– Jak dla mnie nie zagraliśmy inaczej niż w poprzednim meczu przegranym we własnej hali. To nie był ten poziom defensywy, który prezentowaliśmy wcześniej, gdy wygrywaliśmy pierwszych 10 meczów ligowych. 86 punktów zdobytych na wyjeździe nie wystarczyło. Musimy spisywać się w obronie nie tylko agresywniej, ale i mądrzej. Wcześniej graliśmy jak jedna drużyna, a teraz mamy wzloty i upadki – mówił turecki szkoleniowiec Anwilu.
Chwilę wcześniej podczas konferencji prasowej Selcuk Ernak sprawiał wrażenie nieszczególnie zadowolonego, gdy słuchał tłumaczeń Michała Michalaka. Trener Anwilu ze swoim gestem zakładanych wymownie rąk dał się zapamiętać już w poniedziałek podczas przegranego 88:98 meczu z Arką Gdynia.
– To dla nas druga porażka z rzędu. Musimy się przegrupować i w kolejnym meczu u siebie lepiej egzekwować nasze założenia oraz zagrać bardziej fizycznie. Ostatnio nie graliśmy tak, jak wcześniej. Straciliśmy ponad 90 punktów z Arką i prawie 90 dzisiaj. Z taką obroną trudniej gra się także w ataku, bo brakuje nam okazji do szybszej gry i zdobycia łatwych punktów – mówił Michalak, który zagrał we Wrocławiu zaledwie 20 minut (najmniej w sezonie) i po raz pierwszy w tych rozgrywkach PLK nie zdobył dwucyfrowej liczby punktów (6, 2/6 z gry).
– Mamy wielkie oczekiwania w stosunku do Michalaka, bo to jeden z najlepszych graczy ligi i reprezentacji Polski. Także dzięki niemu jesteśmy w tym sezonie w miejscu, w którym jesteśmy, często pomagał nam po obu stronach boiska. Dzisiaj byli jednak lepsi od niego, dlatego po przerwie grał krócej – tłumaczył Ernak.
W zespole Anwilu słabiej wypadł także wracający do gry po wyleczeniu kontuzji Luke Nelson (3 punkty, 5 asyst).
– Luke wraca po gry poważniej kontuzji mięśniowej i nie chcemy ryzykować odnowienia urazu, więc nie korzystamy z niego jeszcze w 100 procentach. Oszczędzamy jego nogę – tłumaczył Ernak.
Dużo większe kłopoty zdrowotne ma jego vis-a-vis z Wrocławia. Aleksandar Joncevski nie mógł w meczu z Anwilem skorzystać aż z trzech graczy potencjalnie pierwszej piątki – Marcela Ponitki, Daniela Gołębiowskiego i Jeremy’ego Senglina. O ile absencja dwóch pierwszych nie była większą niespodzianką, to brak Senglina – a i owszem. Na dodatek w trakcie meczu urazu nabawił się holenderski środkowy Śląska Emmanuel Nzekwesi.
– Senglin ma problemy ze ścięgnem udowym. Jeśli nie okażą się poważne, będzie pauzował 2-3 tygodnie. Podobnie może wyglądać sytuacja z Emmanuelem. Oby nie było gorzej, bo wtedy przerwa w grze może potrwać nawet 5 tygodni. To normalne kontuzje, które zdarzają się w każdym klubie. Niestety, u nas zdarzają się zbyt często – narzekał Joncevski. – Przez cały tydzień nie wiedzieliśmy ilu zdrowych graczy będziemy mieli na ten mecz. Ostatecznie aby uzupełnić skład musieliśmy sięgnąć po dwóch graczy z zespołu rezerw. Tym bardziej cenne to dla nas zwycięstwo, odniesione bez trzech starterów. Nie możemy jednak zapominać, że przed nami jeszcze długa droga i zdecydowanie większe cele do osiągnięcia – dodawał Macedończyk.
Bohaterem Śląska był w czwartek DJ Cooper, który w decydującej drugiej połowie zdobył 17 punktów i 10 asyst.
– On też jeszcze nie jest w pełni sił, w normalnych okolicznościach nie grałby powyżej 30 minut, ale dzisiaj – ze względu na inne urazy i stawkę meczu – nie mieliśmy wyjścia – mówił trener Joncevski.
– Grałem w wielkich halach w całej Europie, ale Hala Stulecia jest jednym z trzech najlepszych obiektów, w których występowałem. Przed meczem powtarzaliśmy sobie, że trzeba ją w końcu w tym sezonie odczarować i tym bardziej się cieszę się, że nam się to udało – mówił Adam Waczyński, który w ciągu 25 minut zdobył dla Śląska 5 punktów. – Mam we Wrocławiu duże wsparcie, ze strony kibiców, sztabu i kolegów z zespołu. Nic tylko grać – dodawał.