Strona główna » Popiołek: Michalak zaspał, ale Anwil nie powinien panikować. Imponujący rozsądek Pluty
PLK

Popiołek: Michalak zaspał, ale Anwil nie powinien panikować. Imponujący rozsądek Pluty

0 komentarzy
To nie Michał Kolenda miał oddawać ostatni rzut, a w ostatniej akcji meczu Anwil – Legia było sporo zamieszania, ale to w niewielkim stopniu – jeśli w ogóle – tłumaczy błąd Michała Michalaka. Jak dużym problemem był brak Kamila Łączyńskiego i czy będzie on mniej odczuwalny z meczu nr 2? Czy Legia jest niedoceniana. Czy możemy doczekać się emocji w pierwszym starciu półfinałowym Trefla ze Startem?

Marek Popiołek, czyli zdobywca Pucharu Polski z 2024 roku, w ostatnim sezonie trener Śląska II Wrocław, a poza tym trener reprezentacji Polski B, która latem wystąpi na Uniwersjadzie jest naszym stałym ekspertem podczas playoff Orlen Basket Ligi 2025.


Michał Tomasik: Jak na rzut na zwycięstwo, na którego oddanie Legia miała tylko 0,7 sekundy – Michał Kolenda oddawał go w pierwszym meczu półifnału playoff PLK 2025 z całkiem komfortowej pozycji. Jak to możliwe?

Marek Popiołek: Ktoś w tej akcji ewidentnie zaspał, zgubił koncentrację, był spóźniony – można wybrać dowolny powód. Kolenda uzyskał odrobinę przestrzeni i to mu wystarczyło.

Wyglądało na to, że tym kimś był Michał Michalak. 

Tak to można odczytywać, analizując powtórkę tej akcji. Choć oglądając ją raz jeszcze chwilę po zakończeniu meczu odnosiłem też wrażenie, że w zamyśle sztabu szkoleniowego Legii miała ona wyglądać nieco inaczej. 

Sam Kolenda po meczu przyznawał, że był w tej akcji raczej ostatnią niż pierwszą opcją do tego, by kończyć ją rzutem. 

No właśnie, było tam trochę zamieszania wynikającego z tego jak akcję odczytała defensywa Anwilu, ale to w niewielkim stopniu – jeśli w ogóle – tłumaczy błąd Michalaka. Michał Kolenda ewidentnie go w tej akcji „zgubił”, a gdy już miał go za plecami i atakował wolne pole – wystarczyło tylko trafić. 

Trener Legii Heiko Rannula po meczu stwierdził, że defensywa Legii jest wciąż niedoceniana. Trochę się tym stwierdzeniem zdziwiłem, bo chwaliliśmy ją ostatnio regularnie. Ty także. Ale może warszawski zespół pod względem mocy swojej obrony wszedł we Włocławku na jeszcze wyższy poziom i to dlatego Anwil oddał jedynie 14 rzutów za 3? 

Obrona jest na pewno ogromnym atutem Legii, widać to było także w serii z Górnikiem, ale czy tym razem jeszcze czymś dodatkowym zaskoczyła? Nie sądzę. Na pewno ograniczanie rzutów z dystansu ofensywnie utalentowanych graczy Anwilu, a takich włocławianie mają w składzie naprawdę wielu, jest priorytetem warszawskiej drużyny. 

Zachowując wszelkie proporcje wynikające z różnic poziomów sportowych – Legia przypominała trochę we wtorek we Włocławku Monaco z półfinałowym starcia w Final Four Euroligi z Olympiacosem. Dysponujący mniejszą sumą talentu zespół zmuszał ten z większą liczbą opcji do gry 1 na 1, zatrzymując w ten sposób ruch piłki i możliwość przyspieszania gry. Legia osiągnęła to, czego chciała przede wszystkim – zwolniła tempo. 

W jak dużym stopniu pomogła jej kontuzja Kamila Łączyńskiego?

W bardzo dużym. Tu nawet nie chodzi o to, że bez niego Anwil nie może wygrywać, bo jestem przekonany, że może. Udowodnił to już także w playoff, choć wiadomo, że pod względem sportowym mecze z Twardymi Piernikami to inny poziom trudności niż te z Legią. Istotniejsze jest jednak to, że w meczu nr 1 Anwil na grę bez Łączyńskiego nie był przygotowany. 

Jak wiele zmieni obecność w składzie PJ Pipesa? 

Sporo. Były momenty w tym pierwszym meczu, gdy Luke Nelson musiał usiąść na chwilę na ławce, by odpocząć i atak Anwilu wówczas – używając terminologii motoryzacyjnej – mocno się krztusił. 

Ale spokojnie, kibice z Włocławka nie powinni wpadać w panikę. To tylko pierwszy mecz serii, w jej trakcie jeszcze wiele może się wydarzyć. 

Jak wiele? Dotychczas wszystkie mecze między tymi drużynami w tym sezonie wygrywają zespoły gości. Sam przed półfinałami dość wyraźnie stawiałeś na Anwil. Gdyby udawał się on do Warszawy przy stanie 0:2 wciąż zachowywałbyś spokój? 

Nie, sprawa jest jasna – mecz nr 2 Anwil już musi wygrać. Wiadomo, znów nie zagra Kamil, ale zespół powinien przystąpić do tego lepiej przygotowany i – o co nietrudno po takiej porażce – maksymalnie zmobilizowany i skoncentrowany. Pipes pomoże, ale oczywiście najwięcej będzie zależało od Nelsona, ale także od dyspozycji kilku innych graczy. Anwil ma w składzie kilka indywidualności, które w pojedynkę mogą rozstrzygać losy meczu. Nie zapominajmy o jednym – grał we wtorek słabo, stracił rozgrywającego, a wciąż prowadził przez większość meczu, a nawet jeszcze pięć sekund przed końcem. 

Wszyscy będą po tym meczu mówić zapewne o zwycięskim rzucie Michała Kolendy, ale ja chciałem zwrócić uwagę na to, że Andrzej Pluta – choć nie zdobył wielu punktów – w swoim pierwszym tak naprawdę meczu w karierze w tak ważnej roli na tak wysokim poziomie w PLK nie zawiódł. Grał ponad 30 minut, miał 7 asyst i tylko 2 straty. Chyba nieźle? 

Co najmniej nieźle, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że jego zmiennik Keifer Sykes nie zagrał dobrego meczu i na barkach Andrzeja spoczywała naprawdę duża odpowiedzialność. Oczywiście, mógł i pewnie nawet powinien trafić dwa rzuty wolne w końcówce, ale dla mnie istotniejsze było to, że nie wystraszył się wagi momentu i te dwa wolne wcześniej wymusił. Nie zdecydował się na szalony rzut z dystansu, tylko ewidentnie szukał kontaktu i faulu. To była bardzo rozsądna i przemyślana akcja w jego wykonaniu. 

Seria Trefl – Start pozornie zapowiada się na dużo bardziej jednostronną. Czy piaty mecz rywalizacji z Czarnymi, w którym koszykarze z Lublina trafili 9 z pierwszych 10 trójek i właściwie zmietli rywali z parkietu zmienił coś w twoim postrzeganiu tego półfinału?

Niewiele, bo o tym, że Start jest zespołem dysponującym ogromnym potencjałem ofensywnym wiedzą wszyscy od dawna. Na pewno będzie próbował zaskoczyć Trefla, bo kilku graczy zespołu z Lublina indywidualnymi akcjami może przełamywać defensywne schematy. Prawdę powiedziawszy spodziewam się jednak, że drużyna Żana Tabaka wyjdzie na boisko świetnie przygotowana i jej przewaga od początku tego półfinału okaże się bardzo wyraźna. 

Jak bardzo wzrośnie rola Jarosława Zyskowskiego, jeśli Darious Moten nie będzie mógł zagrać? 

Trudno to przewiedzieć, bo decyzja należy do Żana Tabaka, ale jeszcze raz mogę powtórzyć jedynie to, o czym mówiłem już w trakcie tego playoff – posiadania tak dobrego gracza jak Zyskowski właściwie poza rotacją zespołu to dla chorwackiego szkoleniowca Trefla ogromny przywilej, komfort. „Zyzio” mógł zastępować z powodzeniem Schenka, gdy była taka potrzeba – jak będzie miał grać za Motena też powinien dać sobie radę. Jestem przekonany, że gdy będzie tego trzeba trafi.