Strona główna » Tomasik: Zakład stoi, czyli największy grzech prezesa Anwilu. Wiara czyni cuda, brak wiary – dyskwalifikuje!

Tomasik: Zakład stoi, czyli największy grzech prezesa Anwilu. Wiara czyni cuda, brak wiary – dyskwalifikuje!

0 komentarzy
Prezes Anwilu Włocławek po nieudanym sezonie oddał się do dyspozycji przełożonych, a w czwartek przez ponad godzinę mniej lub bardziej swobodnie i sprawnie odpowiadał na pytania dziennikarzy. Ostatecznie jednak to właśnie podczas niej się pogrążył. Przynajmniej w moich oczach.

Gdy jesienią 2022 roku, tworząc SuperBasket, wracałem po wielu latach totalnej rozłąki do polskiej koszykówki, Łukasz Pszczółkowski był jednym z pierwszych prezesów, z którymi miałem okazję przeprowadzić dłuższą rozmowę.

Nie zakończyłem jej może z poczuciem, że z prezesem Anwilu mógłbym o koszykówce rozprawiać godzinami, ale jego gabinet opuszczałem pełen wiary. Ze świadomością, iż właśnie rozmawiałem ze sprawnym menedżerem, który wierzy w swój klub i ma na jego rozwój pomysł. I który – co nie mniej ważne – ma w sobie wiarę i determinację.

W czwartek 14 maja 2026 roku czar prysł.

Dopiero dziś!

Dlaczego Łukasz Pszczółkowski powinien odejść?

Nie ze względu na to, że Anwil pod względem sportowym ma za sobą 4 kolejne nieudane sezony w PLK, a dla tego klubu każde rozgrywki bez medalu są porażką.

Nie ze względu na to, że totalnie nie kupuję teorii, iż ostatni sezon włocławskiej drużynie położyła tylko kontuzja Michała Michalaka.

Nie ze względu na to, że w 2024 roku – szukając nowego sposobu na funkcjonowanie pionu sportowego po rozstaniu z Przemysławem Frasunkiewiczem – prezes Anwilu uwierzył, iż płacąc konsultantowi ds. sportowych za doraźną pomoc przy budowie składu zyska tyle, ile mogłoby mu dać zatrudnienie pełnoetatowego dyrektora sportowego.

Nie ze względu na ryzyko, które podjął, powierzając funkcję trenera Grzegorzowi Kożanowi!

Nie ze względu na wiarę w Filipa Brylskiego!!!

Nie ze względu na ryzyko, które podjął, podpisując zimą tego roku – znów za podpowiedzią doraźnego doradcy – półtoraroczny kontrakt z Ronenem Ginzburgiem, który mimo kryzysowej sytuacji drużyny, musiał najpierw jeszcze odsapnąć przez dwa tygodnie zanim pojawił się w Polsce, a następnie zarządził kolejny tydzień odpoczynku, gdy zespół nie zakwalifikował się do turnieju o Puchar Polski.

Nie ze względu na zapewnienia, że właściwie całkiem mu styl pracy Ginzburga odpowiada, a Izraelczykowi zabrakło we Włocławku jedynie wyników.

Nie ze względu na kilka przestrzelonych transferów naprawczych dokonanych na życzenie Izraelczyka.

Nawet nie ze względu na wyartykułowaną w czwartek sugestię, że trener Giznburg ma na tyle szerokie kontakty, iż właściwie mógłby być niezłą osobą do tego, by pomóc znaleźć klubowi dyrektora sportowego – który przecież powinien być pierwszym i najważniejszym przełożonym trenera Ginzburga.

Nie ze względu na to, że jako prezes – co można było wnioskować z wypowiedzi podczas tej konferencji – nabrał w ostatnich latach wiary, iż sam może przynajmniej częściowo, także uczestnicząc w treningach, zastąpić dyrektora sportowego (obserwując relacje w zespole, procesy rozwoju, czy dopatrując się oznak kryzysu w grze defensywnej), na którego zatrudnienie się nie zdecydował.

Nie ze względu na to, że jestem rozczarowany sugestią, która padła z ust prezesa w czwartek, iż właściwie wszystkie nadwyżki finansowe rosnącego budżetu klubu (skok o 41 proc. w trakcie 4 lat prezesury) poszły na dwukrotną podwyżkę pensji koszykarzy i pionu sportowego.

Nie ze względu na fakt, że na początku tej konferencji zasugerował, że „żaden prezes, trener, ani zawodnik nie jest większy niż klub”, ale jednocześnie – co nie jest żadną wielką tajemnicą – z niektórymi pracownikami będącymi od lat symbolami Anwilu pożegnał się niedawno także ze względu na swoje ego.

Ba, nawet nie ze względu na sugestię, że Anwilowi wiosną 2023 roku „los trochę pomógł” w drodze po FIBA Europe Cup – choć Przemysław Frasunkiewicz, gdy ją usłyszał, pewnie się jednak lekko skrzywi.

Wszystkie powyższe kwestie w moim odczuciu nie powinny przesądzać losów prezesa Anwilu. Nie przy stabilnej sytuacji organizacyjno-finansowej klubu! Nie w sytuacji, gdy – o czym mówi się nieoficjalnie, ale całkiem głośno – o znalezienie dobrego następcy we Włocławku wcale nie musi być tak ławo. Szymon Szewczyk może i mógłby – a nawet chciałby – zostać dyrektorem sportowym Anwilu, ale nic nie wskazuje na to, by chciał pełnić rolę prezesa.

Kłopot w tym, że w sporcie naprawdę jest tak, że szczęście sprzyja lepszym. A przynajmniej tym, którzy wierzą, że lepsi są lub mogą się tacy za moment stać. Wiosną 2023 roku Frasunkiewicz, Victor Sanders, Phil Greene i spółka na pewno wierzyli, że są w FIBA Europe Cup najlepsi. Michał Nowakowski też. Warto było!

Polscy koszykarze? Nawet rok temu, po serii porażek w eliminacjach do EuroBasketu 2025, wierzyli, że mogą w turnieju głównym odegrać poważną rolę. I co? Odegrali! Zagrali turniej, który będziemy wspominać latami!

Trzy lata po turnieju, który będziemy wspominać latami!!!

Tymczasem w czwartek prezes Pszczółkowski obwieścił światu, że w polskiej koszykówce będzie już tylko gorzej.

– Zdobycie FIBA Europe Cup to sukces, którego nie powtórzy żaden polski klub. Nigdy. Umówmy się. Mogę przyjąć zakład.

Na liście triumfatorów FIBA Europe Cup z ostatnich kilku lat oprócz Anwilu i ekipy z Bilbao (w której Tomasz Gielo nie mógł liczyć na tak wysoki kontrakt, jak w Kingu Szczecin) widnieją takie kluby, jak Niners Chemnitz czy Ironi Ness Ziona B.C. Żadne tam potęgi. Ot, niezłe, europejskie drużyny. Będące jak najbardziej w zasięgu czołówki PLK.

Dużo poważniejsze rozgrywki, czyli Ligę Mistrzów FIBA, wygrała w tym sezonie ekipa Rytas Wilno. OK, Litwini mają obecnie budżet dwukrotnie większy od krezusów PLK, ale przecież możliwości naszych klubów rosną. Trzeba – i można! – wierzyć, że rosnąć będą nadal. Później wystarczy rozsądniej wydawać.

Osobiście, jako niewielka, choć całym sercem oddana część polskiej koszykówki poczułem się powyższymi słowami prezesa Pszczółkowskiego dotknięty. Wolę wierzyć, że za dwa lata, gdy w Warszawie oddana zostanie do użytku nowa koszykarska hala na 6 tysięcy widzów, Legia (albo i Dziki!) będą się zbliżać do poziomu finansowego (i sportowego!) klubów takich jak Rytas.

Bo właściwie – dlaczego nie?

Aha, z prezesami Legii i Dzików też rozmawiałem jesienią 2022.

– Naszym celem jest Euroliga! – zapewniał mnie Jarosław Jankowski kilka miesięcy po zdobyciu wicemistrzostwa Polski.

Cztery lata później Legia jest mistrzem Polski.

– A tak naprawdę jaki cel ma pański klub? – pytałem Michała Szolca, gdy wspólnie oglądaliśmy wówczas (przegrany przez Dziki) pierwszoligowy mecz z GKS w Tychach.

– Polska, Europa, świat! – odpowiedział bez momentu zastanowienia.

Cztery lata później Dziki zdobyły już europejskie trofeum (tak, tak – ENBL to nie FIBA Europe Cup!) i mają ambicje sięgnięcia po pierwszy medal mistrzostw Polski.

Jankowskich i Szolców jest w polskiej koszykówce wciąż za mało. Wiecie, ile razy od czasu wspomnianej jesieni 2022 i swojego powrotu do basketu słyszałem hasło „nie da się”? Dużo za dużo.

Budujesz portal koszykarski? Jesteś szaleńcem. Przecież to się nie uda. Chcesz wydrukować 132-stronnicowy magazyn o PLK? Bez sensu. A kto to kupi? To się nie uda. I tak w kółko. Że PLK słaba.

Ostatnio myślałem, że najgorsze w tej sprawie mamy już za sobą. Że ściana poczucia niemożności powoli się rozsypuje. Czwartkowe „misie nie da się” prezesa Anwilu odnowiło rany, na dłużej pozostanie w mojej pamięci. Jeśli Łukasz Pszczółkowski ma zapłacić posadą prezesa Anwilu, to właśnie za to jedno zdanie. Za ten dyskwalifikujący, elementarny brak wiary. Tak w swój klub, jak i w całą polską koszykówkę.

Polska koszykówka naprawdę może się udać!

Anwil też.