Strona główna » PLK zza kulis: Jak wyglądają treningi Śląska? „Nuuuuuni!”. Czego nie słychać we Włocławku
PLK

PLK zza kulis: Jak wyglądają treningi Śląska? „Nuuuuuni!”. Czego nie słychać we Włocławku

0 komentarzy
Jeśli jesteś kibicem Śląska i zastanawiasz się jak wygląda trening twojego zespołu – zapraszam z wizytą do Kosynierki. Jeśli jesteś kibicem Anwilu i wypatrujesz momentu – wydawałoby się przecież przesądzonej – „nominacji” Ronena Ginzburga na nowego trenera swojej drużyny, spójrz w świąteczny kalendarz. Jeśli jesteś sędzią Tomaszem Langowskim – polecam serial. Komediowy.

Starsi – przepraszam za tę bezpośredniość tak rówieśników, jak i osoby starsze ode mnie – lub po prostu bardziej doświadczeni czytelnicy, którzy borykają się z przypadłością śledzenia mojej medialnej aktywności nieco dłużej niż dwa miesiące, mogą kojarzyć jedną z moich ulubionych anegdot koszykarskich. Ale co tam, powtórzę.

Dotyczy jesieni 2004 roku. To wówczas – dzięki pomocy obecnego dyrektora sportowego Trefla Tomasza Kwiatkowskiego – „wbiłem się” w Sopocie na trening prowadzony przez legendarnego Dusana Ivkovicia.

Historia miała miejsce w czasach wypchanego portfela Ryszarda Krauzego, gdy do Trójmiasta przyjeżdżały najlepsze drużyny Europy. Nie tylko na mecze Euroligi. Także na turnieje przedsezonowe.

Tak, były i takie czasy w polskiej koszykówce!

Zmarły we wrześniu 2021 roku serbski szkoleniowiec prowadził wówczas Dinamo Moskwa, w którego składzie do Sopotu przyjechał choćby Lynn Greer, jeszcze kilka miesięcy wcześniej czarujący grą kibiców Śląska Wrocław. Co z tamtego treningu pamiętam po 21 latach? Głównie to, że w mieście, w którym była wówczas Szkoła Trenerów, a pojawił się na nim – poza moją i Tomka osobą – TYLKO jeden młody człowiek wyglądający na kandydata na przyszłego szkoleniowca.

Niby nic, ale gdybyście się zastanawiali, dlaczego polska koszykówka jest w tym miejscu, w którym jest – warto i o takich historiach pamiętać.

Pamiętam też, że nawet z moim ograniczonym postrzeganiem koszykówki – przynajmniej w porównaniu do trenerów czy koszykarzy – z dużym zainteresowaniem kilka godzin później wyłapywałem podczas meczu Dynama udane zagrania moskiewskiego zespołu, których przygotowywanie obserwowałem przed południem na treningu.

(A teraz wehikułem czasu przenosimy się do późnej jesieni 2025 roku)

„Najlepiej będzie, jak przyjdziesz na trening i sam ocenisz” – powiedział mi po jednym z pierwszych meczów w sezonie trener Śląska Ainars Bagatskis, gdy w imieniu całej koszykarskiej Polski spytałem się go o przyczynę braku minut dla Tymoteusza Sternickiego.

Nie trzeba było mi tego zaproszenia dwukrotnie powtarzać.

Pierwszy raz (!) przy Mieszczańskiej

Diabeł tkwi jednak zawsze w szczegółach. Połączony występami w Orlen Basket Lidze i EuroCup terminarz Śląska jest tak napięty, że wrocławscy gracze na treningi właściwie tak naprawdę… nie mają czasu, a ja z Warszawy nie chciałem przyjeżdżać tylko na zajęcia, które tak naprawdę byłyby jedynie ciut mocniejszą „rzutówką”.

A przecież przełom grudnia i stycznia zapowiada się dla Śląska jeszcze bardziej intensywnie.

Na szczęście między meczem w Kłajpedzie, a domowym spotkaniem z Czarnymi WKS miał „aż” pięć dni wolnego.

Wiedziałem, że to jest właśnie ten moment, by po raz pierwszy w życiu (tak, przyznaję – trochę jednak wstyd!) zawitać do legendarnej „Kosynierki”!

Na konferencji prasowej po wygranym w poniedziałek 87:64 meczu o dwóch dniach mocniejszych treningów wspomniał sam Bagatsks.

Byłem na pierwszym z nich, który rozpoczął się od sesji wideo poświęconej meczowi z Czarnymi. Potem była krótka siłownia, a następnie – właściwa część treningu, którą miałem okazję podglądać.

Szef szefuje

Po moim tweecie z informacją o wizycie we Wrocławiu, kibice Śląska dopytywali się trochę o wrażenia z treningu i „vibe” trenera Bagatskisa w pracy z zespołem.

W wielkim skrócie – to, co widzicie na meczach, to jest rzeczywisty obraz tego, jak łotewski szkoleniowiec pracuje z grupą. Zawodnicy już na samym początku współpracy zostali poinformowani, że Ainars Bagatskis jest bardzo bezpośredni w przekazywaniu uwag. Tak samo chwali zawodników za dobre zagrania, jak i zwraca uwagę na te gorsze.

Myślę, że każdy widzi, iż obecna grupa graczy Śląska taką postawę szefa kupiła. Atmosfera także na treningu wydała mi się bardzo dobra. Jasne, nie mam może jakiegoś wielkiego porównania, ale kombinacja ciężkiej pracy przy jednoczesnym braku przesadnego zamordyzmu bardzo mi się spodobała.

Na otwartym charakterze tego szkoleniowca skorzystałem także ja, gdyż w czasie przerwy na uzupełnienie płynów, czy prowadzonych pod okiem asystentów – Jacka Winnickiego i Radosława Soji konkursów rzutowych mogłem z Łotyszem swobodnie porozmawiać.

Jeszcze przed rozpoczęciem zajęć zadałem mu zresztą jedno konkretne pytanie, które nurtowało mnie od dłuższego czasu.

– W czasie kariery zawodniczej był pan zawsze ceniony jako obwodowy strzelec. Jak zatem się to potoczyło, że tak dużą uwagę poświęca pan na fizyczność i odpowiednią agresję w grze swoich zespołów?

– Mimo, że byłem głównie znany ze zdobywania punktów, to nie uważam, żebym był przesadnie miły dla przeciwników. Pamiętam też, że jeden z trenerów wystawił mnie kiedyś do krycia rozgrywającego rywali na całym parkiecie. Wtedy zrozumiałem, że agresywna, fizyczna koszykówka to właśnie ten styl, który moim zdaniem jest najbardziej naturalny – odpowiedział Bagatskis.

„Nuuuuuuuuuuuuuuuni”

Wrocławscy fani na pewno są w stanie zgadnąć, którzy z graczy swoimi parkietowymi zachowaniami potrafią Łotyszowi najczęściej podnieść ciśnienie.

Trening zaczął się o godz. 11, zatem o przykładowej 12:33 słychać było „Great play, Nuni”, gdy Angel Nunez wykorzystał swoją unikalną kombinację panowania nad piłką i atletyzmu, dzięki czemu skutecznie zaatakował strefę podkoszową.

Ale już o 12:34 trener Bagatskis złożył błagalnie ręce i padło „Nuuuuuuuuuuuni, what was that?”, gdy zagrana przez skrzydłowego Śląska piłka nawet nie była bliska narożnika, w którym czekał na nią kolega.

Reprezentant Dominikany jako ostatni dołączył do drużyny. Miał też 2-tygodniową przerwę na wyjazd na mecze kadry. Jego wprowadzenie do zespołu od strony taktycznej cały czas można zatem określić jako „work in progress„.

W grach treningowych uczestniczył również kontuzjowany w ostatnich tygodniach Issuf Sanon. Reprezentant Ukrainy jeszcze z Czarnymi Słupsk nie zagrał, ale na konferencji prasowej szkoleniowiec Śląska stwierdził, że wystąpi już w środę w starciu z BAXI Manresa.

Praca popłaca

Nie wiem, czy podział pomiędzy asystentami dokonał się w drodze losowania, czy też Jacek Winnicki sam wziął na siebie krzyż scoutingu meczów Orlen Basket Ligi, ale Radosław Soja na pewno nie narzeka, że to jemu przypadły spotkania EuroCupu.

W poniedziałkowym meczu z Czarnymi rzuciły mi się w oczy dwie sytuacje, które przypomniały to, co widziałem w sobotę na treningu Śląska.

W jednej z gierek treningowych drużyna ataku grała 5 na 4, ale w przypadku skutecznej defensywy – a być może i po straconych punktach, już nie pamiętam dokładnie – mogła wykorzystać piątego gracza, który czekał w okolicach linii środkowej.

Punkty Noah Kirkwooda po podaniu Jakuba Nizioła bardzo mi ten fragment treningu przypominały.

Przygotowując się do meczów z Czarnymi wszystkie drużyny Orlen Basket Ligi starają się znaleźć złoty środek pomiędzy obroną akcji dwójkowych w pasie środkowym – szczególnie duetu Aigars Skele & Szymon Tomczak – ale też bez przesadnej pomocy od strony czekających na odegrania piłki strzelców.

Seryjnych „trójek” rywali obawiano się także we Wrocławiu, ale w poniedziałkowy wieczór zadania defensywne pod tym kątem zostały przez koszykarzy Śląska wykonane bardzo dobrze. Czarni trafili tylko czterokrotnie zza linii 6.75 metra, a z tego typu akcji dwójkowej efektem był zaledwie jeden celny rzut Donovana Ivory’ego z drugiej kwarty.

Kadre Gray w tej sytuacji udzielił chyba zbyt głęboko pomocy, na chwilę stracił też z oczu rywala.

Co z tym Sternickim?

Wróćmy na koniec do punktu wyjścia mojego wyjazdu.

Tymoteusz Sternicki meczu z Czarnymi zagrał niecałe dwie minuty i przy pełnym składzie Śląska jest w tym momencie 13. graczem w rotacji wrocławskiej drużyny.

Lekko nie jest, ale mimo niewątpliwego talentu tego 19-letniego skrzydłowego, choćby Aleksander Wiśniewski czy Błażej Czerniewicz są bardziej gotowi na wymagania Orlen Basket Ligi. Chociaż można się zastanawiać, czy przy dłuższej umowie podpisanej latem przez Sternickiego, w odpowiednich momentach nie powinno się go bardziej wypychać na parkiet w roli inwestycji.

Jednak po dojściu Angela Nuneza na pozycjach skrzydłowych w Śląsku panuje w ogóle niewyobrażalny tłok.

Pytania o brak minut Tymoteusza Sternickiego wciąż jednak nie milkną. Trener Bagatskis reaguje na nie… Różnie.

Skąd ta cisza we Włocławku?

Oczekiwanie na wiatr zmian trwa zarówno we Włocławku, jak i całej koszykarskiej Polsce. Anwil to przecież jeden z najbardziej rozpoznawalnych klubów, który jednocześnie zaskakująco rzadko znajduje się w trójce najbardziej medialnych drużyn Orlen Basket Ligi.

Brak poniedziałkowej informacji o zatrudnieniu Ronena Ginzburga w roli nowego szkoleniowca powoduje, że zacząłem wierzyć w obecną w przestrzeni medialnej plotkę, iż izraelski trener do Włocławka przyjedzie dopiero po świętach.

Zarówno tych żydowskich – w niedzielę rozpoczęła się Chanuka – jak i chrześcijańskich.

Od 48 godzin wpatruję się w numer telefonu przyszłego szkoleniowca Anwilu i myślę sobie – „może jednak powinienem spróbować zagadać?”

Rozterki niczym z czasów podchodzenia do dziewczyn na szkolnej dyskotece dawno, dawno temu.

Być jak George Constanza

Łączony wyjazd do Wałbrzycha i Wrocławia uznaję za tak udany, że aby utrzymać równowagę postanowiłem na końcu zabrać się za to, w czym czuję się najlepiej – czyli trochę ponarzekać.

Ale na co? Czy też na kogo?

Z pomocą przyszedł sędzia Tomasz Langowski, czyli jeden z arbitrów, którzy w ostatniej kolejce października nie potrafili policzyć do ośmiu w decydujących momentach meczu Górnika Wałbrzych z Dzikami Warszawa.

Tym razem zawitał na mecz do Zielonej Góry i w drugiej połowie dał seryjny popis podejmowania błędnych decyzji, szczególnie dotyczących autów. Szczególnie przeciwko Mareksowi Mejerisowi.

Ten drugi aspekt to oczywiście przypadek, ale w pewnych momentach Łotysza robiło mi się naprawdę żal.

Sędziemu Langowskiemu chciałbym zadedykować odcinek popularnego w latach 90. serialu komediowego „Seinfeld”, w którym jeden z jego bohaterów – George Constanza – zdecydował się odmienić swoje życie.

Jak?

Podejmując decyzje dokładnie odwrotne do tych, które podejmował dotychczas.

We fragmentach bardzo dobrego skądinąd meczu w Zielonej Górze – ta strategia by się sprawdziła!