Chociaż w finałowym meczu kolegów tylko z ławki rezerwowych mógł wspierać kontuzjowany Jakub Schenk, to sopocianie zdobyli Puchar Polski w wielkim stylu.
Czterodniowy turniej z trzema rozgrywanymi meczami w drodze po zwycięstwo to wielkie wyzwanie. Nie tylko dla zawodników. Także sztabu trenerskiego czy medycznego.
Podczas wygranego 91:67 finału z Zastalem charakterystyczne było to, jak aktywni byli asystenci Larkasa – Krzysztof Roszyk i Jakub Pendrakowski. Wielokrotnie podchodzili do linii bocznej i jeszcze, rozmawiając z zawodnikami, coś poprawiali w ustawieniach defensywy. Trzeci mecz w ciągu czterech dni to ciągła praca na żywym organizmie.
Także dosłownie. Jeżeli chodzi o wspomniane organizmy – do końca ważyły się przecież losy występu Kenny’ego Goinsa i Szymona Zapały. Praca sopockich fizjoterapeutów, a także cuda 21-wiecznej medycyny, pozwoliły im obu pomóc drużynie w finale.
– Jakie środki przeciwbólowe zastosowaliśmy? Na nich zużyliśmy całą aptekę – żartował po meczu szkoleniowiec Trefla.
– Szczególnie dla Kenny’ego nie była to łatwa sytuacja. Widziałem jak dużą trudność sprawiało mu siadanie i wstawanie z ławki rezerwowych – dodał Larkas.
Być może dlatego Goins spędził na parkiecie aż 30 minut.
Bolą cię plecy, gdy siadasz czy wstajesz? To biegaj!
Za szybcy i zbyt wściekli
Już w przerwie meczu, przy prowadzeniu sopocian 46:37, w meczowych kuluarach łatwo było usłyszeć opinie ligowych graczy i trenerów, że zawodnicy Trefla wyglądali na znacznie świeższych. Nic w tym dziwnego – dzień przerwy po ćwierćfinale to znacząca przewaga, a potwierdza są fakt, że sopocianie są już szóstym zwycięzcą Pucharu Polski w ostatnich ośmiu latach, który swój mecz 1/4 rozgrywał w czwartek.
Szczególnie trudno musi się grać w decydującym meczu, gdy twoim rywalem jest zespół tak intensywny i „wściekły” jakim w niedzielą był właśnie Trefl. Ciągłe parcie na ofensywną zbiórkę, presja na całym parkiecie i krótkie, bardzo intensywne zmiany ordynowane przez trenera Larkasa.
– Jednym z największych plusów takich roszad jest to, że przy krótkich interwałach nie dochodzi do odkładania się kwasu mlekowego w mięśniach. Regeneracja jest szybsza i prostsza – tłumaczy Larkas.
W grze Trefla kluczowym słowem jest jednak słowo „szybkość”.
– Nie jesteśmy najbardziej atletycznym zespołem. Ale chcemy być najszybszym, zarówno pod względem przemieszczania się po parkiecie, jak i podejmowanych decyzji – powiedział mi kiedyś Krzysztof Roszyk.
Dokładnie tak wyglądało to w Sosnowcu. Pokazała to choćby akcja z drugiej kwarty, gdy obrona Zastalu nie miała szans nadążyć za tzw. swingiem piłki z udziałem praktycznie całej piątki sopocian.
W ćwierćfinale z Legią Trefl do końca musiał walczyć o zwycięstwo. Warszawski zespół jest bardzo fizyczny i ma w defensywie atuty, by wywierać dużą presję na sopockich koszykarzy. Ale ci też trafili w tym meczu zaledwie 7 z 25 rzutów za 3 punkty, czyli znacząco poniżej swojej ligowej średniej.
Gdy w półfinale z Górnikiem Wałbrzych i finale z Zastalem Zielona Góra „trójek” wpadło więcej – odpowiednio 17 i 11 – to sopocką maszyna była już niemożliwa do zatrzymania.
– Uważam, że w takim turnieju pomaga nam to, że nasza koszykówka jest prosta. Gdy inne zespoły tracą czas i energię na ustawianie swojej gry, my staramy się w prostszy sposób atakować obronę rywala – tak widzi to trener Larkas.
Nie mój MVP
Chociaż Paul Scruggs niewątpliwie rozegrał udany turniej, a dobre mecze rozgrywał także Kasper Suurorg, to moim kandydatem do nagrody MVP turnieju był Mindaugas Kacinas, czemu zresztą dałem wyraz na „X” jeszcze przed zakończeniem spotkania.
W przypadku Trefla wybór jednak nie był prosty. W finałowym meczu z Zastalem aż sześciu graczy zdobyło pomiędzy 11 a 19 punktów, pięciu zanotowało po pięć lub więcej zbiórek, a czterech po trzy lub więcej asyst. Słowo „drużyna” w przypadku zdobywcy Pucharu Polski zdecydowanie nie jest używane na wyrost.
Skoro Kacinas nie zdobył nagrody MVP turnieju, to po pomyśle rzuconym na „X” przez Damiana Puchalskiego czas zrobić dla niego specjalną nagrodę dla gracza, który okazał się lepszy niż można było się spodziewać.
Litwin doprawdy okazuje się znakomitym transferem dyrektora sportowego Trefla Tomasza Kwiatkowskiego i trenera Larkasa, a jego gra wygląda znacząco lepiej od CV i wynikających z tego oczekiwań kibiców i dziennikarzy. To nie tylko kwestia „trójek”, których trafia średnio ponad 2 na mecz (na 38-procentowej skuteczności), ale także pomocy na tablicach (średnio prawie 7 zbiórek), wszechstronności w obronie i szybkich decyzji w ataku.
Takich, jak choćby w tych dwóch akcjach z finału przeciwko Zastalowi.
Ja pierwsze większe zderzenie z Litwinem miałem podczas przegranego różnicą około miliona punktów sparingu z Dzikami Warszawa, gdzie zanotował absolutnie koszmarnego koszykarskiego grzyba spod kosza i seryjnie pudłował z dystansu.
O tym pamiętam już jednak tylko ja. W lutym 2026 roku zarówno Kacinas, jak i Trefl zbierają zasłużone pochwały. Także od rywalizujących z nimi trenerów, czemu wyraz po spotkaniu półfinałowym dał choćby Andrzej Adamek, trener Górnika Wałbrzych.
Sopocki zespół i pomysły jego szkoleniowca komplementował również trener Zastalu Arkadiusz Miłoszewski.
Teraz przed Treflem kolejne wyzwania. Najpierw przebudowa zespołu związana z kontuzją Jakuba Schenka, a potem próba przełamania klątwy zdobywcy Pucharu Polski. Przecież to już od sezonu 2016/17 i podwójnego triumfu Stelmetu Zielona Góra nie mieliśmy w Polsce zespołu, który zakończyłby rozgrywki zdobyciem dubletu.
Po tym, co zobaczyliśmy w Sosnowcu trudno wykluczać, że także w czerwcu Trefl może być szybki, wściekły i – dla rywali – do bólu skuteczny oraz powtarzalny.