnymi balkonami i arkadami zdobionymi donicami kwiatów.

Odwiedzamy Café Du Monde żeby spróbować kreolskich pączków beignets. Zewsząd słychać jazz. Mijamy sklepiki z usługami voo doo, na uliczkach spotykamy stoiska, w których towarem są wiersze pisane dla klienta. Od ręki!
Ulicami jeżdżą staromodne tramwaje wprost z Tennessee Williamsa i sprawdzam czy wciąż istnieje linia Desire. Wieczorem przekonamy się jak wygląda księżyc wiszący nad Burbon Street, jak bawi się miasto na wąskich uliczkach, na których domy nie mają ostrych rogów i jak to możliwe, że w każdej knajpeczce gra na żywo jakiś zespół muzyczny.
Ale Nowy Orlean to również Missisipi. Byliśmy na niej dwukrotnie. Na mokradłach Barataria, odnodze Zatoki Meksykańskiej tropiliśmy aligatory i żółwie. Oglądaliśmy majestatyczne drzewa porośnięte długimi „włosami” spanish moss. Wpływaliśmy w ciche odnogi pełne ptaków, chłonąc tajemniczą atmosferę subtropikalnej przyrody. W każdym razie – nawet gdy w pobliżu pojawiła się łódź „bagienna” napędzana śmigłem, wywołując niemiłosierny hałas, można było nabrać podejrzenia, że wszystko wokół musi być głuche.
Albo martwe, skoro nic nie ucieka.
Wieczorem ze scenografii filmu przyrodniczego przenosimy się na jednostkę pływającą z czasów Marka Twaina. Rejs Steamboat Natchez, z prawdziwym kołem parowym, misternymi drewnianymi dekoracjami poręczy schodów i burt oraz z muzyką jazzową na żywo!

Zachód słońca, a potem, po zmroku widoczne na horyzoncie wieżowce z punkcikami świateł znów powodowały złudzenie znalezienia się w mocno romantycznym filmie.
OK, czas na ten pierwszy mecz! Od razu lądujemy w specjalnej loży VIP! Szybko przekonuję się, że atmosfery panującej w halach NBA miejscu nie da się zrozumieć, oglądając mecze w telewizji. To widowisko dopracowane w każdym detalu, a widownia i jej emocje po prostu porywają. Kibice są integralną częścią show!
Oglądaliśmy starcie Pelicans z Lakers. Jak dla mnie – było bardzo emocjonujące. Ale wiadomo, ja się nie znam.
Rajska koszykówka w klapkach
Dzień później jesteśmy już Miami. Pozostając w metaforyce filmowej można powiedzieć, że chociaż do tej pory było wręcz wstrząsająco ciekawie, to teraz – jak u Hitchcocka – stężenie atrakcji zaczyna dopiero naprawdę narastać.
Na początek – rejs po tzw. Zatoce Milionerów. Najwyraźniej jest tu jakiś magnes ściągający celebrytów w myśl zasady, że gdzie dwóch milionerów dobrze się bawi, to zaraz przyleci trzeci, czwarty i siedemdziesiąty siódmy, by zamieszkać obok. Organizują się na zasadzie stada. Stada milionerów.
Zaspojleruję – największa rezydencja należy nie do świata celebrytów muzyki, czy filmu ale do potentata branży farmaceutycznej.
Skoro tak blisko z Florydy jest na Wyspy Bahama, a nam tak dobrze szło pływanie w oceanie i złapaliśmy flow celebryckiego życia –nie sposób było nie skorzystać! Już następnego dnia popłynęliśmy więc na Bimini, najbliższą karaibską wyspę.
Kolejny kilkugodzinny film. Tym razem ze scenografią z tropików: palmami, zwiedzaniem wyspy meleksami, jedzeniem na plaży lokalnych przysmaków (cóż za świeże ryby i homary!), kąpielami w turkusowej wodzie.

Naprawdę nie szkodzi, że dopiero na samym końcu zauważyliśmy ostrzegawcze tablice z napisem „nie karmić rekinów”.
To był wciąż wyjazd głównie dla kibiców basketu, więc dodam, że koszykarski trzon grupy wykorzystał i tę okazję na meczyk na tych rubieżach świata. Miejscowi, naginając zasady do swoich potrzeb, wygrali go. Ale tylko o włos.
Nie wiem, może też dlatego, że grano w klapkach. Tak słyszałam.
Następny dzień spędzamy na South Beach. Dla mnie – raj na ziemni. Nie można było mnie przepędzić z okolic Ocean Drive, gdzie jest skupisko niezwykłej architektury Tropical Art Deco powstałej tu po huraganie z lat 20. ubiegłego wieku.
Nowa architektura miała być „nowoczesna, optymistyczna i atrakcyjna dla turystów” i trudno o lepsze sformułowanie amerykańskich celów w tej sprawie. Oprócz pastelowych, zaokrąglonych budynków z epoki, czynna była plenerowa wystawa, a na koniec bez żadnych kłopotów można było znaleźć się na plaży z widokiem na ikoniczne, kolorowe budki ratowników.

Z filmu na temat sztuki wyjątkowo łatwo można było przeskoczyć do planu filmu gangsterskiego, tropiąc miejsca, w których kręcono słynnego „Człowieka z blizną” z Alem Pacino. Klasyczny Cadillac zaparkowany pod Colony Hotel to całkiem udana instalacja, wehikuł czasu do lat 80.

A skoro już kubańskie klimaty, to proszę bardzo – odwiedzamy też Little Havana, kultową dzielnicę Miami! Już nie jazz, tylko salsa i mambo. Nie voo doo – tylko cygara i domino.
Skoro idzie nam tak dobrze – to jeszcze bardziej przyspieszamy! Zaglądamy do artystycznej dzielnicy Wynwood, gdzie króluje sztuka uliczna, ogromne murale i galerie sztuki. A wieczorem jeszcze kolejny mecz: New York Knicks – Miami Heat.
Akurat ten sobie odpuściłam. Wygrała z nim Ocean Drive.
Plot twist ze Stephenem Currym w roli głównej!
Ostatnie dwa dni spędzamy na Key West, najbardziej na południe wysuniętym półwyspie USA. To miejsce gdzie dociera się przez mosty nad oceanem. Podobno, przy sprzyjających wiatrach można tu poczuć zapach tego, co się gotuje na Kubie.
Luźna atmosfera, karaibskie jedzenie, pirackie legendy i duch Ernesta Hemingwaya. Chciałoby się tu zostać dłużej!
Ale wracamy – na ostatni, najbardziej oczekiwany mecz. Golden State Warriors – Miami Heat!
I tu rozpoczyna się melodramat – w końcu trzeba przerobić wszystkie gatunki filmowe podczas tego wyjazdu! Chwilę przed rozpoczęciem walki okazuje się, że nie zagra Stephen Curry!
Nawet ja czuję potężny zawód, a nasz najmłodszy uczestnik, 10-letni Wojtek ledwo umie sobie poradzić z takim obrotem spraw.
Skoro jest tak „źle”, czas na nieoczekiwany zwrot akcji! Prawdziwy plot twist. Przynajmniej dla Wojtka. To on w ogromnej, 20-tysięcznej hali okazuje się być na koniec jedną z trzech osób, obok której zatrzymuje się Stephen Curry, by złożyć autograf na koszulce!
Wyjazd ocalony! Cieszymy się jakby Stephen podpisał się nam wszystkim!
Na pociechę i koniec wyjazdu sami mamy jeszcze możliwość wejść na parkiet i oddać po jednym rzucie do kosza. Naprawdę fajne przeżycie!
To już koniec wycieczki. Minął zaledwie tydzień, a zdarzyło się tyle, że i na miesiąc by wystarczyło! Teraz można zamknąć oczy i przez całą zimę odtwarzać sobie pod powiekami filmy z Ameryki.
A więc – czy wyjazd na mecze NBA dla osób, która nie interesują się NBA to dobry pomysł? No ba!