Z zaciekawieniem przeczytałem artykuł Szymona Woźnika na temat sposobu, w jaki Śląsk Wrocław honorował 2 października kariery Mieczysława Łopatkę i Adama Wójcika. To dwie naprawdę wielkie postaci wrocławskiego klubu, jego niezaprzeczalne legendy.
Ponieważ sam spędziłem w Śląsku pięć sezonów, każdy z nich kończąc zdobyciem mistrzostwa Polski, chciałbym dodać kilka spostrzeżeń od siebie. W końcu trzy złote medale odbierałem, mając zaszczyt być podopiecznym Mieczysława Łopatki. Wiele lat spędziłem, będąc kolegą klubowym Adama Wójcika. Nie tylko w Śląsku, także w drugim wrocławskim klubie – Gwardii.
Szefowie MPK wyprzedzili szefów WKS
Po pierwsze – jestem pod wrażeniem szczerości prezesa Śląska, który właściwie wprost przyznał, że klub postanowił uhonorować legendy dopiero wówczas, gdy de facto wymusili to na nim kibice. Czy tak ma być honorowane wieloletnie przywiązanie do barw klubu i miasta? Powiedzmy to sobie wprost: ta uroczystość, przede wszystkim wobec Mieczysława Łopatki – jak on sam sugerował zresztą w jej trakcie – powinna mieć miejsce o wiele, wiele lat wcześniej.
Czcząc pamięć Adama Wójcika władze klubu wyprzedzili nawet szefowie wrocławskiego MPK, którzy nazwali tramwaj linii numer 10 jego imieniem. We Wrocławiu i w Oławie mamy już przecież od dawna skwery imienia Adama, a dopiero teraz, po tylu latach, doczekaliśmy się wreszcie koszulki Adama. Wciągniętej pod kopułę na hali, ale ez zastrzeżenia numeru! W tym przypadku nie potrzeba już żadnych słów więcej.
Chociaż nie, mam jeszcze jedną uwagę! Niniejszym dziękuję KIBICOM za ich pamięć, nieustępliwość, cierpliwość i na końcu skuteczność. Mam podejrzenie, że gdyby nie WY, koszulki Adama i Pana Mieczysława mogłaby zostać zawieszone w okolicach 2050 roku. Najpewniej w kultowym obiekcie klubu, czyli ujeżdżalni przy ul. Mieszczańskiej.
Jakby nikt nikogo nie znał
Po drugie – cała ta sytuacja potwierdza, że szefowie klubu na co dzień żyją SWOIM życiem i prowadzą ten klub DLA SIEBIE. Jak to możliwe, że wcześniej nie spotkano się i nie ustalono z samymi zainteresowanymi scenariusza uroczystości i dość osobliwych przecież zasad honorowania? Jak to możliwe, że wcześniej nie nawiązano żadnego kontaktu z Trenerem Łopatką i jego synem, który przecież nie jest postacią anonimową, tylko byłym koszykarzem WKS. Jak to możliwe, że taka rozmowa – jak można wnioskować z wypowiedzi Jana Wójcika – nie miała też miejsca z synami i żoną Adama?

Wydawać by się mogło, że wszyscy zainteresowani to jedna wielka koszykarska rodzina WKS. Tu wyszło tak, jakby nikt nikogo nie znał.
Może była szansa na więcej niż 7 minut?
Po trzecie – nikt, absolutnie nikt, nie przekona mnie, że pomysł na połączenie obu uroczystości w jedną mógł mieć jakikolwiek sens. Mało to meczów Śląsk rozgrywa w trakcie sezonu we Wrocławiu w Hali Stulecia? Stałoby się coś, gdyby przy okazji meczu z Falco uczczono karierę Mieczysława Łopatki, a podczas kolejnego w Lidze Mistrzów z Reggianą Adama Wójcika? Coś ciekawszego działo się na parkiecie w przerwie niedawnego meczu z włoskim klubem?
A gdyby tak uroczystość poświęconą Adamowi zorganizować podczas meczu z Treflem, którego barwy też przecież reprezentował przez lata? Może szefowie PLK i Polsatu wygospodarowaliby dla takiej postaci polskiej koszykówki więcej niż 7 minut w przerwie?
Gdzie się podział Maciej Zieliński?
Po czwarte – jak to możliwe, że przy wciąganiu pod kopułę hali koszulek z numerami zasłużonych koszykarzy w historii klubu, nie zaproszono tego, którego koszulka wisi tam od lat i którego numer jako jedyny został nawet zastrzeżony – Macieja Zielińskiego?
W tym przypadku odpowiem jak – w polityce wszystko jest możliwe. Gdy Maciek popierał „odpowiedniego” polityka związanego ze Śląskiem, był honorowany jak nikt inny w historii klubu. Gdy przestał go popierać, stał się persona non grata. W hali, w której wisi jego koszulka, a kibice wciąż skandują jego nazwisko.
To sytuacja niepojęta.
OK – takie są prawa polityki, ale jak groteskowo brzmią w tym kontekście deklaracje o demokracji czy wolności słowa…
Przecież takie chwile jak ta z 2 października są ponadczasowe. To one powinny tworzyć DNA klubu i jednoczyć wszystkich, którym na sercu leży dobro i legenda Śląska Wrocław. Zwaśnione strony powinny sobie potrafić odpuścić. Choćby na chwilę. Choćby po to, by udowodnić wszystkim dookoła, że ważniejszy jest dla nich klub, a nie osobiste animozje.
Start Lublin potrafi, a Śląsk Wrocław nie
Po piąte – Start Lublin potrafi zapraszać do siebie regularnie będącego legendą tego klubu Kenta Washingtona na turniej przedsezonowy, który nosi imię jego byłego trenera. Dlaczego Śląsk Wrocław nie wpadł na pomysł, by na uroczystość mającą uczcić karierę Mieczysława Łopatki, który zdobywał wielokrotnie mistrzostwa Polski jako trener, nie zaprosić jednego z najważniejszych jego podopiecznych z tamtego okresu – „Czarnej perły Wrocławia” Keitha Williamsa? Naprawdę kogoś tak banalny pomysł przerósł?
Przepraszam Łopatków i rodzinę Adama
Po szóste – nie będę się długo rozwodził nad faktem, że sam nie otrzymałem zaproszenia na uroczystość przy okazji meczu z Falco. Mam wprawdzie na koncie pięć wspomnianych wcześniej złotych medali zdobytych ze Śląskiem, ale też świadomość, że nigdy nie byłem liderem tego zespołu. Z perspektywy czasu jest mi jednak nieco niezręcznie w stosunku do Trenera Łopatki i ś.p. Adama, że nie było mnie w Hali Stulecia na uroczystości oddania im hołdu. Przepraszam Pana Mieczysława i rodzinę Adama. Wybaczcie, nic nie wiedziałem!
Ale, że na parkiecie tuż obok Łopatków i rodziny Adama, nie pojawił się Dariusz Zelig – ten, którego numer na koszulce też powinien zostać zastrzeżony już dawno temu? Na pewno był zaproszony, na pewno jakieś ważne powody nie pozwoliły mu stawić się w hali…
Koło zamachowe, którego w Śląsku brak
Po siódme – już podsumowując – jak to możliwe, że pomiędzy byłymi zawodnikami i trenerami a władzami klubu jest tyle złej krwi? Że przy okazji honorowaniu karier Pana Mieczysława oraz ś.p. Adama pojawiło się więcej szmerów i niezadowolenia niż dumy z dokonań i wkładu obu w triumfy klubu?
Oprawa meczów Śląska w Hali Stulecia może być fajna – muzyka głośna, światła wyraziste, cheeleaderki energiczne, a catering smaczny. Ale WKS dobrze zrobiłoby, gdyby klub zaczął okazywać więcej szacunku do przeszłości.
I do przyszłości!
Gdy oglądam piłkarską Barcelonę i widzę w składzie 70 proc. składu złożonego w wychowanków klubu myślę sobie – „jednak można”! Nie mówimy przecież o średniaku z ligi maltańskiej, lecz o aktualnie najsilniejszym klubie świata! Naprawdę warto dbać o szkolenie. Później – jak już się wyszkoli – warto też dbać o wychowanków nie gorzej niż o sportowców sprowadzanych za wielkie pieniądze z zewnątrz. Na koniec – naprawdę warto dbać o legendy klubu, bo to one napędzają do niego młodzież, która chce po latach pójść w ich ślady.
Tutaj koło zamachowe każdego dobrze zorganizowanego klubu się zmyka. Śląsk też mógłby taki być.
P.S. Żeby nie było, że pretensje wyrażam tylko do władze klubu – przy okazji mam też apel do władz Wrocławia: wybudujcie w końcu jaką bazę treningową z całą infrastrukturą i porządną, nowoczesną halę sportową. Po tym względem nawet Polska nam już ucieka!
Tytuł i śródtytuły od redakcji