Strona główna » Mikołaj Witliński: Gdy nie mogłem oglądać koszykówki, pojawiał się płacz – jakby ktoś mnie obdzierał ze skóry!
PLK

Mikołaj Witliński: Gdy nie mogłem oglądać koszykówki, pojawiał się płacz – jakby ktoś mnie obdzierał ze skóry!

0 komentarzy
– Z tatą mieliśmy karnety na trybunę vis-a-vis klubu kibica, za drugim koszem. Zawsze siadaliśmy na tych samych miejscach, tak od 2004 roku. Dziś ten sam „Olej”, jeden z liderów Klubu Kibica z tamtych czasów, chłopak, którego kojarzę z Hali 100-lecia i który oglądał razem ze mną grę centrów euroligowych, skanduje moje imię. Ta świadomość daje wewnętrzną radość – mówi Mikołaj Witliński w szczerej rozmowie z Aleksandrą Samborską.

Aleksandra Samborska: Oglądając cię w akcji można odnieść wrażenie, że w pierwszych miesiącach nowego sezonu zakończyłeś wsadem więcej akcji niż przez poprzednie dwa lata łącznie. Skąd taka zmiana?

Mikołaj Witliński: Poczułem duży luz. Na pewno wiąże się on też z tym, że jestem w bardzo dobrej formie fizycznej, choć wpływa na to również nasza drużynowa płynność gry w ataku. U trenera Mikko Larkasa każdy odnajduje się swobodnie, co wpływa na pewność naszych ruchów. Każdy z nas wie, co ma robić. 

Nie analizuję już każdego swojego kroku, ciśnienie puściło. Przy lekkich zawahaniach czy wybiciach z rytmu działam instynktownie. Czuję ten ciąg na kosz. Myślę, że z boku mogę wyglądać na gracza atakującego agresywniej niż w ostatnich sezonach. 

To nowy trener przypomniał ci o twoim arsenale ofensywnym?

Trener Larkas powiedział ostatnio podczas wideo, że jeżeli zawodnik jest zaangażowany w atak – i nie chodzi tu nawet tylko o zdobywanie punktów, ale także o postawienie dobrej zasłony, podanie, asystę, czy też po prostu dotknięcie piłki i poczuje jej – to wówczas łatwiej mu mocniej zaangażować się także w obronę. Właśnie tak staramy się grać. 

W meczach, które już rozegraliśmy obrona rywali się rozkładała, a że mamy naprawdę dobrych zawodników na pozycjach obwodowych, to byłem bardzo dokładnie dokarmiany podaniami pod koszem. Pick’n’rolle z Kubą Schenkiem i Kasprem gra się wygodnie. Obaj dużo widzą i są chętni do podawania, podobnie jak Paul Scruggs, który potrafi ściągnąć na siebie uwagę rywali. Czasem daje mi takie wykładki pod koszem, że nie pozostaje nic innego, jak tylko wsadzić piłkę do kosza, wykorzystać to ciasteczko. 

Ciężko wyszczególnić jedną przyczynę, jeden powód, dla którego więcej ostatnio punktuję. Na to wpływa całokształt treningu i sposób budowy drużyny. Wszystko się fajnie się ze sobą związało, a ja po prostu cieszę się grą. 

Z Kubą Schenkiem gracie razem od wielu lat. Dobra znajomość poza parkietem procentuje także na parkiecie?

No a jak było z Łukaszem Koszarkiem i Filipem Dylewiczem, czy też Koszarkiem i Adamem Hrycaniukiem? Z Kubą rozgrywamy już w PLK chyba czwarty wspólny sezon. Wcześniej zaliczyliśmy też wspólnie niejeden turniej juniorski. Kuba to obok Andrzeja Pluty najlepszy polski rozgrywający. Sądzę, że aby móc dobrze współpracować na boisku jeden musi dojeżdżać poziomem do drugiego. Tego się trzymamy. 

Nasze pozycje są newralgiczne – dobra gra jednego często zależy od drugiego. Kubie postawiłem już pewnie kilkaset zasłon w karierze, on posłał do mnie nie mniej świetnych podań. On wie co lubię, a ja wiem, jak mu pomóc, co zrobić, by – kiedy ma trochę miejsca – skorzystał np. ze swojego bardzo dobrego rzutu na trzy. Te zasłony są elementem niezwykle istotnym, co widać było choćby na EuroBaskecie, gdy także dzięki pracy Dominika Olejniczaka znakomicie wyglądał Kamil Łączyński. A przecież oni nie znają się ani tak długo, ani tak dobrze jak my z Kubą. 

Skoro o EuroBaskecie mowa… Nie żałowałeś w jego trakcie, że nie jesteś trochę młodszy?

Ależ ja wciąż jestem młody! Pewne rzeczy się toczą i idą odpowiednim torem, w ogóle nie myślę o tym, czy gdybym był młodszy, to byłbym teraz środkowym w kadrze. Oczywiście, że chciałbym do niej wrócić i jeśli tylko dostanę powołanie, to zawsze chętnie przyjadę na zgrupowanie, by walczyć o miejsce w składzie. 

Moim zdaniem mówienie o mnie w seniorskiej kadrze to jednak trochę wyolbrzymianie. Byłem powoływany z różnych względów – kiedy ktoś nie przyjechał i zawsze brałem to w ciemno. Zawsze się cieszyłem, bo to świetne doświadczenia, piękne wspomnienia i prestiż. A nade wszystko – niesamowita duma. Ale powiedzmy sobie to szczerze – na żadnym z tych zgrupowań nie odgrywałem w kadrze dużej roli. 

Dziś skupiam się na tym, co mi daje klub i co ja mojemu dać klubowi. To mnie kształtuje, promuje, buduje. Dzięki stabilności w klubach my, zawodnicy, mamy szansę wpływać na szerszą wodę.   

A wracając do pytania o to, czy chciałbym być młodszy? Doszedłem do takiego punktu w życiu, że priorytetem jest dla mnie twarde stąpanie po ziemi, bycie przyziemnym. Życie tu i teraz. 

Słyszałam, że zmieniły się także twoje priorytety żywieniowe…

Tak, jem głównie w domu. Dużo większą uwagę przykładam do tego ile i jak jem. Odkąd zacząłem to analizować, mój krąg ulubionych restauracji bardzo się zmniejszył. Zmotywowałem się do częstszego przygotowywania posiłków sam, co i tak zawsze lubiłem. Nigdy nie korzystałem z cateringów. Jedzenie z pudełek wydaje mi się jałowe. Chętnie chodzę do warzywniaków, odwiedzam bazary.

Jem często i dużo. Przybrałem na wadze ze 2-3 kilogramy, ale mówmy tu o zdrowej, suchej masie. Czuję się z tym dobrze. To wszystko przekłada się na energię boiskową. Działam tak, by tego naturalnego prądu mieć jak najwięcej.

Energia jest ci na pewno niezbędna także do dobrej defensywy. W obronie jesteś silny, ale też bardzo wszechstronny. To wrodzona czutka czy nabyte umiejętności? Jak to jest, że facetowi o wzroście 208 cm tak łatwo przychodzi bronienie obwodowych graczy po przekazaniach?

Zawsze występowałam w drużynach, gdzie duży nacisk kładło się na grę w obronie – indywidualnie i zespołowo. Myślę, że dziś umiem wykorzystywać lata treningu i wpajania odpowiednich zasad, reguł i koszykarskiej wiedzy. W obronie, szczególnie zespołowej, trzeba dołożyć głowę. Musisz czytać przeciwnika, przewidywać jego ruchy.  

W Gdyni u trenera Frasunkiewicza mieliśmy pod tym kątem bardzo ciekawe treningi. Ten po dniu wolnym, zazwyczaj w poniedziałek wieczorem, poświęcony był walce 1 na 1. To była niesamowita zajezdnia, ale świetnie szlifowaliśmy swoje umiejętności. Piotrek Szczotka, niesamowity tytan pracy, też nam sprzedawał wtedy różne patenty. 

Potem w tej Arce, będąc już nieco starszymi, w sezonie covidowym, z Przemkiem Żołnierewiczem i Igorem Wadowskim też mnóstwo graliśmy między sobą. Zazwyczaj do czterech punktów, gdzie rzut za 3 liczył się jako za 2. Potrafiliśmy tak rywalizować i po 20 minut. Mordor był straszny, ciężary olbrzymie, ale to naprawdę bardzo mi pomogło opanować obronę 1 na 1. Dziś olbrzymią frajdę sprawia mi switchowanie. Czuję się w tym świetnie, to buduje mnie jako zawodnika. 

Zawodnikiem, koszykarzem nie zostałbyś na pewno gdyby nie twój śp. tata. Sportowe Trójmiasto zapamiętało go jako wielkiego przyjaciela koszykówki. Od dwóch lat pana Macieja Witlińskiego wspominać możemy na turniejach poświęconych jego pamięci. Kto wyszedł z inicjatywą ich rozgrywania?

Tatę kojarzyło i lubiło wiele osób z naszego koszykarskiego środowiska. Miał świetne stosunki z Panem Bogdanem Zamośnym (dziś członek zarządu POZKosz – przyp. red.). Pamiętam, że często do siebie dzwonili. Przyjaźnił się też z Panem Dimitriosem Daniiloudisem (dziś główny sponsor BSA AMW Arki – przyp. red.). To właśnie on zainicjował organizację turniej upamiętniającego jego imię. Z całą rodziną jesteśmy bardzo wdzięczni za ten pomysł i jego świetną realizację. To dla nas zawsze wzruszające wydarzenie. 

Skąd tak naprawdę w życiu twojego taty pojawiła koszykówka?

W liceum grał w Starcie Gdynia, trenował w hali przy ul. Bema. Lubił też rugby, które trenował mój brat. Jeździł z nim na treningi i mecze. U brata ten etap się skończył, potem ja wszedłem w wiek uprawiania sportu. Najpierw chodziłem na karate, ale nie czułem tego na dłuższą metę. Pasjonowałem się natomiast losami wielkiego Prokomu, którym interesował się też mój tata. Mama chwyciła bakcyla dopiero, gdy ja rozkręciłem się z grą. Sam zacząłem jeździć z tatą na mecze do Sopotu i absolutnie oszalałem na punkcie kosza. 

Jeździliście na wszystkie mecze?

Na wszystkie! Kiedy za jakąś złą ocenę miałem karę i nie mogłem jechać do Sopotu na mecz, robiłem rodzicom dzikie awantury. Pojawiał się płacz, jakby mnie ktoś obdzierał ze skóry. Dramat ciągnął się przez cały tydzień!  

Kiedy podczas jednego z ostatnich meczów pucharowych kibice zaczęli skandować moje imię i nazwisko – zrobiło mi się bardzo miło. To była taka wewnętrzna radość. 

Wtedy razem z tatą mieliśmy karnety na trybunę vis-a-vis klubu kibica, za drugim koszem. Zawsze siadaliśmy na dwóch tych samych miejscach – i tak od 2004 roku. Dziś ten sam Olej, jeden z liderów Klubu Kibica z tamtych czasów, chłopak, którego kojarzę z Hali 100-lecia i który oglądał razem ze mną grę centrów euroligowych, skanduje moje imię. 

Zaskarbić sobie przychylność fanów, których koszykówka przed laty tak rozpieściła – to dla mnie naprawdę wspierające i budujące uczucie. 

Jaki jest plan Mikołaja Witlińskiego na najbliższe tygodnie – czeka was sporo ważnych meczów, niedzielne derby Pomorza i kolejne sprawdziany w drugiej rundzie FIBA Europe Cup?

Chcę utrzymać wysoka formę z początku sezonu, żeby dobrze reprezentować społeczność Trefla. Plan jest taki, by to wsparcie każdorazowo zamieniać w boiskowe 100 procent. Zostawię na parkiecie pełne zaangażowanie, całe serce. Zawsze! Tego wymagają walka o utrzymanie pozycji lidera tabeli i poprawienie miejsca w pucharowym zestawieniu. 

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie